Promienie, ktore leczą

Email Drukuj PDF

Około 60-70 proc. chorych na raka w Polsce, czyli ok. 80 tysięcy, wymaga zastosowania radioterapii. Z tej metody leczenia korzysta jednak tylko ok. 63 tys. osób dotkniętych nowotworami złośliwymi (wg danych z 2007 roku). Dlaczego nie wszyscy?



Z prof. dr.n.med. JANEM SKOŁYSZEWSKIM rozmawia Krystyna Rożnowska

– Czym jest radioterapia i na czym polega? Dla nieprofesjonalistów jest to dość tajemniczy sposób leczenia: niewidzialne promienie, wysyłane przez jakieś skomplikowane urządzenie, zabijają obecne w organizmie, także przecież niewidzialne gołym okiem komórki nowotworowe. Jak się to dzieje, że niszczą właśnie tkankę raka?

– Niestety, niszczą nie tylko komórki rakowe, lecz wszystkie żywe komórki. Wobec tego staramy się jak najdokładniej dozować dawkę promieni i precyzyjnie je kierować, by niszczyć nowotwór, a oszczędzić zdrowe tkanki. Promieniowanie uszkadza materiał genetyczny w jądrach komórek pozbawiając je zdolności do wzrostu i podziałów, ale komórki zdrowe na ogół szybciej naprawiają uszkodzenia popromienne aniżeli nowotworowe. Precyzyjne stosowanie promieniowania udaje się nam coraz lepiej, na tym polega postęp w radioterapii. Jest to, obok chirurgii i chemioterapii, jedna z trzech głównych metod leczenia nowotworów. Jej nazwa wywodzi się od egipskiego boga słońca Ra, stąd też łacińskie słowo radius, co znaczy promień. Mogła powstać dzięki temu, że Wilhelm Conrad Roentgen w 1895 r. odkrył promieniowanie X, a w trzy lata później Maria Skłodowska i Piotr Curie – rad. W medycynie promienie te wykorzystano do diagnostyki (radiodiagnostyki) i leczenia (radioterapii). Okazało się jednak, że promienie X uszkadzają wszystkie żywe organizmy.

– Uszkadzają? Przecież leczą…

– To zależy od dawki. Wiemy, jak wykorzystano ich siłę niszczącą w Hiroszimie i Nagasaki. Także źle zabezpieczone źródła promieniowania mogą być niebezpieczne, czego przykładem był Czernobyl. Dlatego mówiąc o radioterapii podkreślam, że stosowane w tej metodzie promienie leczą. Dawki promieniowania stosowane w radioterapii uszkadzają materiał genetyczny w komórkach, a dokładniej – kwas dezyksorybonukleinowy i to wykorzystano w leczeniu nowotworów.

– Kwas dezoksyrybonukleinowy został odkryty, kiedy już stosowano promieniowanie w medycynie.

– Odkrycia, o którym pani mówi, dokonano w latach pięćdziesiątych. Przedtem poznawano działanie lecznicze promieni metodą prób i błędów.

– Tak niewiele wiedziano o działaniu promieni, a już je stosowano?

– Gdy rodziły się podstawy radioterapii poglądy na temat dopuszczalnego ryzyka w medycynie były inne niż dzisiaj. Można było szybciej stosować nowe metody, mimo nieprzewidywalnych skutków.Nie było to tak skodyfikowane, jak obecnie. Pewnym usprawiedliwieniem może być fakt, że promieniowaniu poddawano ludzi, którzy nie mieli już innych możliwości ratunku. Pierwsze osiągnięcia w leczeniu promieniami uzyskano we Francji, która była ojczyzną radu.

– Czy Maria Skłodowska-Curie zdawała sobie sprawę ze znaczenia swego odkrycia dla medycyny?

– Tak, skoro powiedziała: „Moim najgorętszym życzeniem jest powstanie Instytutu Radowego w Warszawie”. Utworzono go w 1932 r. Pod Jej wpływem pierwszy gram radu zakupiła Polonia amerykańska i przekazała do Polski jako dar.

– Piękne dowody patriotyzmu. A kiedy w Krakowie po raz pierwszy zastosowano promieniowanie?

– Już w następnym roku po odkryciu promieniowania przez Roentgena. Najpierw wykorzystano je w diagnostyce – pierwszy polski radiogram wykonał w 1896 r. Tadeusz Estreicher. Twórcą pierwszej uniwersyteckiej pracowni radiologicznej był prof. Walery Jaworski. On już w 1906 r. rozpoczął korespondencję z Marią Skłodowską-Curie, by zakupić rad. Niestety, nie było na to funduszy, a i zainteresowanie władz uniwersyteckich radem było niewielkie. Sprowadził jednak kilka miligramów tego pierwiastka i zastosował go w klinice.

– Kiedy w Krakowie zaczęto wykorzystywać promieniowanie do leczenia?

– W powstałej w 1913 roku pracowni radiologicznej szpitala Św. Łazarza próbowano leczyć promieniowaniem Roentgena. Natomiast w 1924 roku założono w Krakowie pierwszy w Polsce zakład leczenia radem – Instytut Curie.

– Wcześniej niż w Warszawie.

– Niezwykłym człowiekiem był pierwszy dyrektor warszawskiego Instytutu Radowego, Franciszek Łukaszczyk, góral z Poronina, który ukończył Wydział Lekarski UJ. Gdy w czasie powstania warszawskiego dowiedział się, że Niemcy chcą ukraść rad, zapakował jego tubki do plecaka, wywiózł do Poronina i zakopał za swoją stodołą, oczywiście zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie się naraża stykając się z tym pierwiastkiem. Po latach istotnie zmarł z powodu aplazji szpiku, co było skutkiem napromieniowania, ale ten rad posłużył do leczenia ginekologicznego i uratował życie wielu kobiet. Zdążył jeszcze, zaraz po wojnie, wprowadzić w Krakowie leczenie radem wywiezionym ze zrujnowanej Warszawy. Ten rad stosowano w latach 1945-1947 w szpitalu im. Narutowicza. Także z inicjatywy prof Łukaszczyka utworzono w 1951 roku zakład onkologiczny przy ul. Garncarskiej 11, w sąsiedztwie budynku, gdzie w latach 1924-1925 istniał pierwszy polski ośrodek leczenia radem.

– To były fundamenty krakowskiego Instytutu Onkologii?

– Instytut powstał w 1951 roku. Był tu już wtedy rad i aparaty rentgenowskie. W latach 60. dostaliśmy stary radziecki aparat, w którym źródłem promieniowania był promieniotwórczy kobalt.

– Kiedy pan profesor rozpoczął pracę w tym instytucie?

– Pięćdziesiąt lat temu. Wcześniej, zaraz po studiach, pracowałem jako pediatra w Myślenicach. Gdy przyszedłem do instytutu, jego dyrektorem była prof. Hanna Kołodziejska, kobieta o wspaniałym życiorysie – uczestniczyła w powstaniu warszawskim, a po wojnie zapoczątkowała rozwój nowoczesnej onkologii w Krakowie, zresztą sama zajmowała się radioterapią. Objęła tę funkcję po Emilu Wyrobku pochodzącym ze znanej rodziny radiologów krakowskich. Pracowały tu wówczas Janina Kujawska i Halina Glińska, obie zasłużone dla onkologii i radioterapii. Właśnie w Krakowie powstał trzeci, po warszawskim i gliwickim, oddział radioterapii w Instytucie Onkologii.

– Dlaczego zainteresowała pana właśnie radioterapia?

– Chyba z tych samych powodów, dla których lubię chodzić po górach. A radioterapia to metoda leczenia, w której stosowaniu każda decyzja jest niesłychanie ważna, jak każdy krok w czasie górskiej wspinaczki. Dotąd spotykam pacjentów, których uratowano dzięki radioterapii. Pamiętam młodego mężczyznę, wydano na niego wyrok śmierci w jego rodzinnym mieście uznając, że nie da się go już wyleczyć z choroby nowotworowej. Przyjechał do instytutu, gdy się dowiedział, że stosujemy radioterapię neutronową. Okazało się, że jego dolegliwości nie są spowodowane przerzutami raka do kości, jak przypuszczano, tylko do węzłów chłonnych i można było je zlikwidować naświetleniami. Wyszedł wyleczony. Oczywiście musiałem poza medycyną i onkologią, przyswoić sobie pewną wiedzę z zakresu fizyki i radiobiologii.

– Jak zmieniała się radioterapia w czasie pana pracy w instytucie?

– Otrzymywaliśmy coraz lepsze aparaty, które pozwalały coraz precyzyjniej dozować i kierować promienie. Radioterapia nie jest jednak skuteczna we wszystkich rodzajach nowotworów złośliwych, za jej pomocą leczy się głównie raka piersi, trzonu i szyjki macicy, gruczołu krokowego, nowotwory narządów głowy i szyi, przełyku, krtani, jelita i płuca. Bywa stosowana jako jedyna metoda, albo w skojarzeniu z chirurgią, czy chemioterapią. A także niekiedy naświetla się narządy potencjalnie zagrożone szerzeniem się nowotworu
– Co może być źródłem promieniowania?

– Przy wykonywaniu zdjęć rentgenowskich, czyli w diagnostyce – lampa rentgenowska wysyła wiązkę promieni. Tymi promieniami próbowano też leczyć, ale nowoczesne aparaty do radioterapii nie mają nic wspólnego z aparaturą diagnostyczną. Rad jako źródło promieniowania w medycynie, należy już do przeszłości, chociaż odegrał w radioterapii dużą rolę. Przełomem było zastosowanie w latach sześćdziesiątych aparatów kobaltowych. Kolejny skok w rozwoju tej dziedziny nastąpił po wprowadzeniu przyśpieszaczy liniowych, czyli aparatów wytwarzających promieniowanie jonizujące o wysokiej energii, to jest radioterapii megawoltowej.

– W jaki sposób kieruje się wiązki promieni, by niszczyć komórki nowotworowe, a oszczędzać zdrowe?

– Źródło promieniowania może być umieszczone w różnej odległości od guza, zależy to od lokalizacji nowotworu i możliwości technicznych. Chodzi o to, by jak najprecyzyjniej dostosować dawkę i objęty promieniowaniem obszar do wielkości i kształtu guza. Najczęściej źródło promieniowania znajduje się poza organizmem chorego – ten sposób napromieniowania nazywa się teleradioterapią. Niekiedy jednak źródło promieniowania w postaci kapsułek czy drutów zostaje umieszczone w obrębie ciała pacjenta lub na jego powierzchni – taki sposób leczenia nazywamy brachyterapią. Izotopy promieniotwórcze podaje się też czasem do krwioobiegu. Na przykład tak leczy się raka tarczycy wykorzystując fakt, że narząd ten wychwytuje podany doustnie radioaktywny jod. Jest też radioterapia śródoperacyjna – w czasie operacji stosuje się wysokie dawki promieniowania jonizującego koncentrując je na obszarze, w którym mogły pozostać nieusunięte resztki nowotworu. Dzisiaj radioterapia bywa także sterowana za pomocą tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego, czyli urządzeń obrazujących.

– Czy postęp w radioterapii istotnie poprawia efekty leczenia?

– Oczywiście. Na przykład wyleczalność chorych na raka prostaty o niskim i średnim stopniu zaawansowaniu choroby, mierzona pięcioletnimi przeżyciami, wynosi 70-90 proc., rak szyjki macicy w I i II stopniu zaawansowania jest wyleczalny w 60-100 proc., rak krtani w I-III stopniu zaawansowania – w 50-70 proc., zaś podstawnokomórkowego raka skóry w I i II stopniu zaawansowania leczy się z pełnym efektem w 85-100 proc. przypadków. Nawet u chorych z odległymi przerzutami można przez naświetlanie uzyskać okresową poprawę, czyli efekt paliatywny.

– Jakich chorych leczy się radioterapią w krakowskim Instytucie Onkologii?

– Wszystkich, u których radioterapia może być skuteczna, mówię o dorosłych, bo radioterapię pediatryczną stosuje się w Instytucie Pediatrii.

– Postęp w radioterapii zależy głównie od rozwoju fizyki i techniki medycznej. Jednak czy aparatura nadmiernie nie przesłania lekarzowi chorego?

– Nie wolno lekarzowi ulec nadmiernej fascynacji techniką, musi widzieć pacjenta w kontekście wszystkich jego problemów, także psychicznych. Aparatura, nawet najlepsza, jest tylko narzędziem w ręku lekarza, on decyduje o jej zastosowaniu, ale też musi znać i lubić swych pacjentów, rozumieć ich. Jednak nie może zbytnio ulegać emocjom, gdyż to utrudnia obiektywną ocenę całokształtu spraw, które w trakcie leczenia trzeba rozwikłać.

– Nad czym pan profesor teraz pracuje, będąc na emeryturze?

– Zajmuję się głównie dydaktyką, staram się pomóc młodszym kolegom zdobywającym specjalizację w radioterapii. Brakuje podręcznika do radioterapii w języku polskim, myślę więc o tłumaczeniu podręcznika z języka angielskiego. Czasem też konsultuję, gdy młodsi lekarze zwrócą się do mnie o opinię.

– W jakim kierunku, pana zdaniem, rozwinie się radioterapia?

– Myślę, że nastąpi rozwój tej dziedziny w powiązaniu z genetycznymi metodami leczenia. Naszym marzeniem jest, jak mówi mój kolega, zamknąć Instytut Onkologii, a pigułki na raka kupować w kiosku. Ale zanim do tego dojdzie, jest jeszcze dużo do zrobienia.

Rozmawiała Krystyna Rożnowska

Artykuł z kwietnia 2009

www.facebook.com/miesiecznikkrakow

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież