Współpraca ze Lwowem: kurtuazja czy biznes?

Email Drukuj PDF

Kraków na chwilę obecną ma podpisane ponad trzydzieści umów partnerskich i bliźniaczych z innymi miastami. Do tego dochodzi kilka planowanych umów oraz wymieniana na stronach magistratu „współpraca bez formalnej umowy partnerskiej”. To dużo, można wręcz powiedzieć – za dużo, bo utrzymywanie intensywnych, „braterskich” relacji ze wszystkimi partnerami jest fizycznie niemożliwe.

 

 

W efekcie nasza współpraca z miastami partnerskim pozostawia wiele do życzenia - zamiast skoncentrować się na kilkunastu rzeczywistych partnerach, niepotrzebnie rozpraszamy naszą zagraniczną aktywność na kontakty, z których niewiele wynika.

Taka „inflacja przyjaźni międzymiejskiej” – to efekt niezbyt przemyślanej praktyki z ubiegłych dziesięcioleci, kiedy to zawierano umowy partnerskie na czas nieokreślony, zamiast – jak robią to inne miasta – na dziesięć czy dwadzieścia lat z opcją przedłużenia. W większości przypadków mamy więc do czynienia ze współpracą, która już wiele lat temu umarła śmiercią naturalną, ale umowa formalnie pozostała. I teraz związuje obu stronom ręce: nikt za bardzo nie pali się do intensywnej współpracy, na dobrą sprawę umowę więc należałoby rozwiązać i nie utrzymywać przy życiu fikcji – ale przecież byłoby to niedyplomatyczne i niezręczne.

Efekt tego stanu rzeczy jest taki, że umowy-widma wciąż obowiązują, a skoro tak – trzeba przynajmniej stwarzać pozory, że współpraca istnieje. Od czasu do czasu wykonuje się więc pewne kurtuazyjne gesty, głównie słabej jakości wspólne wydarzenia kulturalne, które tak naprawdę w obu miastach przechodzą niezauważone. „Odfajkowanie” takiego wydarzenia to raczej nudny obowiązek, zajmujący tylko czas i nie wnoszący realnej wartości, ale jednak konieczny ze względu na miejską dyplomację – w końcu formalnie to nasz partner, więc „coś się musi dziać”.

Konieczna jest dyskusja nad „polityką zagraniczną miasta”

Niestety, jak dotąd w Krakowie brakowało publicznej debaty na temat współpracy z miastami partnerskimi, przyjmując kulawy stan obecny za pewnik i dogmat. Zresztą, współpracę zagraniczną już dawno sprowadziliśmy do roli niewiele znaczącego rytuału. Schemat jest podobny: przede wszystkim kultura, później długo, długo nic, a następnie ewentualnie współpraca naukowa i wymiana doświadczeń w zarządzaniu miastem. Dawno już brakuje tej wizji i rozmachu, które towarzyszyły kontaktom Krakowa z bratnią Norymbergą na początku lat 90-tych, a której symbolem są chociażby słynne norymberskie tramwaje na ulicach Krakowa oraz Dom Norymberski w naszym mieście i Dom Krakowski w Norymberdze.

Moim zdaniem dalszą dyskusję nad „polityką zagraniczną miasta” powinniśmy skoncentrować na trzech aspektach. Po pierwsze – jak skutecznie, a zarazem dyplomatycznie rozwiązać problem „inflacji umów partnerskich”, która krępuje nasze ruchy? Może warto mimo wszystko ogłosić, że z dniem 1 stycznia 2015 wypowiadamy wszystkie umowy partnerskie – a następnie wynegocjować nowe umowy o współpracy już tylko z wybranymi miastami, maksymalnie kilkunastoma, z którymi rzeczywiście łączą nas trwałe związki? Po drugie – niezależnie od tego, czy kwestię tę rozwiążemy formalnie, czy nie, należałoby mimo wszystko wybrać te kilkanaście miast, z którymi rzeczywiście chcemy współpracować, a nie tylko rutynowo zaliczać wspólne wydarzenia. I po trzecie – zastanowić się, jak taka współpraca miałaby wyglądać poza takimi oczywistymi aspektami, jak wspólne wydarzenia kulturalne i wizyty studyjne.

Euromajdan jako impuls do współpracy ze Lwowem

Moim zdaniem najciekawszym przykładem do analizy jest Lwów – miasto partnerskie Krakowa od lat 90-tych. W przeciwieństwie do wielu wydumanych i egzotycznych umów o współpracy, partnerstwo ze Lwowem ma głęboki sens – większy niż w przypadku Kijowa, który ma formalnie status „najwyższego uprzywilejowania” – jest naszym miastem bliźniaczym. Po pierwsze, ze Lwowem łączy nas wspólna galicyjska przeszłość i związane z tym tradycje, podobna architektura i przede wszystkim bliskość geograficzna. Po drugie, Lwów jest dla krakowian swoistym oknem nie tylko na Ukrainę, ale na cały obszar poradziecki. Większość podróży do Kijowa, w ukraińskie Karpaty, na Krym, ale także do Moskwy czy nad daleki Bajkał, zaczynają się właśnie od dojazdu do Lwowa, traktowanego co najmniej jako centrum przesiadkowe. W drugą stronę jest podobnie. Dla Ukraińców i Polaków ze Lwowa i okolic to właśnie Kraków wraz z Lublinem są miastami, od których zaczyna się ich przygoda z Polską i Unią Europejską. To do nas lwowianie najchętniej przyjeżdżają na studia, tłumacząc to mniej więcej tak: „bo to UE i Zachód, a zarazem blisko do domu i czuję się tu tak jak w rodzinnym Lwowie”. Wreszcie, nasze metropolie są ze sobą doskonale skomunikowane (autostrada, magistrala kolejowa), czego nie można powiedzieć o kłopotliwym połączeniu Lwowa z Lublinem i Warszawą.

Nic więc dziwnego, że na poziomie zwykłych ludzi współpraca lwowsko-krakowska wręcz kwitnie i jest o wiele bardziej intensywna, niż współpraca lwowsko-wrocławska – odwrotnie niż na poziomie magistratów. W naszym mieście mieszka dość sporo lwowiaków, głównie studentów i absolwentów. Warto też pamiętać, że to właśnie krakowskie uczelnie jako pierwsze w Polsce uruchomiły możliwość wyjazdu na wymianę studencką do na Ukrainę. Przykładem niech będzie dawna Akademia Ekonomiaczna (obecnie UEK), skąd studenci masowo wyjeżdżali na stypendia do Lwowa i Kijowa już ponad dziesięć lat temu. W tym czasie we wrocławskich uczelniach było to nie do pomyślenia – na zapytanie studenta, czy można wyjechać na wymianę na Ukrainę, pani w dziekanacie spoglądała z politowaniem i tłumaczyła: „a po co tam jechać”, dodając, że wyjeżdżać należy na Zachód. I kiedy krakowianie jeździli na wycieczki do Lwowa (choćby jednodniowe – bo blisko), to we Wrocławiu zwykli ludzie patrzyli na takich zafascynowanych Ukrainą turystów jak na małpy. „Dlaczego tam jedziesz, przecież tam niebezpiecznie” – mówili wrocławianie krakusom. Przykład wrocławski podaję nieprzypadkowo, gdyż dzisiaj to stolica Dolnego Śląska wiedzie prym we współpracy ze Lwowem, dystansując pod tym względem nasze miasto.

Świetne kontakty na poziomie zwykłych krakowian i lwowian nie przekładają się jednak na równie intensywną współpracę na poziomie magistratów. Owszem, współpraca ma miejsce i jeśli spojrzeć na jej kalendarium, wygląda to nawet imponująco. Ale daleko jej do tego zaangażowania i poczucia autentycznego partnerstwa, które towarzyszy współpracy Krakowa z Norymbergą czy władz Lwowa z władzami Lublina i wspomnianego już Wrocławia.

Jeżeli myślimy nad tym, aby zintensyfikować współpracę ze Lwowem, to moment ku temu jest wręcz idealny. Kraków był obok Warszawy pierwszym miastem, którego mieszkańcy spontanicznie zareagowali na wydarzenia w Kijowie. Pierwsza demonstracja solidarności z Euromajdanem miała miejsce jeszcze przed listopadowym szczytem Partnerstwa Wschodniego, a kolejne odbywały się niemal co tydzień i spotkały się z gorącym odzewem krakowian – co w innych miastach nie było takie oczywiste. Prezydent i Rada Miasta wydali rezolucje, wyrażające solidarność z Ukraińcami. A ilość zebranej w Krakowie pomocy materialnej dla Majdanu przerosła wszelkie oczekiwania. Te gesty zostały we Lwowie zauważone i docenione, pisała o tym bardzo szeroko lwowska prasa, wymieniając Kraków wśród miast najbardziej zaangażowanych w pomoc dla przemian demokratycznych na Ukrainie.

Miejsca pracy: jak to robią inni

Majdan prędzej czy później się skończy, nastąpi szara codzienność, a wraz z nią pytanie: jak ten cały kapitał społeczny przekuć w coś więcej? Współpraca kulturalna, wymiana studencka, wizyty studyjne – to wszystko jest ważne i potrzebne. Ale w przypadku Krakowa i Lwowa jest szansa na coś więcej: na stworzenie w naszym miejscu całej gałęzi gospodarki, pracującej w sferze współpracy polsko-ukraińskiej. Tak jak to ma miejsce w przypadku Białegostoku, w którym całkiem spory odsetek mieszkańców utrzymuje się z szeroko pojętej współpracy z Białorusią – i mam na myśli nie tylko handel przygraniczny.

Nie od dziś wiadomo, że Ukraina to ogromny rynek i jeszcze większe możliwości biznesowe, jak na razie nie wykorzystane. Znajomość języka ukraińskiego oraz języków zachodnich, a także realiów ukraińskiego rynku – to atut, który posiada kilkaset – kilka tysięcy młodych, dobrze wykształconych krakowskich absolwentów. Skoro krakowskie uczelnie co roku wypuszczają na rynek pracy takich świetnych specjalistów od współpracy polsko-ukraińskiej, dlaczego ta gałąź gospodarki się pod Wawelem nie rozwinęła tak mocno, jak osławiony outsourcing? I dlaczego zamiast wykorzystać te kwalifikacje biznesowo, absolwenci krakowskiego ukrainoznawstwa emigrują do Irlandii lub pracują w Krakowie w zupełnie innej branży?

Jak w praktyce miałoby wyglądać biznesowe wykorzystanie możliwości, jakie daje współpraca partnerska Krakowa i Lwowa? Podam kilka przykładów z innych miast. Efektem umowy o współpracy między Elblągiem a Królewcem jest prężnie działający elbląski port, obsługujący wymianę handlową między oboma miastami – co daje miastu miejsca pracy i wpływy z podatków. Pozostając w portowej tematyce, przyjrzyjmy się miastom partnerskim Gdańskowi i Odessie. Efektem ich współpracy było uruchomienie korytarza transportowego łączącego port gdański z portem odeskim, a więc również korzyści dla trójmiejskiej branży morskiej. Współpraca Białegostoku z białoruskimi partnerami owocuje tym, że do stolicy Podlasia masowo przyjeżdżają na zakupy Białorusini, a białostockie firmy robią interesy za wschodnią granicą. W Białymstoku czy Lublinie funkcjonuje mnóstwo firm konsultingowych, doradzających polskim przedsiębiorcom, zainteresowanym działalnością na rynkach wschodnich. Analogicznie mogłoby być w Krakowie, który, jak już wspomniałem, wykształcił całkiem niezłych specjalistów w zakresie współpracy polsko-ukraińskiej, również dzięki pobycie na stypendiach na lwowskich uczelniach.

Ktoś powie: co z tym wszystkim ma wspólnego magistrat? Otóż ma: we wszystkich wymienionych wyżej przypadkach władze miasta, wykorzystując fakt współpracy z zagranicznymi partnerami, inspirują miejscowych przedsiębiorców do nawiązywania kontaktów biznesowych. Narzędziem do tego są chociażby współorganizowane przez magistrat konferencje czy fora gospodarcze, które sprawdziłyby się również w naszym przypadku. Takie wydarzenia mają miejsce w Trójmieście, Elblągu, Bydgoszczy, Białymstoku, Wrocławiu czy Lublinie i wszędzie tam współpraca międzynarodowa miast koncentruje się nie tylko wokół kultury, ale też przyczynia się do budowania więzi biznesowych i tworzenia miejsc pracy.

Może więc warto pomyśleć nad zorganizowaniem pod Wawelem Krakowsko-Lwowskiego Forum Gospodarczego? Albo nad uruchomieniem inkubatora przedsiębiorczości, w którym miasto dawałoby dotacje na założenie firmy osobom, które mają ciekawy i innowacyjny pomysł na biznes z udziałem lwowskiego partnera? Pora wreszcie zauważyć i docenić ogromny potencjał Krakowa, w postaci świetnie wykształconych specjalistów – ukrainoznawców. Potencjał, który niestety nie znalazł przełożenia na rynku pracy. A szkoda, bo możliwości są tu ogromne, tylko trzeba chcieć po nie sięgnąć.

Jakub Łoginow

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież