Majdan pół roku później

Email Drukuj PDF

28 listopada 2013 roku, dzień szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie, podczas którego Wiktor Janukowycz nie podpisał umowy stowarzyszeniowej. Wydaje się, że było to tak niedawno, może miesiąc temu.

 

 

28 listopada kijowski Majdan dopiero się zaczynał – jak się wtedy wydawało, bez większych szans na sukces. Wrażenie, kiedy po ponad pół roku pojawiasz się w tym samym miejscu, ale zamiast wesołego studenckiego Euromajdanu widzisz zgliszcza, spalone autobusy i zdjęcia zabitych – trudne do opisania. Podobnie jak atmosfera w Kijowie i Lwowie, która panowała w tym szczególnym czasie: w połowie maja, tuż przed wyborami prezydenckimi, podczas „dziwnej wojny” na wschodzie kraju.



W ostatnich miesiącach Ukraina na stałe gościła na łamach naszego miesięcznika. Nasi dziennikarze byli na Majdanie 28 listopada i na początku grudnia, gdy wszystko dopiero się zaczynało. Pisaliśmy o problemach z otrzymaniem polskiej wizy Schengen, o konflikcie krymskim, o relacjach Krakowa z naszymi miastami partnerskimi: Lwowem i Kijowem. Dlatego teraz, gdy Ukraina stawia „kropkę nad i” w postaci przyspieszonych wyborów prezydenckich, symbolicznie kończąc w ten sposób okres Euromajdanu, postanowiliśmy znów wybrać się do Lwowa i Kijowa i przedstawić relację z tych przełomowych tygodni, których znaczenia jeszcze sobie tak naprawdę nie uświadamiamy.

Lwów bez turystów, za to stabilny

Jak wygląda codzienne życie w kraju, w którym trwa wojna, a część terytorium jest okupowana przez Rosję? Po przyjeździe do Lwowa na to pytanie można dać zdumiewającą odpowiedź: całkiem zwyczajnie. We Lwowie nie widać żadnych oznak tego, o czym codziennie informują nas mainstreamowe media. Polska telewizja pokazuje nam gorące relacje ze Słowiańska i Kramatorska, dziennikarze i politycy straszą nas, iż „Władze w Kijowie nie kontrolują sytuacji i Ukraina może utracić suwerenność. A wtedy Polska będzie następna w kolejce”. Mając przed oczami taki przekaz medialny, wiele osób spodziewa się zastać we Lwowie może nie tyle chaos, ale chociażby jakieś oznaki paniki. Brak towarów w sklepach, hiperinflacja, utrata zaufania do hrywny i masowe przechodzenie na rozliczenia w dolarach – tego wszystkiego podświadomie oczekujemy, słysząc tragiczne relacje z pogrążonej w wojnie Ukrainie.

Największe zdziwienie po przekroczeniu ukraińskiej granicy polega na tym, że… jest tak jak dawniej. Czyli normalnie. Ludzie żyją tradycyjnym rytmem: spieszą się do pracy, chodzą na piwo, biegają dla sportu lub jeżdżą na rowerze, odwiedzają centra handlowe. Poza plakatami wyborczymi, na których pojawia się więcej niż zwykle haseł o bezpieczeństwie, prawie nie widać zewnętrznych oznak jakiejś nadzwyczajnej sytuacji. Wprawne oko dostrzeże większą niż zwykle ilość ukraińskich flag oraz napisów, w których Putin nazywany jest różnymi ciekawymi, niezbyt cenzuralnymi epitetami – ale i tego nie ma szczególnie dużo. I co najbardziej wymowne: na początku maja rozebrano scenę lwowskiego Euromajdanu, co było symbolicznym sygnałem: czas rewolucji się skończył, pora wracać do normalności.

Dopiero po jakimś czasie przychodzi olśnienie: zaraz zaraz, coś tu jednak nie pasuje… O tej porze roku Lwów zawsze był pełen polskich turystów. A w ostatnich latach, w centrum miasta słychać było nie tylko język polski, ale także niemiecki, angielski, hiszpański. Dzięki Euro 2012 i związanymi z tym inwestycjami, Lwów stał się bardzo modnym celem wycieczek, zachodnie portale turystyczne mówiły wręcz o turystycznym odkryciu roku i bardzo chwaliły pozytywne zmiany, które zaszły w tym mieście. Nie ma już tego zapyziałego poradzieckiego klimatu, Lwów upodobnił się do Pragi i Krakowa: wszędzie tablice po angielsku, ścieżki rowerowe, modne kawiarenki w zachodnioeuropejskim stylu. Jeszcze we wrześniu przyjeżdżała tu cała Europa – a teraz zagranicznych turystów praktycznie nie ma. Chociaż o dziwo knajpy są pełne ludzi, a na rynku jest dość gwarno – tym razem dzięki turystom z innych regionów Ukrainy, dla których Lwów jest uosobieniem Europy – tym lepszym, że dla jego odwiedzenia nie jest potrzebna wiza..

Żeby tylko na Wschód nie zabrali

Atmosferę wojny i niepewności można odczuć dopiero wtedy, gdy spotkamy się z ukraińskimi znajomymi. O czym byśmy nie rozmawiali, i tak temat zejdzie na wojnę. Mobilizacja. Do kogo już wojsko zapukało, a do kogo jeszcze nie? Zgodnie z ustawą, podpisaną przez tymczasowego prezydenta Ołeksandra Turczynowa, każdego mężczyznę w wieku do 60 roku życia można wziąć do wojska na 45 dni. Na razie armia aktualizuje swoją bazę, wzywa rezerwistów na komisję wojskową, część osób jest później brana na przeszkolenie wojskowe. Podczas czterdziestopięciodniowej służb, najzdolniejszym proponowany jest kontrakt – system działa o dziwo dość sprawnie i wygląda na to, że niepostrzeżenie rodzi się nowoczesna ukraińska armia, spełniająca docelowo natowskie standardy.



Spośród osób, z którymi rozmawiałem we Lwowie, nie ma zbyt wielu chętnych do służby na Wschodzie. – Ja sam bym nawet mógł pojechać, spełnić swój patriotyczny obowiązek. Zginę – to trudno, trzeba się z tym liczyć. Ale mam żonę i małe dziecko. I ogromny dylemat moralny, który obowiązek ważniejszy: wobec ojczyzny, czy wobec rodziny – mówi Jurij, pracownik naukowy Lwowskiej Politechniki. Równocześnie jednak nikt raczej nie uchyla się od wojska, jak to było wcześniej. Raptem znikła korupcja, nie ma już łapówek za uniknięcie służby wojskowej. Dezercja jest karana z całą surowością – w obecnej sytuacji nie ma żartów, nie stawienie się na wezwanie jest równoznaczne ze zdradą. Ale i nastawienie lwowian jest dość jasne. „Jak trzeba będzie, posłusznie pójdę do wojska i nie będę się uchylać od służby. Ale będę mieć cichą nadzieję, że po mnie nie przyjdą, a jeśli już – to że nie wyślą na Wschód” – w ten sposób myśli większość lwowskich mężczyzn, których potencjalnie może objąć mobilizacja.

W Kijowie Majdan wciąż trwa

Jeżeli ktoś z naszych Czytelników nie był jeszcze na Majdanie, a chce odczuć tę atmosferę – ma ku temu ostatnią szansę. Chociaż już od trzech miesięcy Ukraina ma nowy rząd i tymczasowego prezydenta Turczynowa, Majdan wciąż funkcjonuje jak dawniej: są barykady, namioty i mieszkający w nich setnicy. Pomiędzy namiotami palą się ogniska, funkcjonuje kuchnia polowa dla tych, kto wciąż pozostał na posterunku. Pośrodku Majdanu – scena, na której występowali politycy, niedaleko – słynna „jołka”, czyli „krwawa choinka”. To właśnie konieczność ustawienia noworocznej choinki posłużyła Janukowyczowi za pretekst do brutalnego rozpędzenia pokojowej demonstracji 1 grudnia 2013 roku. Choinka została następnie zdobyta przez demonstrantów i przerobiona na majdanowe trofeum: do teraz wiszą na niej rewolucyjne flagi, plakaty i transparenty. Dziś „jołka” stoi pośrodku Majdanu jako żywy pomnik zwycięstwa nad reżimem – pomnik okupiony krwią pierwszych ofiar eurointegracyjnej rewolucji.

Na Majdan można dojść z wielu kierunków, jednak ja postanowiłem dotrzeć tam od góry, od strony ulicy Instytuckiej – tej, na której 19 i 20 lutego trwała strzelanina. Trudno opisać słowami to, co człowiek wtedy odczuwa, mijając barykady i miejsca, w których upamiętniono bohaterów Niebiańskiej Sotni. Znicze, kwiaty i ponad setka zdjęć poległych. Pierwsze spojrzenie – i dziwnym trafem mój wzrok od razu wyłowił znajome mi nazwiska: Toczyn, Cariok, Tkaczuk. Jeszcze miesiąc temu nic o tych osobach nie wiedziałem, a teraz – jakbym zobaczył zdjęcie kogoś mi bliskiego. Dokładnie kilka dni wcześniej oprowadzaliśmy po Krakowie grupę ukraińskiej młodzieży, której ojcowie zginęli podczas strzelaniny w Kijowie. Dzieci Majdanu – tak nazywa się program, dzięki któremu synowie i córki bohaterów Niebiańskiej Sotni mogli choć na kilka dni wypocząć w naszym mieście, odreagować po tragicznych wydarzeniach, które dotknęły ich rodzinę. A teraz, przychodząc na Majdan, dziwnym zbiegiem okoliczności od razu natrafiam na tablice poświęcone ich ojcom... Ziemia ugina się pod nogami, czuję jakby to wszystko spotkało mnie osobiście. A co mają powiedzieć bliscy ofiar – dopiero w tym momencie tak naprawdę uświadamiam sobie tragizm całej sytuacji.


I to dziwne wrażenie: barykady z opon i kostki brukowej, spalone autobusy, zgliszcza budynku związków zawodowych – a przy tym dziwnie kontrastująca z tym, optymistyczna majowa zieleń i palące słońce. Wszystko całkiem odwrotnie, niż pamiętnego 28 listopada, kiedy byłem na Majdanie po raz ostatni. Wówczas Majdan był wesoły, pozytywnie patrzący w przyszłość, roztańczony – nikt nie wierzył w to, że kilka dni później nastąpi pierwsza pacyfikacja, a za kilka tygodni do demonstrantów będą strzelać z broni palnej. Dla młodego pokolenia, osób urodzonych już w niepodległej Ukrainie, takie siłowe rozwiązania były nie do pomyślenia. A równocześnie tamten początkowy Majdan mimo swojego optymizmu był niesamowicie mroźny. Minus dziesięć stopni – w takiej temperaturze można się spokojnie przechadzać, ale wystać dłużej w jednym miejscu nie jest możliwym. Sam wtedy porządnie zmarzłem, chociaż byłem na Majdanie zaledwie kilka godzin – a co mają powiedzieć osoby, które były tam na dłużej? A teraz – spalone budynki, a przy tym dwudziestostopniowa pogoda i przebijające spośród barykad zielone liście. Majdan pół roku później – to jedyny komentarz, który nasuwa się podczas próby opisu słowami wrażeń, których opisać się tak naprawdę nie da – tam trzeba po prostu być.



Byle do wyborów

Ktoś może spytać: po co w ogóle na Majdanie pozostały namioty i koczujący w nich setnicy, skoro Janukowycz już dawno uciekł z kraju, a władzę przejęli liderzy opozycji? Odpowiedzi na to pytanie są dwie. Po pierwsze, Ukraińcy przeżyli już rozczarowanie Pomarańczową Rewolucją: to już wtedy, w 2005 roku, Ukraina miała mieć normalną władzę, która wprowadzi kraj do UE i przeprowadzi oczekiwane reformy. Nie wyszło. Dzisiejsi aktywiści Majdanu są już mądrzejsi o te doświadczenia i nie wierzą politykom. Jasne, że Turczynow, Jaceniuk i inni są o niebo lepsi od starej gwardii Janukowycza, ale to jeszcze nie powód, by im bezgranicznie ufać. Dlatego właśnie po utworzeniu rządu Arsenija Jaceniuka i wyborze tymczasowego prezydenta Turczynowa, liderzy majdanowych sotni postanowili nie schodzić z posterunku. Na wszelki wypadek, żeby się nie okazało, że nowa władza jest taka sama jak poprzednia.



Majdan pozostał więc jako żywe memento. „Ludzie, zamyślcie się!” – głosi jeden z transparentów na barykadach. „Pamiętajcie cenę zwycięstwa” – głosi inny, pod którym palą się znicze i widnieją transparenty, upamiętniające Niebiańską Sotnię (osoby, które zginęły na Majdanie, była ich około setka). Tragizmu całej sytuacji dodaje fakt, iż Ukraina pozostaje w stanie faktycznej wojny z Rosją. Krym jest już zajęty i właściwie utracony, a obecnie (w momencie pisania tego artykułu, czyli w połowie maja) trwają walki na terenie Donbasu.

Postawa setników Majdanu nie wszystkim się jednak podoba. – A po co tam iść. Od marca nie byłem na Majdanie ani razu i nawet nie chcę, chociaż w czasie najostrzejszych walk byłem tam prawie codziennie. Teraz pozostały tam jakieś podejrzane osoby, właściwie nie wiadomo po co. Jak ktoś jest patriotą i chce bronić ojczyzny, niech po prostu uczciwie pracuje, tworzy dobrobyt kraju, nie daje łapówek i żyje po europejsku. Albo niech się zapisze do Gwardii Narodowej i jedzie na wschód walczyć z separatystami – mówi Wołodia, zaprzyjaźniony dziennikarz jednej z kijowskich gazet. Tym niemniej, biorąc pod uwagę tragizm sytuacji, trudno sobie wyobrazić decyzję o uprzątnięciu barykad i przywróceniu ruchu samochodowego na ulicach otaczających Majdan Niepodległości. Tyle osób zginęło i zostało rannych, a teraz mielibyśmy jak gdyby nigdy nic uporządkować teren i organizować tu rozrywkowe festyny? Na samą myśl o takiej perspektywie ludziom przypominają się cyniczne argumenty ekipy Janukowycza, która dokonała pacyfikacji Majdanu 1 grudnia pod pretekstem ustawienia na centralnym placu noworocznej choinki.



W połowie maja wśród mieszkańców Kijowa daje się wyczuć wyraźne napięcie. Co będzie dalej z Ukrainą? Z utratą Krymu przynajmniej na 10-20 lat wszyscy się już raczej pogodzili, ale pozostaje pytanie, co będzie z Donbasem. – A niech się oddzielają, Donbas jest jak gangrena, jeśli jej nie odrzucimy, pociągnie na dół cały kraj – mówią jedni. Przy tym dokonała się bardzo istotna zmiana: nie ma już, jak w czasach pomarańczowej rewolucji, prorosyjskiego „Południowego Wschodu”. Dziś cała południowa Ukraina (z wyjątkiem Krymu), a także Charków, Dniepropietrowsk i Zaporoże stały się już całkiem lojalne wobec Ukrainy, choć ze swoim rosyjskojęzycznym kolorytem. Problemem (oprócz Krymu) pozostały jedynie dwa obwody: Doniecki i Łuhański, których mieszkańcy rzeczywiście wspierają separatystów.

Wszyscy czekają więc na wybory 25 maja. Niech prezydentem zostanie już ktokolwiek, byle skończył się okres bezkrólewia. Tymczasowego prezydenta, przewodniczącego Werchownej Rady Ołeksandra Turczynowa kijowianie raczej popierają, zaznaczając, że nie ma on zbyt wielkiego mandatu do rządzenia. „Niech już będzie ten Petro Poroszenko, po wyborach te wszystkie problemy z separatystami powinny się w końcu rozwiązać” – mówią zapytani o całą sprawę mieszkańcy stolicy.

Polska pomoc i problemy wizowe

O Polsce ukraińscy zwolennicy Majdanu wypowiadają się w samych ciepłych słowach. Ale tylko do momentu, gdy rozmowa nie schodzi na temat wiz. W rozmowie z ukraińskimi przyjaciółmi przepraszam za to, że poza pobytem 28 listopada, nie zawitałem na Majdanie na dłużej. – Wiem, że to tylko taki mały gest, który niczego nie zmienił, ale w Krakowie staraliśmy się chociaż symbolicznie wyrazić solidarność z Majdanem, organizując w te dni co niedzielę demonstrację na Rynku pod pomnikiem Mickiewicza – mówię. W odpowiedzi słyszę, że nasze krakowskie akcje nie poszły na marne, kijowianie o nich wiedzieli i w te ciężkie dni wsparcie krakowian i innych Polaków dodawało Majdanowi otuchy. – Cała Europa się od nas odwróciła, jedynie Polska nas wspierała. Uwierz, to dla nas było bardzo ważne – mówi Denis, uczestnik Majdanu, na co dzień pracownik kijowskiego oddziału jednej z międzynarodowych korporacji.

Duże znaczenie miała także polska pomoc dla rannych na Majdanie. Do dziś w krakowskich szpitalach leczy się kilka osób poszkodowanych podczas krwawych zajść na Majdanie. Wbrew powszechnemu przekonaniu, przeważnie nie jest to jednak pomoc udzielona przez polskie władze, lecz przez społeczeństwo i prywatne firmy. Przykładem niech będzie komercyjny szpital św. Rafała, który za własny koszt leczy chłopaka postrzelonego przez snajpera podczas krwawych zajść na ulicy Instytuckiej, albo trudne do wymienienia drobne inicjatywy zwykłych krakowian i drobnych przedsiębiorców, zaangażowanych w pomoc humanitarną.



Na tym tle bardzo negatywnie odbijają się wciąż obecne problemy z otrzymaniem polskiej wizy Schengen, o których pisaliśmy w numerze z października 2013. Aby otrzymać wizę, obywatel Ukrainy czy Białorusi musi zapisać się w administrowanym przez MSZ systemie e-konsulat. Problem w tym, że system nie działa: jest zablokowany przez hakerów i przy próbie rejestracji wyskakuje komunikat o braku wolnych terminów. I tak już od dwóch lat – a Majdan i proukraińskie deklaracje polskich polityków niczego w tej sprawie nie zmieniły. Przyczyną jest fakt, iż Polska niechętnie wydaje wizy pięcioletnie (przewidziane obowiązującym kodeksem Schengen), zamiast tego wydając wizy krótkoterminowe – a to sztucznie generuje kolejki. Efektem jest paraliż systemu wizowego i sytuacje natury korupcyjnej, które kompromitują Polskę i przekreślają to wszystko, co z tak wielkim zaangażowaniem stworzyło nieobojętne wobec Ukrainy polskie społeczeństwo.

Jakub Łoginow

Artykuł opublikowany w miesięczniku "Kraków", numer - czerwiec 2014

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież