Skandal wizowy w polskich konsulatach

Email Drukuj PDF

Kolejki przed polskim konsulatem we Lwowie. Fot Stepan Łysak

Tam, gdzie pojawiają się wielkie pieniądze i możliwość łatwego dorobienia w nieuczciwy sposób – tam kończy się polityka zagraniczna i polska racja stanu. Doskonale to widać na przykładzie polskiej polityki wschodniej, która teoretycznie jest naszym oczkiem w głowie. Powtarzane do znudzenia wielkie hasła o „wciąganiu Ukrainy do UE” zderzają się z brutalną rzeczywistością. Otóż od kilkunastu miesięcy zdobycie polskiej wizy Schengen w polskich konsulatach na Ukrainie i Białorusi w normalny, uczciwy sposób jest praktycznie niemożliwe, gdyż rządowy system zapisów na wizę  (e-konsulat) jest zablokowany przez hakerów. MSZ rozkłada ręce, mimo że rozwiązanie tego problemu nie jest takie trudne.


Dobrą opinię tworzy się latami, a zmarnować ją można w ciągu roku

Jak to możliwe, że trwający już ponad rok paraliż polskich konsulatów i uzależnienie wydania polskiej wizy od skorzystania z usług hakerów-pośredników jest tolerowany i traktowany jak zło konieczne? I to w Polsce, kraju bądź co bądź cywilizowanym, który niejednokrotnie poucza wschodnich sąsiadów, że korupcja i postsowiecki bałagan to coś nie przystającego do europejskich aspiracji tych krajów?

Odpowiedź jest zadziwiająco prosta. Polska tak wiele zrobiła dla Ukrainy i Białorusi w sferze deklaracji i salonowej polityki w Brukseli, że nikomu do głowy nie przychodzi fakt, iż przyczyna bałaganu wizowego może leżeć właśnie po stronie polskiego MSZ. Nie po stronie hakerów, ukraińskiej korupcji czy reżimu Łukaszenki, ale właśnie u nas.

Zasługi Polski w zakresie promowania Ukrainy i Białorusi w UE są niezaprzeczalne. Dotyczy to (na poziomie deklaracji) również wiz: Polska jako ostatni nowy kraj Unii Europejskiej wprowadziła w  2003 roku wizy Ukraińcom, Rosjanom i Białorusinom i nasz MSZ do końca przekonywał unijnych partnerów, że wizy są niepotrzebne. I nawet wtedy, w okresie przejściowym między akcesją do Unii a wstąpieniem do Schengen (2004-2007), Warszawa demonstracyjnie prowadziła liberalną politykę wizową: polskie wizy wydawane były praktycznie wszystkim starającym się o to obywatelom Ukrainy i Białorusi i były bezpłatne. Taka postawa spotkała się z ogromną sympatią ze strony zwykłych Ukraińców i Białorusinów, którzy dostrzegli wówczas, że Polska rzeczywiście poważnie traktuje swoje deklaracje o „strategicznym partnerstwie polsko-ukraińskim” i otwarciu na Wschód.

Po wstąpieniu Polski do strefy Schengen w 2007 roku już nie było tak łatwo. Po zniesieniu kontroli na granicy polsko-niemieckiej uzyskanie polskiej wizy równało się już z możliwością podróży bez przeszkód po prawie całej Europie Zachodniej. To niewątpliwie plus. Ale minus polegał na konieczności zaostrzenia kryteriów wydawania wiz schengeńskich i wprowadzeniu zaporowej jak na ówczesne realia ceny: 35 euro dla Ukraińców i 60 euro dla Białorusinów. Dziś, gdy zarobki naszych wschodnich sąsiadów znacznie wzrosły w porównaniu z 2007 rokiem, są to znośne kwoty, ale wówczas były one ponad możliwości większości uczciwie zarabiających osób. Ale znów, początkowo Polska starała się jakoś łagodzić te niedogodności, wskutek czego Ukraińcy i Białorusini zgodnie przyznawali, że polskie konsulaty są im najbardziej przyjazne (na równi z litewskimi, czeskimi i węgierskimi) spośród wszystkich placówek dyplomatycznych wydających wizy Schengen.

To wszystko spowodowało wyrobienie uzasadnionej opinii Polski jako „przyjaciela i adwokata Ukraińców i Białorusinów w UE”. Prawdę mówiąc, pracowało na to wiele pokoleń Polaków – począwszy od Giedroycia i Mieroszewskiego, poprzez Mazowieckiego i historycznej decyzji uznania jako pierwszy kraj na świecie niepodległości Ukrainy, kończąc na proukraińskiej polityce Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Kaczyńskiego i obecnie Bronisława Komorowskiego. I właśnie na te argumenty, skądinąd słusznie, powołuje się polski MSZ, odpowiadając na zarzuty w sprawie skandalu wizowego. „Przecież my tyle zrobiliśmy dla Ukrainy i Białorusi, jak ktoś może w ogóle pomyśleć, że są na kierunku wschodnim jakieś nieprawidłowości?” – w tym tonie brzmią wszelkie odpowiedzi MSZ na kierowane do niego zapytania w sprawach wizowych.

Chcieliśmy dobrze, wyszło jak zawsze

A jednak. Jest takie powiedzenie – najciemniej pod latarnią. I ono doskonale pasuje do tej sytuacji, kiedy od kilkunastu miesięcy niezrozumiałe problemy wizowe pojawiają się nie w konsulatach niemieckich czy francuskich (krajów uchodzących tradycyjnie za niechętne otwarciu się Unii na wschodnich sąsiadów), ale właśnie u nas.

Liberalna polityka wizowa Polski lat 2003-2008 spowodowała, że zgodnie z intencjami Warszawy nasi wschodni sąsiedzi zaczęli masowo starać się o polskie wizy Schengen. I nic w tym dziwnego: w końcu Ukraińcy i Białorusini to nasi bliscy sąsiedzi, granica wyznaczona w 1945 roku podzieliła na pół wiele rodzin, a Polska to obok Litwy i Słowacji pierwszy kraj na drodze na Zachód. Siłą rzeczy zaczęły więc tworzyć się kolejki do polskich konsulatów. Polską wizę chcieli wyrobić również ci, którzy tak naprawdę jechali do Niemiec, Francji czy Holandii – wszak to Polska konsekwentnie prezentowała się jako kraj przyjazny i otwarty, od którego żadnych problemów wizowych nie należy oczekiwać.

W takim 2008 czy 2009 roku kolejki do polskich konsulatów były dla ubiegających się o wizę dotkliwym problemem, ale problemem do przejścia. Nieraz trzeba było stać i po kilkanaście godzin, ale ludzie sobie z tym radzili, tworzyli komitety kolejkowe itp. Kto chciał szybciej, dawał łapówkę rzędu 100 euro nielegalnym pośrednikom (białoruskim i ukraińskim firmom, od których nasz MSZ się odżegnywał) – był to jakiś sposób, ale można było po prostu uczciwie odstać swoje w kolejce i uzyskać wizę całkowicie legalnie i zgodnie z zasadami. Co prawda, wiązało się to często z koczowaniem pod konsulatem już od czwartej rano, ale w ciągu jednego-dwóch dni dało się pozytywnie całą sprawę załatwić, nie dając ni hrywni łapówki. A samo stanie w kolejce również było do przejścia (co zresztą znamy z czasów PRL): osobę składającą wniosek wizowy zastępował po kilku godzinach ktoś z rodziny, a poza tym ludzie się organizowali, komitet kolejkowy działał dość sprawnie: można było pójść na kilka godzin do domu, wrócić do kolejki i nie stracić swojego miejsca.

Wszystko do czasu, jak nasze MSZ wzięło się za „usprawnienia”. Teoretycznie rzecz biorąc intencje były słuszne: to nie przystoi, by w środku Europy ludzie stali 8-15 godzin w kolejce przed konsulatem, wprowadźmy zatem system komputerowych zapisów. I wprowadzono: państwowy system e-konsulat, na którym, zgodnie z teorią, każdy starający się o wizę powinien wypełnić i zarejestrować wniosek wizowy przez Internet. A następnie system miał mu wskazać datę osobistej wizyty do konsulatu, aby złożyć dokumenty. Nowocześnie i bez kolejek – przynajmniej w teorii.

W pierwszych miesiącach funkcjonowania systemu rzeczywiście tak było. Ale sielanka wkrótce się skończyła. Pomysłowi białoruscy, ukraińscy i rosyjscy hakerzy zobaczyli w systemie wizowym potencjalne źródło dość sporych dochodów. I odtąd, od 2011-12 roku, zapisanie się na wizytę w konsulacie w normalny sposób jest niemożliwe. Wchodzisz na stronę, chcesz wypełnić wniosek wizowy – a tam albo komunikat o błędzie, albo informacja „wszystkie terminy w maju są zajęte, spróbuj w czerwcu”. Czekasz do 1 czerwca – a tam „wszystkie terminy w czerwcu zajęte, spróbuj w lipcu”. I tak dalej, w każdym kolejnym miesiącu to samo.

Rozwiązanie problemu – skorzystanie z usług pośredników wizowych. Na Białorusi tą sprawą całkiem legalnie zajmują się prywatne firmy („biura podróży”), które za samo zarejestrowanie wniosku wizowego w systemie e-konsulat (a więc nawet nie za wydanie wizy) życzą sobie 300-400 euro. Na Ukrainie jest „lepiej”, bo tu nasz MSZ wprowadził „ułatwienie” w postaci licencjonowanych centrów wizowych. Otóż aby uzyskać polską wizę Schengen, należy udać się do centrum wizowego, czyli prywatnej firmy-monopolisty z indyjskim kapitałem, która jako jedyna ma prawo pośredniczyć w procesie wydawania wiz. Opłata za takie pośrednictwo – 20 euro. Łatwo policzyć, ile ta podstawiona firma zarabia na pośrednictwie wizowym, mając miliony klientów, o których wcale nie trzeba się starać – i tak przyjdą, bo inaczej nie dostaną polskiej wizy.

Kulisy przyznania licencji akurat tej hinduskiej firmie pozostawmy już ocenie Czytelników. Nie trzeba wielkich zdolności analitycznych by domyśleć się, o co tak naprawdę w tym procederze chodzi i że nie tylko Hindusi czerpią korzyści z całego zamieszania wizowego.

Sztuczne nabijanie statystyk

O skandalu wizowym stało się głośno w maju bieżącego roku, gdy portal „Port Europa” (www.porteuropa.eu) opublikował apel białoruskich internautów, którzy opisali mechanizm blokowania systemu e-konsulat przez hakerów i czerpania korzyści z pośrednictwa wizowego. Sprawę opisała następnie Gazeta Wyborcza i inne ogólnopolskie media, a polscy parlamentarzyści (co ciekawe, głównie z rządzącej PO, a nie z opozycji) złożyli w tej sprawie kilkanaście interpelacji i zapytań. MSZ siłą rzeczy musiało na tę krytykę zareagować. Generalna linia obrony była taka: wiemy o całej sprawie, wiemy że strona e-konsulat jest zablokowana przez hakerów, ale nic z tym się nie da zrobić. Polska wydaje ponad milion wiz, to najwięcej w Europie, na tej podstawie widać, że jesteśmy tacy liberalni i przyjaźni wobec wschodnich sąsiadów – i z tego właśnie biorą się problemy, bo Białorusini zamiast starać się o wizę Schengen u Niemców, udają się do polskich konsulatów.

Ziarno prawdy oczywiście w tym jest, a MSZ mówiąc brzydko „jedzie na opinii” wypracowanej dla Polski przez poprzedników jeszcze z czasów rządów Mazowieckiego, Buzka, Millera i Belki, żeby nie wspomnieć o samym Giedroyciu. Tymczasem problem leży gdzie indziej – w systemowej niechęci polskich konsulatów do wydawania wschodnim sąsiadom wiz pięcioletnich, o które, o ironio, minister Sikorski zabiegał gorliwiej od wszystkich swoich unijnych odpowiedników.

Obecny kodeks wizowy Schengen przewiduje, mówiąc w uproszczeniu, że osoba z kraju Partnerstwa Wschodniego, która ileś razy była już w UE i nie było z nią problemu, powinna za czwartym – piątym razem dostać niejako w nagrodę wizę pięcioletnią. Wcześniej tak nie było, wizy pięcioletnie to efekt otwarcia się Unii na Ukrainę i Białoruś, co jest nomen omen sukcesem również polskiej dyplomacji (która ten mechanizm wywalczyła, a teraz z niego nie korzysta). Otóż gdy obywatel Ukrainy po raz pierwszy chce wjechać do UE, musi przedstawić komplet dokumentów, dokładnie uzasadnić podróż itp. Po raz drugi i trzeci tak samo. Ale już za czwartym razem, jeśli wiadomo że nie było z nim problemów (nie zajmował się przemytem, nie pracował nielegalnie, nie naruszał terminów wizowych), taki proeuropejski obywatel Ukrainy czy Białorusi powinien już dostać wizę roczną. A po jej zakończeniu – wizę pięcioletnią. Co wcale nie oznacza, że wiza wydana na pięć lat jest wyrocznią: nie, gdyby nasz Iwan Iwanenko posiadając taką wizę zajął się przemytem czy nielegalną pracą, Straż Graniczna prędzej czy później by go wychwyciła (a jest w tym naprawdę sprawna) i anulowałaby mu wizę.

Problem polega na tym, że polskie konsulaty wiz pięcioletnich zasady nie wydają (z nielicznymi wyjątkami). Dotyczy to również dziennikarzy poczytnych ukraińskich mediów, piszących o Polsce, ukraińskich wykładowców od wielu lat prowadzących zajęcia na uczelniach w Przemyślu, Lublinie czy Krakowie, a także lwowskich czy kijowskich intelektualistów, znanych ze swych propolskich i prounijnych poglądów. Pytanie tu nie jest w tym, czy dana osoba otrzyma polską wizę Schengen – owszem, otrzyma ją, odmowy są na poziomie mniej niż 1%. Ale wizę dostanie na rok, po roku znowu musi się stawić po kolejną wizę – i właśnie w ten sposób tworzą się kolejki.

Sytuację rozwiązałoby wydawanie wiz pięcioletnich zgodnie z postanowieniami Kodeksu Schengen. Nie wszystkim, ale tym, którzy mają ugruntowaną, pozytywną historię wizową: intelektualistom, dziennikarzom, naukowcom, biznesmenom współpracującym od lat z Polską. Ale nie: dana osoba, powszechnie zresztą szanowana, zamiast dostać wizę raz na 5 lat, co roku zmuszana jest do przechodzenia poniżającej procedury wizowej. Wizę (roczną, zamiast pięcioletnią) ten człowiek i tak dostanie, ale w ten sposób sztucznie generuje się kolejki.

I po co to wszystko? Pomińmy już w tym miejscu nasuwające się podejrzenia, że „w mętnej wodzie łatwiej ryby łowić”. Gdyby polskie konsulaty wydawały wizy pięcioletnie, osoby często jeżdżące do Polski byłyby „obsłużone” już w 2013-14 roku i do 2018 roku byłby z nimi spokój (a wtedy być może już Ukraińcy nie będą potrzebować wiz do UE, tak jak już dziś nie potrzebują do Izraela). A więc nie byłby potrzebny żaden system e-konsulat, całość bez problemów i kolejek dałaby się obsłużyć bezpośrednio w konsulatach. A że nikt nie zarobiłby na boku – to już inna sprawa.

Dokładnie tak postępują konsulaty fińskie, litewskie, węgierskie i od niedawna – słowackie. Mieszkańcy St. Petersburga nie mają najmniejszego problemu w odwiedzeniu pobliskich Helsinek, gdyż Finowie niemal wszystkim Rosjanom bez zbędnych formalności dają wizy pięcioletnie. Żeby dostać się na finansowany przez polski rząd festiwal niezależnej białoruskiej muzyki „Basowiszcza” na Podlasiu, Białorusini musieli... wyrabiać litewskie wizy i jechać okrężną drogą przez Wilno. Z kolei Słowacy od roku wydają wizy 3- i 5-letnie Ukraińcom, którzy kupili w biurze podróży wycieczkę w słowackie Tatry na ponad 5 dni. To taka forma niepisanej państwowej korupcji: my wiemy, że tak naprawdę wcale nie macie ochoty jechać na taką wycieczkę, ale w zamian za pięcioletnią wizę ważną na całą UE – warto wydać te 400 euro i ją wykupić. W efekcie, już niemal połowa mieszkańców zakarpackiego Użhorodu w ten sposób uzyskało unijną wizę pięcioletnią, przy okazji reperując nadwątlony budżet słowackiej branży turystycznej (chciałoby się zapytać, dlaczego nie krakowskiej?). Osobiście wolałbym, gdyby Polska brała przykład od Słowaków i by przy tej okazji zarabiały krakowskie firmy turystyczne, zamiast tak jak to jest obecnie, nikomu nie znany pośrednik z Indii, skoligacony nie wiadomo z kim – aż strach w to wnikać.

Jakub Łoginow

 

Tekst opublikowany w numerze 10/2013 miesięcznika "Kraków"

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież