Sztuka ludowa ciągle żywa. Rozmowa z Józefem Spiszakiem

Email Drukuj PDF

Józef Spiszak

Z Józefem Spiszakiem dyrektorem Biura Międzynarodowych Targów Sztuki Ludowej w Krakowie rozmawia Jacek Balcewicz

- Panie Prezesie, czterdzieści lat minęło jak jeden dzień…?

- To były piękne dni, po prostu piękne dni, nie zna już dziś kalendarz takich dat... zrewanżuję się słowami innego przeboju wylansowanego przez Mary Hopkin, a w Polsce śpiewanego przez Halinę Kunicką, z rodzimym tekstem autorstwa samego Lucjana Kydryńskiego, który ukrył się pod pseudonimem Al Legro.

 

- Co było najpierw „Imago Artis” czy Targi Sztuki Ludowej?

- Zdecydowanie „Imago Artis”. Idea powołania do życia spółdzielni, której celem z jednej strony miała być produkcja drobnych wyrobów o charakterze pamiątkarskim, a z drugiej możliwości zarobkowania zrodziła się zaraz po II wojnie w kręgu historyków sztuki i artystów związanych z Muzeum Narodowym oraz Szkołą Sztuk Pięknych często zatrudnionych przy renowacji Zamku na Wawelu. Formalnie „Imago Artis Spółdzielnia Pracy Zespołu Historyków Sztuki” zarejestrowana została 24 stycznia 1947 roku. Początkowo spółdzielnia istniała tylko na papierze i groziła jej nawet likwidacja. Dopiero pomoc organizacyjna ze strony Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik” pozwoliła stanąć na nogi. Rynkowa premiera miała miejsce w Niedzielę Palmową 1949 roku w sklepie „Placówka” zarządzanym przez „Czytelnika”, a mieszczącym się w Rynku Głównym 34. Obok książek sprzedawano gipsowe kopie głów z ołtarza Wita Stwosza, kopie średniowiecznych kafli z Wawelu, malowidła na szkle. Według archiwalnych zapisów były tam także „dzieła srebrne i metalowe, drobna galanteria z tkanin, grafiki”. Wczesną jesienią tegoż roku krakowskie biuro rozpoczynającej działalność „Cepelii” zamówiło w spółdzielni wyroby wartości 800 tys. ówczesnych złotych. Szybko pod skrzydła spółdzielni zaczęli trafiać krakowscy rzemieślnicy czy nawet drobni fabrykanci, którzy tu widzieli szansę na schronienie i odnalezienie się w powojennej rzeczywistości. Tym sposobem „Imago Artis” w pewnym momencie w swoim składzie miła także papiernię, w której produkowano papiery pakowe zadrukowywane stylizowanymi wzorami ludowymi. Istotna była deklaracja zarządu spółdzielni z początku 1950 roku, że wszystkie wyroby będą miały „polski charakter”.

- Cechą rozpoznawczą „Imago Artis” do końca jego działalności był jednak filigran zwany niekiedy krakowskim?

- Jubilerski charakter spółdzielni nadał Stanisław Chojnacki, jej współzałożyciel i przez wiele długich lat kierownik artystyczny, absolwent Instytutu Sztuk Plastycznych, uczeń prof. Witolda Chomicza. Filigran z kolei mieścił się w polskim charakterze wyrobów zadeklarowanym wcześniej przez zarząd spółdzielni. Ślady tej techniki można znaleźć już we wczesnośredniowiecznej oprawie przepięknego kryształu górskiego znajdującego się w skarbcu koronnym na Wawelu czy kielicha z 1650 roku znajdującym się w Kościele Bożego Ciała na Kazimierzu. Filigran pojawił się z naszej siermiężnej powojennej biedy, bo pozwalał zademonstrować kunszt i biegłość rzemieślnika tworzącego efektowne wyroby przy dość oszczędnym, skromnym  zużyciu materiałów. Nie wymagał też szczególnie rozbudowanego warsztatu. Wystarczyła wyciągarka do drutu, uchwyt do wykonywania splotu i palnik do lutowania poszczególnych elementów w całość. Było to bardzo istotne w czasach, gdy metale szlachetne były ściśle reglamentowane i centralnie rozdzielane. Do 1956 roku istniał bardzo restrykcyjnie egzekwowany przez władze zakaz posiadania przez obywateli złota w formie sztabek czy monet. Wymowną ilustrację tego stanu można było zobaczyć w filmie „Rewers” Borysa Lankosza. Duży udział ręcznej roboty w filigranie pozwalał spółdzielni na korzystanie z licznych ulg podatkowych i odróżniał też jej wyroby od tych uzyskiwanych techniką maszynową. Prostota warsztatu sprawiał, że większość wyrobów mogła być wykonywana w ramach pracy nakładczej w warunkach domowych, a więc bez konieczności organizowania i tworzenia zwartych zakładów produkcyjnych. Przełomu w technologii dokonał Józef Bigaj zatrudniony w spółdzielni krakowski złotnik, który wymyślił proste urządzenie zwane trajkotką, które eliminowało konieczność ręcznego splatania cienkich drucików. Otworzyło to drogę do szybkiej i masowej produkcji biżuterii z jednoczesnym utrzymaniem jej dużej wartości artystycznej. Wytwarzane przy pomocy tej techniki wyroby otrzymały oficjalną nazwę filigranu krakowskiego nazywanego wewnątrz spółdzielni także milgryfem. Właśnie za krakowski filigran złotnicy „Imago Artis” dostali III miejsce na Kongresie Jubilerskim w japońskim Kioto.

- Kiedy trafił Pan do „Imago Artis”?

- Dokładnie 2 listopada 1968 roku. Miałem niewiele po trzydziestce, a dookoła władzę trzymali jeszcze „chłopcy z lasu”. Więc ciągle słyszałem, że jestem za młody. Byłem wychowankiem ZSP. W 1957 roku zaraz po październikowej „odwilży” organizowałem pierwsze Juwenalia, a potem zacząłem pracować w studenckim klubie „Rotunda” najpierw jako szatniarz, potem odźwierny, a w końcu współzarządzałem klubem. Zaraz po studiach szukałem pracy i szczęścia na Śląsku, ale tam dosłownie dusiłem się i na weekendy uciekałem do Krakowa. Potem wyjechałem do Warszawy. Ale czasy były takie, że jak się nie miało stałego meldunku – to nie było pracy, a jak nie było pracy to nie było meldunku. I tak koło się zamykało. Na moje szczęście okazało się, że urzędnik w biurze meldunkowym w Krakowie – do dzisiaj tego nie wiem, czy przez nieuwagę czy przez sympatię – na stałe zameldował mnie w… „Żaczku”, gdzie mieszkałem przez całe studia. Nie mógł się temu nadziwić nawet sam Jan Buszek - król waletów i legendarny kierownik tego akademika. Dzięki temu epizodowi mogłem dostać pracę w Krakowie. Widać Kraków był mi pisany w gwiazdach… A ja nie zdradziłem go przez 60 lat, choć kilka razy ciągnięto mnie do Warszawy na „ministry”, a nawet chciano posłać w świat w „dyplomaty”…

- Za Pańskich rządów „Imago Artis” w swoim apogeum zatrudniała 4 tys. osób?

- Tak to prawda. Mieliśmy swoje sklepy oraz punkty skupu i rozdzielnie pracy nakładczej, od Opola do Przemyśla. Założyliśmy przy spółdzielni zawodową szkołę jubilerską, która wypuściła pół tysiąca absolwentów, wielu z nich kontynuowało później naukę w Liceum Sztuk Plastycznych przy ul. Mlaskotów, a najlepsi trafiali także w mury Akademii Sztuk Pięknych. Jednym z najwybitniejszych z nich jest Marek Ganew ceniony dzisiaj konserwator, rzeźbiarz i autor wielu obiektów sakralnych w całej Polsce. Prowadziliśmy też specjalne kursy dokształcające, dla osób które podejmowały pracę nakładczą. Organizowano także akcję przyuczania do zawodu jubilera studentów historii sztuki UJ, architektury Politechniki Krakowskiej, Wydziału Metalurgicznego AGH. Mało kto wie, że w „Imago Artis” wielu członków kultowej „Piwnicy pod Baranami” zarabiało na życie projektując i wykonując wyroby unikatowe i artystyczne. W Krakowie mieliśmy to szczęście, że przy nieistniejącej już skawińskiej Hucie Aluminium działał Zakład Doświadczalny produkujące syntetyczne szafiry, szmaragdy i rubiny nadające się po oszlifowaniu do oprawy jako znakomity materiał jubilerski, optycznie nieodróżnialny od naturalnych, a znacznie tańszy i przede wszystkim dostępne. Wskrzesiłem ideę „Dnia Złotnika” podczas którego organizowane były specjalne wystawy, pokazy i kiermasze, a także rozstrzygano doroczne konkursy na najlepsze wyroby i najlepszego złotnika. Pojawiły się galerie, manufaktury złotniczo-jubilerskie, szlifiernie kamieni szlachetnych, a także specjaliści oceniający i wyceniający nawet… brylanty. Na Floriańskiej, Szpitalnej, na Kazimierzu - róg Augustiańskiej i Meiselsa, Kupa, Paulińskiej – a także w Podgórzu przy Kalwaryjskiej z eleganckim wystrojem i kompetentna obsługą. Dzisiaj nie ma już po nich śladu. Wspólnie z redakcją nieistniejącej już popołudniówki „Echo Krakowa” organizowaliśmy kolarskie kryterium ulicznego o „Złoty Pierścień Krakowa”, oczywiście ten pierścień robili nasi złotnicy, a srebrnicy z kolei robili wielki srebrny puchar dla zwycięzcy plebiscytu na najlepszego piłkarza Małopolski.

- Był Pan pupilkiem władzy?

- Z każdą władzą trzeba jakoś żyć. Wizytował nas ówczesny minister handlu i wicepremier. A u premiera Jaroszewicza zorganizowaliśmy specjalny pokaz naszych wyrobów. Pani premierowa towarzysząc mężowi podczas oficjalnych delegacji zagranicznych zawsze nosiła biżuterię „Imago Artis”. Kolekcja na zasadzie depozytu była wymieniana co kwartał. Skutkowało to dodatkowymi pozaplanowymi przydziałami srebra. Dziś brzmi to może egzotycznie, ale były to czasy gdy złotówka była niewymienialna na inne waluty. I chociaż srebro w postaci naszej biżuterii dawała kilkusetprocentowa „przebitkę”, to z punktu widzenia interesów państwa lepiej opłacało się sprzedawanie nieprzetworzonego srebra, w którego produkcji już wtedy byliśmy potentatem, gdyż za nie otrzymywaliśmy od ręki „twardą walutę”. Wizyty z centralnego szczebla zawsze wzbudzały niepokój w lokalnym „białym domu” przy ulicy Solskiego. Kiedy po raz pierwszy z pielgrzymką do ojczyzny miał przyjechać papież Jan Paweł II pojawiło się zapotrzebowanie na różnego rodzaju jubilerskie dewocjonalia, zaś Kuria Metropolitalna zamówiła u nas złoty krzyż pektoralny z łańcuchem, który w darze otrzymał Ojciec Święty. Wprawdzie raportowałem o tym dość oględnie i powściągliwie dzieląc wszystko jak przysłowiowy włos na czworo to jednak zostałem wezwany na dywanik. Towarzysz sekretarz grzmiał: mówiliśmy, że możecie robić, ale nie aż tyle… I chcieli mnie zdjąć ze stanowiska. Takie były czasy.

- Kiedy pojawiły się Targi Sztuki Ludowej?

- Idea narodziła się w moim gabinecie przy ulicy Krowoderskiej 5 w 1972 roku. Jeździliśmy już wtedy trochę po świecie i zazdrościliśmy np. jarmarku w Norymberdze. A u nas było strasznie nudno. Nic się nie działo. Nie było tyle festiwali co teraz. Festiwale piosenki były dwa jeden w Opolu i drugi w Sopocie. Była jeszcze Warszawska Jesień jeśli idzie o muzykę poważną i Jazz Jamboree. W Krakowie główna atrakcją były Dni Krakowa z pochodem Lajkonika i Wianki na Wiśle z jedynym w roku pokazem sztucznych ogni. A tymczasem w Cepelii było zgrupowanych ponad 200 spółdzielni. Nie były to wyłącznie spółdzielnie zajmujące się wycinankami, haftem czy koronkami. Np. spółdzielnia „Brąz Dekoracyjny” w latach 50. wykonała rekonstrukcją zniszczonego przez Niemców pomnika Fryderyka Chopina autorstwa Wacława Szymanowskiego. W skład Cepelii wchodziła także przedwojenna Spółdzielnia Artystów „Ład” zajmująca się nowoczesnym eleganckim wyposażaniem wnętrz, była także wtedy mała znana tylko na rynku poznańskim firma jubilerska KRUK. I inne obok „Imago Artis” firmy jubilerskie jak np. ORNO z Warszawy, Rytosztuka z Poznania, Metaloplastyka z Łodzi, Plastyka z Warszawy czy Bursztyny z Sopotu. W sumie także 11 tys. zorganizowanych chałupników i blisko 200 tys. rękodzielników dostarczających swoje wyroby. Wszyscy chcieli się pokazać. Działało mnóstwo zespołów ludowych. Każda ze spółdzielni na Rynku miała swoją chatę. Dla wielu twórców przyjazd do Krakowa i prezentacja na Rynku Głównym to była nobilitacja. Idea się spodobała, każde miasto chciało mieć swoja cepeliadę. Zresztą każdy w domu miał wtedy coś z Cepelii. Jakiś kilim, bieżnik, obrus, ceramikę czy nawet mebel. Cepelia – jak popatrzymy z dzisiejszej perspektywy - trzymała poziom, działały komisje artystyczne złożone z etnografów i historyków sztuki oraz plastyków. Chałtura i masówka nie przechodziła.

- Zmiany systemowe jednak zmiotły cały ten ruch?

- Historia zatoczyła wielkie koło. I teraz wszystko co państwowe, uspołecznione lub spółdzielcze stało się „wrogiem ludu”. Za sprawą jednego z ówczesnych wiceprezydentów miasta w jedną noc straciliśmy kramy w Sukiennicach. Nagle kierownicy stoisk stali się ich właścicielami i dysponentami. Po kolei traciliśmy sklepy. Z jednych byliśmy rugowani programowo, w innych nie byliśmy w stanie udźwignąć wolnorynkowych czynszów, które narzucali świeżo ujawnieni właściciele kamienic. Wobec Cepelii jako centralnego związku spółdzielni rękodzieła zostało przeprowadzone postępowanie upadłościowe. A na jej bazie powstały nowe znacznie słabsze już podmioty: Izba Gospodarcza Rękodzieła Ludowego i Artystycznego „Cepelia”, Fundacja Cepelia Polska Sztuka i Rękodzieło, Cepelia Polska Sztuka i Rękodzieło jako spółka z o.o. i Spółdzielczy Związek Rewizyjny Cepelia

- „Imago Artis” też nie przetrwało próby czasu.

- Firma jubilerską nie da się zarządzać kolektywnie. A tam chciały rządzić nagle wszystkie związki zawodowe, które akurat powstały. Próbowałem ocalić dorobek firmy i niezaprzeczalną pozycję lidera przekształcając spółdzielnię w bardziej przystającą do wolnorynkowej rzeczywistości spółkę prawa handlowego. Miałem nawet włoskich partnerów do tego przedsięwzięcia. Ale nie udało się. Odszedłem po 23 latach. Założyłem rodzinną firmę, zabrałem ze sobą najlepszych jubilerów. Ale skala była dla mnie za mała. Nie czułem wolnej przestrzeni do działania. Po kilkuletniej przerwie, pojawił się pomysł reaktywacji Targów Sztuki Ludowej. Zająłem się tym na nowo. Zaczynaliśmy od kilku chat koło kościoła św. Wojciecha, na przeciwko istniejącej wtedy jeszcze galerii cepeliowskiej przy Rynku Głównym pod numerem 7. Teraz odbudowaliśmy potencjał z najlepszych czasów, a może nawet go przewyższyliśmy. 40 Jubileuszowe Targi Sztuki Ludowej będą trwały pełne 18 dni od 11 do 28 sierpnia. Nie chcę się przechwalać, ale będzie to największy krakowski festiwal! Niektórzy mówią, że największy w Europie, na największym europejskim rynku. Weźmie w nim udział prawie 800 twórców ludowych, rzemieślników, artystów i kupców. Liczymy, że wzorem lat poprzednich przez targi każdego dnia przewinie się co najmniej 50 tys. odwiedzających. Swoje dni będą tradycyjnie miały Węgry, Słowacja i Ukraina. A także powiat suski i nowotarski, miasto Krosno, Wadowice i Pińczów, gmina Podegrodzie, a także wieś Nieciecza znad Dunajca – jedyna wieś na świecie, która ma drużynę piłkarską w Ekstraklasie. Nadal problemem jest pełny VAT, którym objęte są teraz wytwory rękodzieła ludowego. Dla budżetu to dodatkowy dochód na poziomie nie przekraczającym miliona zł, dla twórców to poważny balast utrudniający konkurencję z chińską produkcją masową. Ale nie załamujemy rąk. Od 30 września do 9 października – jako epilog - na Małym Rynku organizujemy kameralny kiermasz Pogranicza Kultur prezentujący sztukę ludową naszych najbliższych sąsiadów. W Unii Europejskiej istnieje naturalna tendencja do unifikacji, dlatego tym cenniejsze staje się kultywowanie i pokazywanie różnic, regionalnych odrębności i lokalnych produktów.

- Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał: Jacek Balcewicz

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież