Ksiądz od Żydów

Email Drukuj PDF

Boże to już dziesięć lat... Jak ten czas leci. Jednak obrazy w pamięci pozostają ciągle żywe i ostre. Tak jakby było to wczoraj. Pogrzeb ojca Stanisława Musiała na cmentarzu Rakowickim. Ciemna czeluść otwartego grobowca jezuitów.Metropolita krakowski, kardynał Franciszek Macharski odprawia żałobne egzekwie.

 

Obok niego trzech rabinów. Chwilę naradzają się by zdecydować, że to najmłodszy z nich – postawny chasyd w bogatym płaszczu Aaron Halberstamm – odmówi kadisz. Tego nie było jeszcze w długiej historii tego cmentarza. Tego nie było w ogóle w Polsce, by na pogrzebie katolickiego księdza było aż tylu żydów i by odmawiano kadisz.

Gdy grabarze zasunęli już płytę zamykającą wejście do grobowca rozegra się symboliczna scena jak z fabularnego filmu. Alejką będę powoli szli rabin z kardynałem. I nikt, choć po pogrzebie zazwyczaj wszyscy się gdzieś spieszą, nie będzie miał odwagi ich wyprzedzić. Dopiero gdy rabin pożegna się z kardynałem, dopadają go dziennikarze. Każdy pobiegnie szybko nadać swojego newsa. Rabin zapyta więc, czy odprowadzę go na Kazimierz do Starej Synagogi. Po przekroczeniu bramy cmentarza nie będziemy sami. Otoczy nas szczelny wianuszek jezuickich kleryków, tworząc kolejną symboliczną scenę. Będziemy tak iść gromadą w stronę ulicy Kopernika wzbudzając na przemian zaciekawienie i zdziwienie przechodniów. Ale rabin nie odpuści klerykom: – Dlaczego, gdy wkładano trumnę do grobowca, nie śpiewaliście Salve Regina? – zapyta wprost.

Na wysokości jezuickiej bazyliki przy Kopernika pojawi się zaproszenie na stypę. Rabin elegancko podziękował, może obawiał się, czy jezuicka kuchnia będzie dla niego wystarczająco koszerna, ale później miał wyrzuty sumienia czy jego odmowa nie została odczytana jako odtrącenie gestu płynącego w chwili żałoby z serca. Gdy dotrzemy na Kazimierz, nie pójdziemy jednak do synagogi, ale najpierw do kościoła Bożego Ciała należącego do kanoników regularnych laterańskich, gdzie w kancelarii parafialnej zastaniemy księdza Tadeusza Masłowskiego. Parafia Bożego Ciała na Kazimierzu jest o tyle istotna, że 28 lutego 1969 roku podczas jej wizytacji ówczesny metropolita krakowski kardynał Karol Wojtyła odwiedził dwie czynne na jej terenie synagogi: Remuh i Tempel. Przy wejściu prowadzącym od strony ulicy Szerokiej do synagogi Remuh Karola Wojtyłę witał ówczesny prezes żydowskiej gminy wyznaniowej Maciej Jakubowicz, dziadek obecnego prezesa Tadeusza Jakubowicza. W synagodze Tempel zastał Karol Wojtyła tylko jednego modlącego się Żyda. Ten gest przekroczenia przez katolickiego kardynała progu kazimierskiej synagogi wyprzedzał o 18 lat słynne, pokazywane wielokrotnie przekroczenie w kwietniu 1986 progu rzymskiej synagogi przez papieża Jana Pawła II. Był to także, a może przede wszystkim gest manifestujący solidarność ze społecznością polskich żydów, czy nawet podejrzewanych tylko o pochodzenie żydowskie, rugowanych po marcu 1968 przez ekipę Gomułki ze stanowisk i życia publicznego oraz zmuszanych do emigracji.

* * *
Ojca Stanisława Musiała poznałem jesienią 1989 roku właśnie w synagodze Tempel, którą wtedy otwarto po raz pierwszy dla szerokiej publiczności z okazji zorganizowanego za sprawą Gilberta Levine, ówczesnego głównego dyrygenta Filharmonii Krakowskiej wielkiego koncertu pamięci i pojednania. Złotą gwiazdę Dawida na czołowej ścianie synagogi umieścili wtedy: prof. Jan Janowski, wicepremier w rządzie Tadeusza Mazowieckiego i pierwszy ambasador Izraela w Polsce, Miron Gordon. Na bimie obok rabina Nowego Jorku pojawił się świeżo mianowany nuncjusz apostolski w Polsce. Na balkonie siedział ojciec William Faix, amerykański proboszcz parafii Św. Katarzyny odzyskanej przez Augustianów, którzy powrócili właśnie do Polski.

Gdzieś między nimi skromne miejsce zajął oficjalnie witany sekretarz Komisji Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem – jezuita, ksiądz Stanisław Musiał. Od tego momentu zaczął się pojawiać na Kazimierzu, brał udział w dyskusjach, spotkaniach, marszach... Szybko dostał przydomek „ksiądz od Żydów”. I nawet mu to odpowiadało. Prowadził zawiłe negocjacje w sprawie opuszczenia przez karmelitanki budynku tzw. starego teatru w KL Auschwitz. A gdy w tym konflikcie przyznał rację Żydom protestującym przeciwko obecności zakonnic w tym właśnie miejscu, omal go nie wyklęto uważając prawie za zdrajcę wiary. Mówił i pisał wprost, bez stylistycznych zawijasów w stylu, „być może”, „niekiedy”, „nieliczni”, „czasami”. Pojechał także do Jedwabnego na odsłonięcie pomnika wystawionego żywcem spalonym Żydom, co wielu katolików i prawdziwych patriotów znowu odebrało jako sól w oku.

Swoim bezkompromisowym, wolnym od „dyplomacji” dążeniem do absolutnej prawdy sprawiał wiele kłopotów kościelnym i zakonnym przełożonym. Nic też dziwnego, że spadały na niego zakazy publikacji czy wypowiedzi na konkretny temat lub w konkretnej sprawie, ale on niczym intelektualne enfant terrible pisał co chciał i publikował gdzie chciał. Nie miał oporów w udzieleniu wywiadu dla „Zdania” – czasopisma intelektualnej krakowskiej lewicy, zaś „Kuźnica” już po śmierci przyznała mu swoje „Kowadło”. Niekiedy nazywali go, zresztą z sympatią, „kapelanem »Kuźnicy«”. Nie dzielił ludzi na obozy, z których się wywodzili, a raczej według tego czy są dobrzy, czy źli, mądrzy lub głupi.
Po 11 września 2001 roku nie przyłączył się do chóru jednogłośnie potępiającego autorów zamachu na World Trade Center – powiedział, że nie należy zapominać także o drugiej stronie medalu, bo za zbrodnią kryje się często rozpacz. Świat skupił się na walce z terroryzmem, ale nie postawił prostego w gruncie rzeczy pytania o jego przyczyny, bo być może uczciwa odpowiedź byłaby mocno niewygodna dla demokratycznej i liberalnej cywilizacji.

Przemierzał ojciec Stanisław przez wiele lat w poszukiwaniu tezy do doktoratu Europę, choć nie zdołał go napisać, zresztą z tego powodu miał nieustanne wyrzuty sumienia. Stanisław Obirek współbrat i w pewnym momencie także przełożony zdawał się go pocieszać, że Piotr Skarga też nie miał doktoratu, a przeszedł do historii. W zakonie hodowano go na doktora, profesora, prowincjała, a może nawet i generała... Ale widać w Niebie przewidziano go na Ziemi do innych zadań.

Gdzieś w głębi duszy był utopijnym socjalistą. Może dlatego, że przyszedł na świat w niedzielę, 1 maja, gdy dźwięki Międzynarodówki mieszały się z dzwonami wzywającymi na niedzielną sumę. Poza książkami nie przywiązywał wagi do wartości materialnych, a tym co miał, dzielił się z tymi, co mieli jeszcze mniej od niego. Niemal zawsze stawał po stronie obcych, ubogich, nieszczęśliwych, inaczej myślących. Kierowała nim wspaniałomyślna tolerancja, a także życzliwe zaciekawienie.

W 5. rocznicę śmieci ks. Stanisława Musiała SJ, w jezuickiej Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie odbyła się konferencja Dialog katolicko -żydowski: droga za nami, droga przed nami Stanisław Musiał SJ in memoriam. Podczas obrad po raz pierwszy na taką skalę uczczono postać ks. Stanisława jako polskiego pioniera dialogu katolicko-żydowskiego. Kulminacyjnym momentem było wręczenie ustanowionej z inicjatywy Klubu Chrześcjan i Żydów „Przymierze”, ufundowanej przez Rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego i Prezydenta Miasta Krakowa Nagrody im. ks. Stanisława Musiała za zasługi na rzecz pojednania polsko-żydowskiego i chrześcijańsko-żydowskiego, w dwóch kategoriach: za twórczość promującą ducha dialogu oraz za podejmowanie inicjatyw społecznych na rzecz pojednania. Laureatami pierwszej edycji przyznanej za rok 2008, zostali: pośmiertnie profesor Jan Błoński oraz Miasto i Gmina Chmielnik.

Znamienne były słowa Tadeusza Jakubowicza, prezesa żydowskiej gminy wyznaniowej w Krakowie wypowiedziane na koniec: – Nie ma religii dobrych i złych. Każda jest wspaniała. Najgorszy jest fanatyzm religijny, po jakiej ze stron by nie występował.

Jacek Balcewicz

Zebrać resztki marzeń…
1 maja 1982
Zebrać resztki marzeń, niespełnionych ideałów. Czym je skleić? Ogień Miłości Bożej jakby wygasł. Nie ma innego tworzywa pod nowe życie. Nowe w starzejącym sie bukłaku. Obrosłem w ciało. (...) Co może jeszcze znaleźć Bóg u mnie, żeby mógł mnie pokochać?
13 stycznia 1985
Jeszcze jeden zryw. Czyżby to bój ostatni? O tezę? O więcej, o wszystko? Niczym nie mogę sobie wytłumaczyć niemożności powrotu do pisania pracy doktorskiej – niemożności przełamania się i wzięcia za pióro, czy w ogóle wglądnięcia w to co napisałem.
17 marca 1994
Tyle lat upłynęło. Dalej to samo. Narosło zła, nowego zła. Narosło też trochę dobra, ale na kruchych nogach. Z jakąkolwiek pracą coraz gorzej. Izolacja we wspólnocie. Najwidoczniej postrzegany jestem jako ktoś dziwny. Wewnętrznych rozterek nie widać końca. (...) Trzeba ten wóz życia dociągnąć do końca. Zapewne niewiele się już zmieni. Byle nie całkiem na gorsze. Postanowienia: zajmować się tym, co do mnie należy, nie mówić o nikim źle we wspólnocie, w prowincji, w Kościele, o ludziach, zabrać się do tezy, zbierać materiały do książki o Chrystusie, o historii Żydów.
Z Notatnika ks. Stanisława Musiała. Jezuita w wytartym swetrze, red. Renata Bubrowiecka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież