Berlin - niedoceniana metropolia

Email Drukuj PDF

Zafascynowani Tajlandią, Singapurem, wyspą Bora Bora, Malediwami. Dubajem czy Abu Dhabi zaniedbujemy i lekceważymy zupełnie – jak to trafnie definiują Rosjanie – tzw. bliską zagranicę. I chociaż pokolenie, dla którego przez całą dekadę lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku jedyną możliwą do osiągnięcia „zagranicą” był wyjazd na dowód osobisty i książeczką walutową do Berlina, powoli przechodzi do mniejszości to w naszych peregrynacjach, zupełnie niesłusznie omijamy to miasto szerokim łukiem.

 

Choć jest to trzecia pod względem wielkości globalna metropolia Unii Europejskiej, to chętniej wybieramy Londyn czy Paryż. I pomimo tego, że samoloty z Krakowa do Berlina latają teraz trzy razy dziennie, a samochodem, o ile nie ma korków trasę można pokonać nawet w 5 godzin. Tymczasem jest to miasto frapujące i zaskakujące przy bliższym poznaniu. I chociaż NRD istniała 41 lat bez 4 dni, a mur berliński dzielił miasto na dwa organizmy tylko 28 lat z kwartałem, to jednak odcisnął zauważalne do dzisiaj piętno. Wprawdzie Pałac Republiki z dużym trudem w końcu rozebrano, ale wieża telewizyjna przy Placu Alexandra choć zbudowana na 20 lecie NRD nadal jest dumą miasta i jedną z największych atrakcji turystycznych i… hazardowych, gdyż można na jej szczycie zagrać legalnie w pokera. Każdego roku odwiedza ją milion turystów, choć ma swoją mniejszą i nieco starszą „dublerkę” schowaną w Wannsee, nadal jest najwyższą wieżą telewizyjna w Niemczech i całej Unii Europejskiej.

Podobnie jest z Freidrischstadtpalast (na zdjęciu powyżej). Ten najsłynniejszy teatr rewiowy „demoludów” znany z do znudzenia emitowanymi niegdyś w naszej telewizji teledyskami z Mireille Mathieu i Frankiem Schoeblem oraz niezniszczalnym Baletem Telewizji NRD choć zbudowany z „wielkiej płyty” jako szczyt możliwości uprzemysłowionego budownictwa NRD ma się zupełnie dobrze, walcząc o miano Las Vegas w europejskim wydaniu. Nadal może poszczycić się największą sceną na… świecie, której powierzchnia sięga blisko 3 tys. metrów kwadratowych z basenem i lodowiskiem i największym w Europie mierzącym 24 metry proscenium. Także znajdujący się naprzeciwko Berliner Ansambl Bertolda Brechta z charakterystycznym czerwonym neonem tkwi jak za dawnych dobrych lat przypominając nasz Stary Teatr z czasów Jana Pawła Gawlika. Za to dawny Dom Kultury Radzieckiej przy Friedrischstrasse ma się dzisiaj zupełnie inaczej i nazywa się Russiche Haus goszcząc w swoich parterach butiki Rolexa, Patka – Philippea, Vacherona – Constantina, a także handlującego brylantami Bucherera. Pomimo lokalizacji naprzeciwko wyrosłej już po zjednoczeniu słynnej „Galeries Lafayette Berlin” nie robi specjalnego wrażania. Bardziej przyciąga uwagę powodującą nawet u „lokalsów” efekt przyklejenia do szyby 1000 konne Bugatti w witrynie – znajdującego się nieopodal - salonu należącego do grupy Volkswagena Bentleya za… dokładnie milion euro.

Energetyczna wyspa

Mało kto ma świadomość, że na terenie 3,5 milionowego Berlina, rozciągającego się po zjednoczeniu ze wschodu na zachód przez 45 km, zaś z północy na południe przez 38 km funkcjonuje 17 bloków energetycznych o łącznej mocy elektrycznej oscylującej w okolicach 2500 MW czyli o 600 MW więcej niż ma w swojej dyspozycji Elektrownia Turów po polskiej stronie granicy i tylko 500 MW mniej niż ma oddalona o zaledwie 140 km największa niemiecka elektrownia pracująca na węglu brunatnym Jaenschwalde. Berlin jest jedyna chyba na świecie metropolią tej wielkości, która może być samodzielna energetycznie i żyć jako niezależna wyspa. To widoczny do dzisiaj efekt radzieckiej blokady zachodnich sektorów Berlina z 1948 roku. Dokładnie 24 czerwca 1948 roku o 6 rano na wszystkich przejściach opadły szlabany. Radzieccy pogranicznicy swoje „niet” tłumaczyli jak potem jeszcze wiele razy „względami technicznymi”. Ponieważ zapasów żywności wystarczyło na miesiąc, a Berlin Zachodni od Wschodniego miał o 50 proc. więcej ludności przy powierzchni przekraczającej 20 proc. nie było wątpliwości, że Stalin chce wziąć głodem tą „najpiękniejszą wyspę na morzu” socjalizmu. Nie wziął pod uwagę, że Anglicy i Amerykanie utworzą most powietrzny.

Fragmenty muru berlińskiego

Amerykanie swoje działania określili mianem operacji Vittles, zaś Brytyjczycy – operacją Plainfare. Samoloty lądowały co trzy minuty. Łącznie w czasie trwania blokady w ramach mostu powietrznego odbyło się dokładnie 278 228 lotów w których przewieziono 2,326 mln ton zaopatrzenia w tym aż 1,5 miliona ton węgla. Testowano - bezskutecznie zresztą - technologię zrzucania węgla wprost ze znajdujących się w powietrzu samolotów. Na historycznych filmach widać jednak jak worki z węglem wprost z luków samolotu trafiają do wagonów kolejowych. Tą drogą dostarczono także brakujące wyposażenie elektrowni Reuter, którą wcześniej rozszabrowali Rosjanie, zanim zdążyła trafić pod jurysdykcję francuską. Zima była chłodna, choć Zachodni Berlińczycy pocieszali się że „na Syberii jest przecież jeszcze zimniej”. Blokada trwała 11 miesięcy, po których Stalin uznał, że nie ma sensu. Kosztowała życie 70 alianckich pilotów, którzy zginęli w wypadkach lotniczych, w trakcie funkcjonowania mostu. Przy nieczynnym już dzisiaj lotnisku Tempelhof postawiono im pomnik. W takiej formie blokada nie powtórzyła się już więcej, co jednak nie zapobiegło temu, by 8 marca 1952 roku przerwano na trwałe wszystkie połączenia energetyczne. Od tego momentu Westberlin musiał być energetycznie samowystarczalny. To skutkowało nowatorskimi rozwiązaniami w zakresie przesyłu i rozdziału energii elektrycznej. które budzą podziw jeszcze dzisiaj. Elektrownia Reuter oddalona jest tylko o 10 km od Bramy Brandenburskiej. Reuter to nazwisko. Ernst Rudolf Johannes Reuter był burmistrzem Berlina Zachodniego w latach 1948 – 1953. Z przekonania był komunistą, nawet bliskim współpracownikiem Lenina, który wysłał go po Rewolucji Październikowej do Saratowa jako komisarza ludowego, gdzie nabrał praktyki w zarządzaniu „masami ludzkimi”. Po powrocie do Niemiec był deputowanym do Reichstagu, lecz po dojściu Hitlera do władzy, popadł w niełaskę i trafił do obozu koncentracyjnego, a później na emigrację do Turcji. Po zakończeniu II wojny światowej pojawił się w Berlinie Zachodnim. Popularność zyskał płomiennym przemówieniem do 300 tys. Berlińczyków wzywającym ich do nieopuszczania miasta w czasie trwania blokady miasta w 1948 roku. Rządził aż do śmierci w 1953 roku. Zmarł pod koniec września, zaraz po czerwcowym powstaniu robotniczym sprawnie stłumionym przez stacjonujące tu oddziały Grupy Wojsk Radzieckich.


Zapomniane powstanie

To powstanie było pierwszym objawem nieposłuszeństwa klasy robotniczej wobec władz funkcjonującej niespełna od czterech lat Niemieckiej Republiki Demokratycznej, a więc państwa teoretycznie opartego na dyktaturze proletariatu. Rozpoczęło się 16 czerwca 1953 roku strajkiem na budowie bloku przy alei Stalina w Berlinie Wschodnim i szybko rozlało się na miasta i wsie wokół Berlina, a także dotarło do Rostocku, Magdeburga, Halle, Lipska, Drezna, Görlitz i Jeny. Ogarniając w sumie 600 zakładów pracy. W Magdeburgu, Halle, Lipsku, Bitterfeld, Jenie, Nisky i Görlitz opanowano urzędy i budynki publiczne. W wyniku szturmu z więzień uwolniono ponad 1000 osób. W Jenie i Rathenow zlinczowano pracowników Stasi. Niewiele brakowało do proklamowania strajku generalnego. Głównym motywem był protest przeciwko obligatoryjnemu podniesieniu wydajności pracy, podwyżce cen mięsa i pozbawienie kartek na żywność ludzi wolnych zawodów. A wszystko to przy panujących powszechnie raczej głodowych pensjach. Później doszły żądania wolnych wyborów, a nawet zjednoczenia Niemiec. Rzecz ciekawa, że niemieckie powstanie, choć można przyjąć, że było w znacznym sensie pierwowzorem dla Poznańskiego Czerwca 1956 roku i Rewolucji Węgierskiej tegoż samego roku zupełnie nie funkcjonuje w historycznej świadomości tak Polaków jak i Węgrów. A bez tego nie można zrozumieć późniejszej pasywności enerdowskiego społeczeństwa, które ograniczało się do nieśmiałych poniedziałkowych modlitw za pokój odprawianych w latach osiemdziesiątych w lipskim kościele św. Mikołaja. Jednak w kulminacyjnym momencie przerodziły się w największą w historii NRD 70 tysięczną manifestację. Przesądziła ona o otwarciu granic NRD, które nie do końca świadomie ogłosił genosse (towarzysz) Schabowski.

Podwójne miasto

Dar Jana Pawła II dla diecezji berlińskiej

W Berlinie wiele rzeczy jest podwójnych. Na przykład dwie stojące nieopodal siebie i spoglądające - przez aleję Unter den Linden - katedry. Potężna katedra protestancka zwana Berliner Dom zbudowana w latach 1894 - 1905 według planów Juliusa Carla Raschdorffa z Pszczyny w stylu późnego, włoskiego renesansu mieszcząca w swoich podziemiach kryptę Hohenzollernów. Nad wyraz bogata jak na świątynię protestancką. I niemal ascetyczna katolicka katedra pod wezwaniem św. Jadwigi Śląskiej zbudowano w stylu neoklasycyzmu według projektu autora głównego budynku Uniwersytetu Humbolta czy Pałacu Sanssouci w Poczdamie - Georga Wenzeslausa von Knobelsdorfa. Zgoda na budowę kościoła katolickiego w protestanckim przecież kraju była skutkiem wygranej II wojny śląskiej, co doprowadziło do przyłączenie Śląska do Prus. Fryderyk II liczył na pozyskanie w ten sposób magnaterii śląskiej, która skłaniała się raczej ku Austrii. Nie przypadkowy był też wybór patronki Śląska - św. Jadwigi na patronkę wznoszonej świątyni, a także jej konsekratora. Był nim arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski,  hrabia świętego Cesarstwa Rzymskiego Ignacy Krasicki we własnej osobie. Los chciał, że autor „Monachomachii” zmarł w Berlinie i to katedra św. Jadwigi była pierwszym miejscem jego spoczynku. W 1980 roku Papież Jan Paweł II ofiarował katedrze z okazji jubileuszu biskupstwa rzeźbę przedstawiającą św. Piotra ustawioną w dwupiętrowym ołtarzu obsługującym kościół górny i dolny. W 1996 roku Ojciec Święty przybył do połączonego już Berlina, by wynieść na ołtarze m. in. urodzonego w Oławie – Bernarada Lichtenberga proboszcza tejże katedry w latach 1938-1942 - obrońcy Żydów, aresztowanego przez hitlerowców i zmarłego w drodze do obozu koncentracyjnego w Dachau.
Dobrzy znajomi


Nowa Synagoga jak nowa

Patrząc na połyskujące w słońcu neomauretańskie kopuły Nowej Synagogi przy Oranienburgerstrasse można odnieść wrażenie, że nic się nie stało. Czas tylko ze zmęczenia przystanął na moment. Zwłaszcza, że na domofonie nieodległej kamienicy można znaleźć wykaligrafowane ( tu nie stosuje się obsesyjnie ustawy o ochronie danych osobowych) nazwisko Ribbentropa. Budowano ją przez 7 lat począwszy od 1859 roku według projektu pary przyjaciół Friedrich Augusta Stülera (tego samego który zaprojektował kaplicę dla gen. Józefa Chłopickiego na cmentarzu w Krzeszowicach) i Eduarda Knoblaucha. Kiedy powstała, była największą synagogą w całych Niemczech, stanowiąc o postępującej asymilacji niemieckich Żydów. W nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku bojówki hitlerowskie spaliły ją, ale konstrukcja była na tyle trwała, że nabożeństwa w ruinach odprawiano jeszcze do 1940 roku. Chociaż alianci wystrzegali się bombardowania synagog (dzięki czemu ocalała sąsiadująca z synagogą Opera Margrabiów w Bayreuth) to jednak w 1943 roku dopełnili dzieła zniszczenia berlińskiej synagogi. Trwałe ruiny znalazły się po enerdowskiej stronie nie wzbudzając większego zainteresowania aż do końca NRD. Świątynię odbudowano już po zjednoczeniu. Rozliczeniu z przeszłością i przestrodze na przyszłość ma służyć monumentalny Pomnik Pomordowanych Żydów Europy (Holocaust-Mahnmal) - na zdjęciu poniżej.

Jednak po osobistej interwencji ówczesnego kanclerza Helmuta Kohla zrezygnowano z gigantycznej tablicy z wyrytymi nazwiskami wszystkich znanych ofiar, zaś dzieło w wyniku powtórnego konkursu powierzono Peterowi Eisenmanowi, czołowemu przedstawicielowi amerykańskiego dekonstruktywizmu w architekturze, który po mistrzowsku wyzwolił formę z treści zastępując macewy sarkofagami. Na powierzchni blisko 20 tys. metrów kwadratowych umieszczono 2711 betonowych sarkofagów, różnych gabarytów odpowiadających 2711 stronom Talmudu. Kompozycja robi wrażenie, ale jest to dzieło które mogłoby powstać z równym powodzeniem w dowolnym miejscu kuli ziemskiej z zupełnie dowolnego powodu. Przy okazji realizacji wybuchł skandal. Okazało się, że firma produkująca preparat zapobiegający graffiti jest spółką - córką koncernu chemicznego dostarczającego gaz do komór gazowych w hitlerowskich obozach koncentracyjnych w czasie II wojny światowej. Prace przerwano, na krótki okres, ale ostatecznie dostawcy, ani preparatu nie zmieniono. Kosztujący kilkadziesiąt milionów euro monumentalny pomnik robi wrażenie swoją formą, ale zwiedzający „używają go” według swojego własnego uznania. Jedni odpoczywają na betonowych sarkofagach, inni robią sobie efektowne zdjęcia, zaś przywożona tu gromadnie młodzież kocha labirynty jako miejsce pierwszych miłosnych uścisków czy pocałunków. Większe przesłanie historyczne niosą z sobą dwie skromne mosiężne kostki umieszczone w chodniku ulicy Chaussestrasse z wygrawerowanym napisem: „HIER WOHNTE DR. MARTIN HAAP JB. 1896 DEPORTIERT 1943 ERMORDET IN AUSCHWITZ” i „HIER WOHNTE SOPHIE HAAP GEB. BACH JB. 1892 DEPORTIERT 1943 ERMORDET IN AUSCHWITZ”



Polski dekonstruktywizm

Zupełnie nieświadomym przejawem – elegancko nazwanego - dekonstruktywizmu jest dawna siedziba polskiej ambasady przy Unter den Linden w niedalekim sąsiedztwie Bramy Brandenburskiej. Opuszczony od ponad 10 lat pawilon „typu Lipsk” wzniesiony w latach sześćdziesiątych XX wieku jest największym slumsem na najbardziej ekskluzywnej ulicy Berlina. Potwierdzającym tylko istnienie jednak – choć przecież tego bardzo nie chcemy - „polnische wirtschaft”. Gospodarze zdążyli wpisać go już na listę zabytków jako przejaw „enerdowskiego modernizmu lat sześćdziesiątych”, zaś synowa Fritza Kuehna autora kompozycji składającej się z 224 stylizowanych na aluminiowych kręgach lipowych liści maskujących pancerną bramę do garażu domaga się bezwzględnego zachowania nie tylko metaloplastyki, ale także bramy. To dodatkowo komplikuje zatwierdzenie projektu nowej ambasady i uzyskanie pozwolenia na budowę. Po zjednoczeniu Niemiec i decyzji o przeniesieniu stolicy do Berlina nowe, niezwykle efektowne ambasady w bezpośrednim sąsiedztwie Bramy Brandenburskiej wybudowali Amerykanie oraz Brytyjczycy. Rosjanie trwają na dawnym eksponowanym miejscu vis a vis uzupełniając tylko systematycznie złocenia. Sąsiadujący z nami Węgrzy część swojej działki odnajęli pod berlińską filię Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds, a na reszcie parceli szybko i sprawnie wybudowali siedzibę swojego przedstawicielstwa na miarę możliwości i potrzeby prestiżu.


- Uroczyste otwarcie nowej Ambasady Węgier miało miejsce dokładnie w dniu ataku na WTC w Nowym Jorku czyli 11 września 2001 roku – wspomina wysokiej rangi w tym czasie funkcjonariusz Ambasady RP w Berlinie.


Polskie placówki rozproszone są w tej chwili w kilku lokalizacjach na terenie całego Berlina. Instytut Polski wynajmuje swoje lokum na zasadach komercyjnych, zaś tymczasowa siedziba Ambasady RP mieści się w budynku sięgającym czasów Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie Zachodnim. Nie da się ukryć, że ten kompromitujący stan rzeczy to efekt indolencji wszystkich – bez wyjątku - ministrów spraw zagranicznych III RP począwszy od czasów Krzysztofa Skubiszewskiego. Dobrze poinformowany „Tagesspiegel” twierdzi, że Polska Ambasada wróci na Unter den Linden na przełomie lat 2016-2017. Nie wcześniej jednak zanim całkowicie zostanie ukończone drążenie w tym miejscu tuneli dla nowej linii metra łączącej Alexanderplatz z Dworcem Głównym.

Tekst i zdjęcia: Jacek Balcewicz


Komentarze  

 
0 #1 Xawery 2014-10-26 17:33
Dobry artykuł, odsłania trochę nieznanej prawdy...
Cytować
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież