Kijowski Majdan a sprawa polska

Email Drukuj PDF

Kiedy w mroźny listopadowy wieczór wsiadałem w Mińsku w nocny pociąg do Kijowa, miałem wrażenie pewnego deja vu. Wszak równo dziewięć lat temu o tej samej porze roku oprowadzano mnie we Lwowie na pociąg, którym zmierzałem na wówczas pomarańczowy Majdan. Ale na tym podobieństwa się kończyły. Jako uczestnik obu ukraińskich rewolucji (tej drugiej – niestety na bardzo krótko) miałem okazję porównać oba wydarzenia i wyciągnąć wnioski, które niestety nie są zbyt optymistyczne.


„Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” – ta stara mądrość ludowa wydaje mi się w tym przypadku bardzo adekwatna. Swoją pierwszą, pomarańczową rewolucję wspominam jako bardzo ekscytujące wydarzenie, którego zawsze zazdrościli mi moi młodsi znajomi. „Ja też bym chciał przeżyć taką przygodę. Może będzie kiedyś okazja pojechać na podobny pokojowy zryw do Mińska, kiedy Białorusini do tego dojrzeją?” – takie były najczęstsze reakcje na moje opowieści z kolorowego i wesołego Majdanu-2004. Okazja nadarzyła się szybciej, niż ktokolwiek by przypuszczał – i to wcale nie na Białorusi, ale w tym samym Kijowie.

Czym się różniły oba kijowskie Majdany? W tym miejscu muszę zrobić pewną uwagę. Dla młodych osób, którzy na Majdanie byli po raz pierwszy – wrażenia były z pewnością podobne do tych moich z 2004 roku. I podejrzewam, że podobne emocje przeżywali uczestnicy polskiego karnawału Solidarności z 1980 roku. Optymizm pomieszany z lekkim strachem, który jednak nie paraliżuje – siły dodaje magia tej całej międzyludzkiej solidarności, życzliwości i poczucia wspólnoty. To wszystko sprawia, że mimo świadomości zagrożenia, ludzie w tym momencie wolą raczej o tym nie myśleć. Ważne jest tu i teraz, ważny jest nasz Majdan, o przyszłości pomyślimy później. Nie ma już odwrotu, musimy zwyciężyć, a przynajmniej być tu do końca.

Ale przy tym wszystkim zupełnie inaczej odbiera się obecny Majdan z perspektywy osoby, która dziewięć lat wcześniej brała udział w pomarańczowej rewolucji. Z jednej strony była to jedna z najważniejszych przygód w moim życiu, powiązana z wielkimi nadziejami na przyszłość, a z drugiej, nie należy zapominać o związanym z tym późniejszym rozczarowaniem. Rozczarowaniem, co trzeba podkreślić, związanym również z nieadekwatną polityką polskiego rządu wobec „pomarańczowej” Ukrainy Wiktora Juszczenki. Pierwsze lata po zwycięstwie „pomarańczowych” - to był idealny czas na rzeczywistą intensyfikację współpracy polsko-ukraińskiej, na ucywilizowanie granicy (obecnie w kolejkach na przejściach granicznych stoi się po kilka-kilkanaście godzin), na liberalizację wizową – i niestety niczego takiego nie zrobiono.

W tym momencie ktoś mógłby spytać – co autor tego tekstu, bądź co bądź Polak, robił w 2004 roku na Majdanie? Czy to nie mieszanie się w wewnętrzne sprawy Ukrainy? Otóż akurat w moim przypadku ówczesny Majdan był dla mnie czymś jak najbardziej osobistym. Po studiach na krakowskim Uniwersytecie Ekonomicznym i Kijowskim Narodowym Uniwersytetem Handlowo-Ekonomicznym wiązałem swoją przyszłą karierę zawodową właśnie z szeroko pojętą współpracą polsko-ukraińską. I wówczas się wydawało, że to rzeczywiście obiecujący kierunek. Właściwie każdy z nas przyzna, że perspektywy współpracy polsko-ukraińskiej są ogromne, a Kraków jest obok Lublina jednym z najważniejszych miast, które mogłyby taką współpracę „obsługiwać” – i zarabiać na tym.

Dlatego gdy jesienią 2004 roku okazało się, że na Ukrainie sfałszowano wybory i kraj może stać się „drugą Białorusią”, udział w Majdanie był dla mnie formą zawalczenia również o własną przyszłość zawodową. Po co komu w Polsce specjaliści od współpracy z Ukrainą, która byłaby krajem izolowanym? Chodziło tu także o honor: zewsząd słyszałem wówczas te ironiczne uwagi, że po co ci były te studia na Ukrainie, po co ci ten język ukraiński – po brutalnym sfałszowaniu wyborów w 2004 nie będzie to nikomu potrzebne.

Podczas Pomarańczowej Rewolucji ogromną pomoc Ukrainie udzieliła Polska – zarówno politycy, jak i społeczeństwo. Zresztą, podobnie jest i dzisiaj. To właśnie wtedy tak naprawdę doszło do zbliżenia polsko-ukraińskiego na poziomie zwykłych ludzi. „Co było to było, ale teraz widzimy, że Polska jest naszym przyjacielem. Nie obrażajcie się, jeśli gdzieś widzicie czarno-czerwone flagi, w nich nie chodzi o uprzedzenia do Polski, ale wobec Rosji” – tłumaczyli mi demonizowani w Polsce „neobanderowcy”, których zresztą nie ma aż tak wielu.

Wówczas zarówno mi, jak i moim ukraińskim przyjaciołom wydawało się, że Majdan i polska pomoc udzielona Juszczence otworzą nowy etap naszych stosunków. Że w końcu powstaną nowe przejścia graniczne, również piesze, i przekraczanie granicy przestanie być horrorem. Że starając się o polską wizę, Ukraińcy nie będą narażeni na poniżenie i ogromne kolejki w konsulatach oraz na granicy. Dla wszystkich było oczywiste, że w końcu powstaną dogodne połączenia autostradowe i szybka kolej między Krakowem i Warszawą a Lwowem, że masowo pojawią się tanie połączenia lotnicze między Polską a Ukrainą, dotychczas hamowane przez absurdalne przepisy. Liczyliśmy na zawarcie szeregu drobnych, ale ważnych umów polsko-ukraińskich, ułatwiających wzajemną współpracę. Poprzez te umowy można by w końcu doprowadzić do sytuacji, w której minuta rozmowy telefonicznej między naszymi krajami nie będzie kosztować aż 2 złote, a wysłanie przelewu z ukraińskiego do polskiego czy paczki pocztowej z Ukrainy do Polski (i vice versa) nie będzie graniczyć z cudem. Jednym słowem, marznąc w 2004 roku na Majdanie byliśmy wszyscy przekonani, że poprzez te wszystkie ułatwienia Ukraina rzeczywiście znajdzie się „bliżej Europy” – nie poprzez formalną umowę z Unią, ale przez konkretną współpracę z bratnią Polską. Gdyby wówczas Polska wykorzystała tę szansę, być może dziś nie byłoby Janukowycza na stanowisku prezydenta i nowy Majdan nie byłby potrzebny.

Na zdjęciu: demonstracja solidarności z Majdanem. Jeden z postulatów akcji - wsparcie Ukraińców poprzez wydawanie im wiz pięcioletnich

Takich drobnych, ale jakże dokuczliwych barier jest o wiele więcej. I niestety, polskie rządy Marka Belki, Kazimierza Marcinkiewicza, Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska nie zrobiły absolutnie nic, by te sprawy uregulować – co nie przeszkadzało im zapewniać o „strategicznym partnerstwie z Kijowem”. Ale również żadnych kroków nie zrobiła ekipa Wiktora Juszczenki, Julii Tymoszenko ani tym bardziej Wiktora Janukowycza. Reasumując, jeśli chodzi o ogromny potencjał społecznej polsko-ukraińskiej sympatii, wypracowanej na pomarańczowym Majdanie również z moim skromnym udziałem, to z przykrością muszę stwierdzić, że nasi (i nie tylko) politycy zmarnowali tę szansę z kretesem.

Mając te gorzkie doświadczenia w pamięci, 27 listopada wsiadałem do pociągu do Kijowa z mieszanymi uczuciami. Zresztą, Kijów był jedynie przystankiem na mojej drodze powrotnej z Mińska do Krakowa – kupując bilet kilkanaście dni wcześniej, nie mogłem jeszcze wiedzieć o wybuchu rewolucji, chociaż przeczuwałem taką możliwość. Tym razem na kijowskim Euromajdanie byłem tylko jeden dzień, kilka godzin. Teraz żałuję, że nie zostałem tam dłużej, ale zdecydowałem inaczej i pojechałem do Polski zgodnie z planem. W pewnym sensie bałem się kolejnego rozczarowania: znów rozbudzone nadzieje, kolejny wielki Majdan, polscy politycy na wyścigi przekonują o swojej miłości do Ukrainy – ale nikt (są wyjątki, ale nie należy do nich np. Jarosław Kaczyński) nawet nie zająknie się o potrzebie ucywilizowania granicy czy rozwiązania skandalu wizowego, o którym pisaliśmy w październikowym „Krakowie”.

A jednak – nawet dla tych kilku godzin spędzonych na Majdanie warto było wracać z Mińska do Kijowa okrężną drogą przez Kijów. Atmosfera – wspaniała, tym bardziej że było to jeszcze przed brutalną akcją Berkutu i nikt się nie spodziewał siłowego rozwiązania. Na placu zgodnie zebrali się nie tylko studenci z Kijowa i Zachodniej Ukrainy, jak mylnie głosi stereotyp. Szczególnie w tych pierwszych dniach, kiedy ludzi było jeszcze mało, rzucała się w oczy stosunkowo duża ilość emerytów z „prorosyjskiego” wschodu i południa kraju. „My lepiej od was, zachodnioukraińskich studentów, wiemy co to takiego Rosja i do czego prowadzi rosyjska okupacja. Stalinizm, zsyłki na Sybir, brutalna rusyfikacja i totalne kłamstwo – my to wszystko przeżyliśmy. My już nie mamy nic do stracenia, dlatego przyjechaliśmy tu, by obronić Ukrainę od rosyjskiej zależności” – mniej więcej w tym tonie mówili obecni na scenie emeryci z Zaporoża, Dnipropetrowska czy Charkowa.

Niezależnie od wszelkich podobieństw między oboma Majdanami, widać pewną istotną różnicę. Obecny Euromajdan jest o wiele bardziej dojrzały, mniej optymistyczny. Ludzie nie ufają politykom, a swoich nadziei na lepszą przyszłość nie wiążą już z wyrazistymi liderami, jak swego czasu Juszczenko i Tymoszenko. Większość uczestników zdaje sobie sprawę z tego, że przyszłość wcale nie będzie różowa, nawet jeśli Euromajdan odniesie zwycięstwo. A mimo wszystko walczą o swoją godność – „razem i do końca”. Czy i nasi politycy wykażą się podobną dojrzałością i w końcu zajmą się konkretnymi sprawami, takimi jak ucywilizowanie granicy czy wydawanie wiz pięcioletnich – niestety, na razie w to wątpię.

Jakub Łoginow

 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież