Poezja i prawda

Email Drukuj PDF

Z dr. hab. PAWŁEM PRÓCHNIAKIEM, dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego rozmawia Elżbieta Dziwisz


– Czy to prawda, że Lublin zabija poetów? Kochanowski przybył do lubelskiego Trybunału szukać u króla Batorego pomocy w niejasnej sprawie mordu na swoim szwagrze i zmarł rażony apopleksją.

– Tak, Lublin zabija poetów, ale tylko najwybitniejszych. Prócz Kochanowskiego, w Lublinie gwałtowna śmierć dosięgła Czechowicza, który zginął pod gruzami trafionej bombą kamienicy 9 września 1939 roku. Powie pani, że to przypadek? Zgoda, ale właśnie od przypadku wieje grozą. Od Lublina wieje grozą. Tą grozą przesycone są lubelskie legendy.

– Na przykład?

– Najbardziej znana wiąże się z tym, że Lublin był przez wieki miastem sądów. Legenda mówi, że pewnego razu sprzedajni sędziowie wydali jawnie niesprawiedliwy wyrok na ubogą wdowę. Wyrok był tak krzywdzący, tak głośno wołał o pomstę do nieba, że poruszył nawet piekło. Sam książę piekieł przybył więc do Trybunału, osobiście upomniał się o sprawiedliwość dla skrzywdzonej kobiety i ku przestrodze wypalił na prezydialnym stole odcisk „czarciej łapy”. To dziwne odwrócenie porządku dobra i zła, ta łatwa komunikacja między piekłem i Lublinem, ten ślad obecności czegoś infernalnego dają do myślenia. Czechowicz pisał, że dla niego w Lublinie otworzyła się otchłań. Sto lat wcześniej wielki święty chasydzki, Jakub Icchak Horowitz nazywany Widzącym z Lublina, na ówczesnych rogatkach miasta wskazał miejsce, gdzie znajduje się jedna z bram piekła. Uczniowie Widzącego wierzyli, że modlitwa ich cadyka zamknęła to wejście na zawsze. Drzwi, którymi dziś wchodzę na KUL, dzieli od tego miejsca niespełna 30 metrów.

– No proszę! A pan tymczasem, rodowity krakowianin, zamieszkały i wychowany przy placu na Groblach, nie zważając na te niepokojące okoliczności, wyprowadza się z Krakowa!

– Z kamienicy, gdzie na parterze mieszkała Janina Garycka i Piotr Skrzynecki, rodzice przenieśli się w Bieszczady, do Leska, a ja z nimi. Potem pojechałem na studia do Lublina, na KUL, bo absolwentów KUL-u nie brano do Ludowego Wojska Polskiego, a ja nie chciałem składać przysięgi na wierność sojuszowi warszawskiemu.

– Czy to z powodu sentymentu do lat dzieciństwa wybierał pan poetów krakowskich lub związanych z tym miastem, pisząc o nich w zbiorze szkiców krytycznoliterackich Wiersze na wietrze, który ukazał się pod koniec ub. roku w wydawnictwie Pasaże?

– To nie sentyment. Kraków po prostu był stolicą nowej poezji po roku 1989. Tutaj powstawało środowisko „BruLionu”, tutaj przyjechał z Lublina na studia i już pozostał Marcin Świetlicki, mieszkają Wojciech Bonowicz i Marcin Baran, stąd wywodzi się i tu często wraca przebywający od lat w Niemczech, Artur Szlosarek. Innymi słowy, w Krakowie zrodził się i trwa ten poetycki ferment, któremu na imię „pokolenie przełomu”, i dopełnia to, co w tym mieście zaczęło się za sprawą Młodej Polski.

– I o tym właśnie jest książka, – oraz o pokoleniu poetów, którzy debiutowali po 1989 roku, dwadzieścia lat temu zachłysnęli się powietrzem odzyskanej wolności i zaczęli oswajać nową rzeczywistość. Pan również należy do tego pokolenia. Czy dla krytyka to dobrze?

– I tak, i nie. Brak dystansu zaciemnia obraz. Ale zarazem właśnie ten bliski dystans sprawia, że słyszy się w wierszu rzeczy, których nie sposób usłyszeć z większej odległości. Głosu rówieśników warto słuchać i o tym pisać w porządku krytycznoliterackim, bo tylko w takiej lekturze mogą wybrzmieć kwestie, jakich nie uchwyci historyk literatury. Można powiedzieć, że literatura brzmi mocno i czysto wyłącznie z bliska. Tak ją czytam. Ale że jestem historykiem literatury, staram się również wskazywać nadrzędne porządki.

– Mianowicie?

– Poezja „pokolenia przełomu” podąża trzema ścieżkami. Pierwsza z nich zorientowana jest egzystencjalnie i wiąże się z poczuciem, że nasze osobne istnienie ma wagę, że warte jest namysłu i wypowiedzenia. Druga ścieżka biegnie w stronę metafizycznych rozpoznań wymagających odwagi, ciemnych, niepokojących, ale to właśnie one utwierdzają głębię naszego świata, przydają mu znaczenia. Trzecia ścieżka prowadzi w stronę pytań o siłę słów, o granice i możliwości polszczyzny – nie tylko tej poetyckiej. Obszar zakreślany przez te ścieżki scala w Wierszach na wietrze metafora powietrza. To ona łączy poetycki namysł moich rówieśników z tym, co w poezji działo się wcześniej.

– Zna pan osobiście wszystkich autorów, a z niektórymi się pan przyjaźni. Czy dzięki temu lepiej się o nich pisze?

– Dla przyjaźni to źle. Uczciwy krytyk nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom poety. Poeta zawsze chce być przeczytany inaczej... Ale przyjaźnie z poetami bardzo sobie cenię. Tak się szczęśliwie złożyło, że za każdym razem najpierw były fascynujące mnie wiersze, a dopiero później osobista znajomość. Można więc powiedzieć, że poezja jest przed przyjaźnią, co oznacza, że przyjaźń nie musi szkodzić literaturoznawstwu...

– Jako literaturoznawca kieruje pan nie tylko instytutem polonistyki, ale także katedrą literatury modernizmu; pana rozprawa habilitacyjna dotyczyła twórczości Tadeusza Micińskiego, a doktorska życia i twórczości Stanisława Licińskiego, czyli dwóch pisarzy tego okresu. Co ma wspólnego Młoda Polska z poezją współczesną?

– Ryszard Krynicki, najwybitniejszy poeta Nowej Fali, mówi o sobie, że jest ostatnim poetą Młodej Polski. Czesław Miłosz w Traktacie poetyckim pisze o Młodej Polsce: „Tam nasz początek”. Nowoczesna literatura polska zaczyna się na przełomie XIX i XX wieku w Krakowie. Szlosarek, Bonowicz, Różycki są kontynuatorami tamtej tradycji. Gdyby się cofnąć w czasie, to Świetlicki miałby dobrego kompana w Licińskim, a Marcin Baran w Tadeuszu Micińskim.

– Czytając wiersz Marcina Świetlickiego Pogo, a zwłaszcza ten fragment:
„Spałem źle. W tym kraju,
W którym znów ojczyznę, a nie wiosnę zobaczą. (Jak ci się
Nie podoba – to wypierdalaj!). Źle spałem”.
poczułam różnicę między moim pokoleniem a tymi, od których dzieli nas metrykalnie dziesięć, piętnaście lat. My granice dobra i zła, prawdy i fałszu mieliśmy wyraźnie zakreślone. O tym, gdzie one przebiegają, śpiewał bard mojego pokolenia, poeta i pieśniarz Jacek Kaczmarski. Tymczasem oni wraz ze świeżym powiewem wolności znaleźli się w świecie słabo rozeznanym, gdzie samotny człowiek musi zmierzyć się z problemami bytu, sensu, prawdy. Nie raz, nie dwa świat okazywał się dla nich wrogi. Czuli się w nim zagubieni. Mam rację?

– Zagubienie jest w pewnym sensie istotą sztuki. Artysta wchodzi w ciemność, obcuje z czymś, co jest z gruntu nieoczywiste. Myślę o prawdzie, bo prawda jest nieoczywista. Oczywiste są banały. Poeci, o których piszę, dostrzegli, że żyjemy w świecie bez właściwości, którego nie porządkuje już uproszczony podział na tych, co akceptują reżim, i tych, co są przeciw. Polityka i etyka zerwały przymierze, rzeczywistość straciła ciężar i klarowność. Zmieniła się postać świata i „pokolenie przełomu” nie mogło przyjąć po poprzednikach systemu wartości. Odziedziczyło po nich jednak samą potrzebę wartości.

– Pod warunkiem, że na ich drodze nie stanął relatywizm. Po co walczyć o cokolwiek, skoro może być ono jednocześnie i dobre, i złe...

– Sądzę, że odnosi się to do pisarzy najmłodszych. U wielu z nich słychać poczucie, że nie ma żadnej prawdy, wszystko tworzymy na poczekaniu w imię retorycznej siły, która sama w sobie staje się wartością. Ale przecież to kłamstwo musi dbać o retoryczną siłę, o swoją wiarygodność. Prawda nie musi być wiarygodna.

– Po której stronie opowiadają się poeci pańskiego pokolenia ze zbioru Wiersze na wietrze?

– Moi rówieśnicy stają po stronie niewiarygodnej prawdy, po stronie pytań o coś, co jest nieoczywiste. Młodsi opowiadają się często po stronie czegoś, co chce być wiarygodne za wszelką cenę. Nie wiem, czy w ten sposób szuka się prawdy...

– ...raczej akceptuje ładnie opakowane kłamstwa. Dlaczego?

– Bo już sobie odpowiedzieli, że prawdy nie ma. Wiedzą, że wszyscy kłamią z równą swobodą i bez wdzięku. Takie spojrzenie jest przywilejem młodości, ale to gorzka młodość.

– Bez prawdy nie ma poezji. Bez prawdy nie ma literatury. To ona stawia stempel nieśmiertelności na dramatach Sofoklesa…

– ...na poezji Kochanowskiego, Mickiewicza, Leśmiana, na prozie Prusa.

– Na Dostojewskim. Właśnie widziałam Braci Karamazow odczytanych przez młodego czeskiego reżysera filmowego, Petra Zelenkę. Co oprócz prawdy wpływa na to, że jednych pisarzy czytamy przez całe stulecia, a nawet tysiąclecia, zaś innych nie?

– Pyta pani, dlaczego umierają wielcy pisarze? Umierają ci, których nie umiemy przeczytać. Żyją jedynie pisarze przeczytani. Dostojewski miał mądrych, uważnych czytelników. To dzięki nim dzisiaj wciąż go czytamy.

– A może jest tak, że pisarze opatrzeni stemplem nieśmiertelności odpowiadają na tkwiącą w nas głęboko potrzebę prawdy?

– Równie intrygująco brzmi pytanie, jak to się dzieje, że słowa wypowiedziane przez jednych zapisują się w pamięci, wracają, rezonują, a wypowiedziane przez innych – nie? Nawet jeśli jeszcze niedawno było inaczej. Herbert, wielki poeta polszczyzny, przed rokiem 1989 czytany był często „ku pokrzepieniu serc”, był kimś w rodzaju Sienkiewicza stanu wojennego. Dzisiaj przestał być poetą tak intensywnie obecnym jak wtedy. Może dlatego, że dziś widzimy lepiej ciemność tych wierszy, lepiej rozumiemy, że otwiera się w nich jakaś przepaść, że dotykają spraw trudnych i śmiertelnie ważnych.

– Raczej: nieśmiertelnie ważnych. Czy bez poezji można żyć?

– Istotą i siłą poezji jest metafora. Bez metafory nasze życie traci głębię, staje się beznadziejnie płytkie, nużące, śmiertelnie nudne. Kto by chciał żyć takim życiem?

– A skąd bierze się w człowieku poezja?

– Josif Brodski zapytany o to w sądzie, jeszcze w Związku Radzieckim, odpowiedział, że poetą czyni go talent, który pochodzi „od Boga!” Nie jestem pewien, czy Brodski wierzył w Boga, ale bez wątpienia wierzył w boskie źródła poezji... Coś w tym jest.

Rozmawiała: Elżbieta Dziwisz

Paweł Próchniak, Wiersze na wietrze (szkice, notatki), Kraków 2008, Wydawnictwo Pasaże.

Artykuł opublikowany w numerze z kwietnia 2009

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież