Makino – ostatni andrus

Email Drukuj PDF

Rozmowa z Aleksandrem Kobylińskim – Makino, liderem zespołu „Andrusy”, Człowiekiem Roku 2015 „Gazety Krakowskiej”.

Katarzyna Siwiec: Kto to jest andrus?

Aleksander Kobyliński – Makino (na zdjęciu / fot. Jan Zych): Przecież wiesz – to właśnie ja.

Coś więcej?

Andrusów zwierzynieckich jestem król, / Na Półwsiu wodzę prym, / A gdyby mnie zamknęli w ul – / Ja bym pokazał im.

Oj wiem, wiem – to partia Antka z „Królowej Przedmieścia.” Ale odłóż na chwilę tę gitarę, dobrze?

No więc andrus to gość honorowy. Ubrany po andrusowsku, posługujący się andrusowską gwarą. Widzisz, to trudno wytłumaczyć, jeśli ktoś nie wychował się na krakowskim Zwierzyńcu. Od andrusów kiedyś tam się roiło, zwłaszcza na placu Na Stawach – sercu Półwsia Zwierzynieckiego (Półwsie Zwierzynieckie to nie to samo, co Zwierzyniec, to chyba wiesz?).

Historyczny Zwierzyniec to tam, gdzie Norbertanki, Salwator, ul. Królowej Jadwigi, kawałek Kościuszki. Błonia to już chyba Półwsie…


Brawo. Zatem, o ile Kraków jest pępkiem świata, co zostało udowodnione już dosyć dawno przez słynną autorską spółkę krakauerologów Czuma&Mazan, to Zwierzyniec jest pępkiem Krakowa. Moje ukochane Półwsie jest na Zwierzyńcu, a jego serce to wspomniany plac Na Stawach. Jego zaś pępek, to dzisiaj już nieistniejący bar Na Stawach u zbiegu ul. Stachowicza i placu – matecznik andrusów, kindrów, łaziorów, legendarna twierdza minionego świata. Czyli, reasumując, świat miałby swój pępek właśnie we wspomnianym barze Na Stawach, gdyby ów osławiony przybytek jeszcze istniał. Chyba wytłumaczyłem to dosyć jasno?

Oczywiście. A dlaczego już go tam nie ma?

Bo właściciel stracił koncesję na alkohol. Jerzy Harasymowicz dużo wcześniej wyczuł swoją poetycką intuicją, że ten andrusowski świat już się chwieje w posadach i wkrótce zapadnie się pod Ziemię, kiedy pisał: Żałobne piwo dają w barze Na Stawach/W żeberkach już piszczą rekwije/Bar jak beczek piramida runie/ Pod gruzami grzebiąc kariatydę.

Możesz przybliżyć, kiedy właściwie rozpoczęła się twoja kariera? Bo każdego roku obchodzimy w Krakowie jakieś twoje „lecie”.  A to trzydziesto- iluś tam lecie zespołu „Andrusy”, a to pół wieku twojej pracy artystycznej, a ostatnio nawet stuknęła ci 80-tka. To już taki stały motyw corocznych Targów Sztuki Ludowej na Rynku, Balu Na Stawach i paru jeszcze  innych stricte krakowskich imprez.


Zgoda tylko co do tej 80-tki. „Andrusy” założyłem w 1975 r., zatem skończyliśmy już 40 lat. Przez ten czas przewinęło się przez zespół ponad 30 osób. Od samego początku jestem już tylko ja. Jeśli chodzi o moją pracę artystyczną, to dolicz do tego półwiecza jeszcze 10 lat. Natomiast na estradzie pojawiłem się w 22 r. życia, kiedy to zająłem III m-ce w  konkursie „Szukamy młodych talentów”, organizowanym przez Polskie Radio i Estradę Krakowską (1958). Zaśpiewałem wtedy bardzo starą, liczącą dobrze ponad 100 lat balladę „Piękna Alfreda”, która zachwyciła jury złożone m.in. z takich orędowników tradycji jak prof. Roman Reinfus i Tadeusz Kwiatkowski.

Co do nadmiaru jubileuszy, to krakusy kochają jubileusze. Tak po prostu mają i niech już tak zostanie. I kochamy jeszcze pogrzeby, nie sądzisz? A propos, chciałbyś zostać  pochowany na polu karnym „Cracovii’?

Jasne! Myślę, że co najmniej połowa krakusów też by chciała, a druga połowa wskazuje na ten klub, no, z drugiej strony Błoń… Podobne deklaracje mnożą się od czasów Zygmunta Nowakowskiego, honorowego prezesa „Cracovii”, który jeszcze w latach 50. na falach Radia Wolna Europa grzmiał: „Pochowajcie mnie na polu karnym „Cracovii”! Jeszcze po śmierci będę jej bronił”. To także i mój ukochany klub. Napisałem przecież jego hymn, „Andrusy” w pasiastych koszulkach występowały na boisku mnóstwo razy. Serce też mam pasiaste, ale nie chodzę już na mecze, bo to co się porobiło dzisiaj z piłką nożną i w ogóle ze sportem, woła o pomstę do Nieba. Szkoda gadać! Jakieś maczety, race, wzajemne opluwanie się, te napisy na murach… To już nie moja bajka.

Potrafisz jeszcze grać w „zośkę”?

No nie obrażaj mnie takimi pytaniami. Każdy, kto wychował się na Zwierzyńcu umie grać nie tylko w „zośkę” ale i w cymbergaja, beki, szmaciankę, no i pintę z dziurką. A ty nawet pewnie nie wiesz, co to takiego. „Zośka” musiała być kolorowa; im bardziej, tym lepiej. Maltretowaliśmy tę „zośkę” (tj. piłkę z włóczki spiętej ołowianą plombą – przyp. red.), dosłownie wszędzie, gdzie tylko się dało: na Filareckiej, Senatorskiej, Kraszewskiego, Słonecznej (tak dawniej nazywała się ul. B. Prusa). Gra nie była skomplikowana. Liczyło się kapki (odbicia) , przy czym, jak w piłce nożnej, nie używało się rąk.

Podobno umiesz rozpoznać po sposobie mówienia, że ktoś pochodzi ze Zwierzyńca.

No pewnie. Przeciąga w nieskończoność ostatnią sylabę, mówi: a idzeee, idzeee, bajokuuu…. Te wszystkie bajoki, klarnety (złamane, bose – to już strasznie brzydko!) są typowo zwierzynieckie, demaskują pochodzenie z okolic placu Na Stawach.

Ale widzisz, nie chodzi tylko o to, jak andrus się wyraża, nie chodzi nawet o to, co ma na zewnątrz – apaszkę, ten nieodłączny kaszkiet, czyli tzw. no wiesz…

Co?

…burdelówę (tak się to na Zwierzyńcu nazywało, nic nie poradzę). Najlepiej jak była żółta. Rasowy andrus wdziewał też marynarkę, kraciastą i najczęściej połataną. Ubierał ją na gołe ciało, jak szedł do miasta, tzn. przekraczał Aleje Trzech Wieszczów. Do tego kolorowa apaszka, no i, rzecz jasna, buty. Musiały być eleganckie, wypastowane na błysk, bo to ważna, może nawet najważniejsza, część andrusa. Obok plerezy oczywiście.

Czego?

Plerezy, czyli męskiej fryzury z dość długich i zaczesanych do tyłu włosów, znanej też jako kaczy kuper (w przypadku, gdy andrus pozował na bikiniarza). Dostało mi się za tę plerezę, oj dostało! Raz w sławnej kawiarni Esplanada, potem na Plantach i na Zwierzyńcu. ZMP wyposażone w maszynki do strzyżenia czyhało na delikwentów z takim „zachodnim” uczesaniem „na dżolerię”. A buty są niezmiernie ważne, bo największa obelga dla każdego szanującego się andrusa to napluć mu na te wyglancowane buty. Tak robił kilkunastoletni Gustaw Holoubek (tak, tak! Nasz świetny aktor urodził się na Półwsiu i w młodości zaliczał się do grona andrusów!). No więc Holoubek czatował na rogu ul. Kraszewskiego i placu Na Stawach i pluł obcym facetom na buty, jak przychodzili zalecać się do naszych urodziwych brzan.

Brzan? Myślałam, że to ryby słodkowodne…

Daj mi skończyć, dobrze? O brzanach będzie za chwilę. No więc, jak już powiedziałem, to nie jest wszystko takie proste. W przypadku andrusa, obok całej tej barwnej powierzchownej warstwy, liczy się, przede wszystkim, jego wnętrze – równie kolorowe i bogate. Jak już powiedziałem, andrus to gość honorowy. Często na bakier z prawem, ale nie zanadto, powiedzmy że do rozsądnych granic. Na Zwierzyńcu panował swojego rodzaju podmiejski kodeks honorowy, niepisany, ale ściśle przestrzegany. To była świętość. Na przykład, każdy andrus wiedział, że nie biło się słabszego. Jeśli przeciwnik nosił okulary, to przed planowanym starciem lojalnie ostrzegało się: te, zdejmij sekulory! Nigdy nie atakowało się od tyłu: W cieniu salwatorskich bram/nigdy cię z tyłu nie uderzy sam – śpiewam do słów Harasymowicza.

Na bakier z prawem, powiadasz? A propos, trzymasz jeszcze ten apartamencik na Monte, o którym również pisał Harasymowicz?

Co się tak dziwisz, na Zwierzyńcu chyba wszyscy siedzieli. No może infułat Jerzy Bryła nigdy nie siedział albo senator Piotr Boroń (mój wieloletni sąsiad zresztą, to wiem).

Ten tatuażyk to właśnie stamtąd?

Skądże! To przecież z marwoja. Trzy lata służyłem w marynarce wojennej, wybrandżolowałem – tak, właśnie tak się mówiło – 25 tys. mil morskich. To było na długo przed powstaniem zespołu „Andrusy”, nawet przed „Szmelcpaką”. Zostało mi z tamtych lat trochę piosenek szanty, które mam w repertuarze do dziś.

Widzisz, Zwierzyniec to był taki świat; zaczarowana, trochę jarmarczna enklawa z tłumem ludzi spod nie najjaśniejszej gwiazdy, ale za to jakich! To była banda herosów znad Rudawy, tak bajkowa i niezwykła, że zachwycała nawet poetów, z Jurkiem Harasymowiczem na czele. A na Monte (zresztą nie tylko) siedziałem krótko.

Za co?

Za ułańską fantazję, potem ci opowiem. Oprócz grypsery nauczyłem się tam całej masy ballad z więziennego repertuaru. Pięknych, zapomnianych, których dzisiaj nie śpiewa już chyba nikt. Posłuchaj tego więziennego tanga, jak chwyta za serce: Leżę w celi na parszywej pryczy,/serce pełne żalu i goryczy./Dni wolności dni cierpienia/w opuszczeniu i rozterce cierpię sam./ i refren: Więzienne tango melodia zimnych krat. Albo to: Przyleciał do mnie za kraty mały przyjaciel skrzydlaty…

Dzisiaj zresztą mieszkam blisko, bo w Domu Artysty Seniora, u Helclów. Na Monte czasem wpadnę coś zagrać.

Wracając do zwierzynieckiego kodeksu honorowego, to powiem jeszcze, że do upadłego broniło się cnoty tych naszych zwierzynieckich brzan, tych najbardziej urodziwych dziewczyn na całym świecie! Jeśli zalecał się do którejś gość z zewnątrz i nie było sposobu, by się go pozbyć, to my, chłopoki ze Zwierzyńca, pilnowaliśmy, żeby się z nią koniecznie ożenił. Cóż to były za dziwy (tak też nazywaliśmy dziewczyny), mówię ci! Same piękności. Na przykład taka Helka, obdarzona przez poetę ksywką Lola Madonna, w której się podkochiwałem, porównywana do kariatydy z placu Na Stawach! Były te nasze zwierzynieckie dziwy piękne jak sama Królowa Przedmieścia, do której przed laty smalił cholewki młody Konstanty Krumłowski. A wiesz, że gdybym urodził się sto lat wcześniej, to byśmy się znali, bo Maria Aniela Dzierwa (prototyp bohaterki najlepszego polskiego wodewilu) mieszkała w kamienicy obok? Ja mieszkałem na Stachowicza, gdzie moja babcia miała pracownię krawiecką, a ona na Senatorskiej (dawniej to była ulica Krowia).

No i na Zwierzyńcu zawsze walczyło się sprawiedliwie; jeden na jednego, reszta tylko kibicowała. Dlatego Jasiu Krawiec się normalnie rozbeczał, kiedy w 1968 r. wojska Układu Warszawskiego ruszyły na Czechosłowację. No bo, jakże to, w pięciu na jednego! U nas na Zwierzyńcu nigdy tak się nie robiło. Tak, andrus to dzisiaj ginący gatunek, niestety…

Aż boję się pytać, co się działo w tym osławionym barze Na Stawach.

Ależ pytaj śmiało! Przecież tych najbardziej pikantnych rzeczy i tak nikomu nie powiem… Piwo (i nie tylko piwo) lało się strumieniami. Z prawdziwych dębowych beczek. Ale bar Na Stawach to dowód na to, że – jak dowodził cięty felietonista i wódz naszej powojennej emigracji Zygmunt Nowakowski (też zwierzyniecki gość!) – „alkohol używany w miarę nie szkodzi nawet w największych ilościach”. W barze przesiadywał kwiat andrusów, a rządził Czesiek Czorny. Oprócz, rzecz jasna,  Szefka, zwanego też Dzięciołem, czyli właściciela Władysława Ogińskiego. Do baru szło się, jak się chciało z kimś pogadać, coś załatwić. Nad kuflem piwa przesiadywali tam ludzie, którzy potrafili wszystko; a to kuchnię pomalować, a to szafę wynieść na pięterko, a to zrzucić węgiel do piwnicy. Oprócz swoich, tych wszystkich zwierzynieckich szafarzy, majlorzy, murorzy, przychodzili furmani z okolicznych wsi. Na placu Na Stawach handlowało się wtedy wszystkim. Furmanki stały załadowane po brzegi jakąś kapustą czy kalafiorami, konie dostawały swoją porcyjkę obroku, a gospodarze obowiązkowo wpadali na kufelek. Trzeba ich było tylko nauczyć, że atrybut furmana, czyli bat zostawia się przy wejściu do baru. Tym zajmował się Czesiek Czorny. Musisz wiedzieć, że furmani, to w tamtych czasach uosobienie grubiaństwa i opilstwa. Jak trafił się gość w krawatce, znaczy się obcy, z miasta, to też Czesiek go odpowiednio ustawiał. Taki frajer musiał się wkupić, żeby w ogóle wejść. Czesiek na przykład wyceniał wróbla na dachu na ileś tam piw. Jak gość postawił, to wchodził.

Jerzy Harasymowicz też musiał się wkupić?

Jasne, że musiał. Postawił jakieś 100 piw, no i calutki andrusowski świat już stał dla niego otworem. Bardzo go zresztą fascynował i począwszy od początku lat 70. bywał tu często. Zaprzyjaźniliśmy się, opowiadałem mu o tym Zwierzyńcu, spacerując po Błoniach („Ponad wszystkie cuda świata,/Najmilsza mi Błoń zielona trawiata” – napisał potem.).  Zachwycił się tym wyjątkowym skrawkiem Ziemi jak jakąś Arkadią i powstało masę wierszy, cały tomik „Bar Na Stawach”. Dzięki jego wierszom cała ta zwierzyniecka hałastra nadal żyje: Czesiek Czorny, Rufino, Wujek Maks, Lola Madonna, Szefek, Kazek Belmondo i inni. I pomyśleć, że najpierw wszyscy myśleli, że to zwykły kapuś… A wiesz, że „Bar Na Stawach” pt. „Kinderskie Tango” ukazał się najpierw w warszawskiej „Kulturze”? Cały nakład wychodzącego w Krakowie „Życia Literackiego” musiał zostać wycofany z powodu tego oto cytatu: Życia się snuje szary dym/Tu Czarny Czesiek rządzi wiele zim. W redakcji powiało grozą, bo Czesław Domagała, I Sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie mógłby przecież pomyśleć, że to o nim. Faktycznie rządził niejedną już zimę, a w dodatku karnację miał ciemną.

I tam, w tym barze, narodził się Makino?

Tą ksywką literacko-poetycką obdarzył mnie Harasymowicz, z którym poznaliśmy się oczywiście w barze. Często tam przesiadywałem, bo przecież mieszkałem dosłownie za winklem. Brzdąkałem na gitarze te wszystkie piosenki, których uczyła mnie mamusia. Bo ja grałem, śpiewałem, a nawet recytowałem długaśne wiersze od najmłodszych lat. Mamusia była zdolną skrzypaczką i nauczycielką śpiewu, grała też na fortepianie. Jako dziecko grała na skrzypcach Amatiego, które kupił jej ojciec, a mój dziadek – nadkomisarz skarbu miasta Krakowa.

Przez nasz dom przy Stachowicza przewijało się mnóstwo znanych w przyszłości ludzi. Mamusia uczyła w liceach Joteyko i Wandy, a prócz tego prowadziła zajęcia w „Chemikalu” na ul. Kościuszki, gdzie po wojnie był ośrodek dla sierot i półsierot, a dzisiaj mieści się wydawnictwo „Znak”. Do jej wychowanków należeli m.in. Zofia Kucówna, Halina Kozubówna, Stanisław Szymański (tancerz opery i baletu w Warszawie), Wacław Kisielewski z późniejszego duetu fortepianowego Marek i Wacek, Eugeniusz Pach (spiker telewizyjny), Jerzy Podolski, Andrzej Trzos-Racławiecki, Jurek Dziadkowiec (kajakarz, mistrz Europy) i wielu innych. Przychodził też Zbyszek Święch, Władysław Kucharski – pierwszy król kurkowy po wojnie, skrzypek i altowiolista Igor Wołodycz. Ach! Byłbym zapomniał o studencie Józefie Cyrankiewiczu (przyszły PRL-owski premier też pomieszkiwał na Zwierzyńcu).

Jedną z uczennic mamusi u Joteyki była śliczna Danusia Smykla, czyli później Danuta Rinn, która tak nam się z bratem Zbyszkiem podobała, że poprawialiśmy jej oceny w dzienniku (na ogół miała niezłe, ale raz dostała kiepską, bo nie chciała zaśpiewać „Kantaty o Stalinie”).

Domyślam się, że mamusia raczej nie miała z wami lekko.

Była bardzo dzielna. Sama musiała sobie radzić z czwórką dzieci (oprócz brata były jeszcze dwie siostry), bo ojciec trafił do niewoli. Na początku wojny mieszkaliśmy z mamusią w Równem na Ukrainie. Potem cudem udało się załatwić powrót do Krakowa. Pociąg, głód, wszy…eeech, co ci będę opowiadał! Dwa lata spędziliśmy z bratem  u „Siemachy”, tzn. w Zakładzie Wychowawczym im. księdza Siemaszki. A wiesz, że to ja jestem pomysłodawcą dzisiaj obowiązującej nazwy „Siemacha”? Wspomniałem kiedyś księdzu Andrzejowi Augustyńskiemu, że myśmy się w ten sposób kiedyś witali, jemu się to strasznie spodobało i już tak zostało.

Kiedy ja i mój brat Zbyszek zaczęliśmy chodzić do szkoły, to – jak to mówią – zaczęły się schody. Nie znaczy to, że byliśmy mało zdolni (twój szanowny tatuś, Mietek Czuma, nawet odżynał ode mnie rachunki, ja odpisywałem od niego polski), po prostu obaj z bratem byliśmy andrusami z krwi i kości. Często z tego powodu zmienialiśmy szkołę. Kiedy trafiliśmy do słynnego „Kancioka” na ul. Smoleńsk, to niemal od razu wylecieliśmy z niego z wielkim hukiem. To, że oblaliśmy atramentem wizerunek batiuszki Stalina, to jeszcze nic…

Lepiej wróćmy do twojego muzykowania. Uliczno-podwórkowego. Najpierw była „Szmelcpaka”.

Tak. Kapela podwórkowa oferująca krakowianom mix starych przebojów lwowsko-wileńsko-warszawsko-krakowskich. Tworzyli ją goście w słusznym już wieku, imprezowi i troszkę zepsuci powodzeniem i kasą (a były to czasy, kiedy Urząd Skarbowy nie przeszkadzał sławić uroku Krakowa ani niczego innego).  Ja byłem najmłodszy, najprzystojniejszy i to za mną uganiały się wszystkie krakowianki; młode, stare, piękne, brzydkie (o pardon, takich przecież nie ma). Mówię ci, jak one za mną szalały! Zresztą do dziś niewiele się zmieniło w tej kwestii. Byłem królem w „Feniksie”, „Kaprysie”, „Warszawiance”, no i na Floriańskiej, gdzie regularnie się grywało na świeżym powietrzu, z postojami w okolicznych lokalach w wiadomym celu. A te wszystkie liściki od wielbicielek, rzucane często z okien, przechowuję do dziś.

A dzisiaj jesteś do wzięcia?

Tylko chwilowo. Miałem cztery żony, a słynna zwierzyniecka wróżka Gizela Winiarska (cóż to była za kobita! Książki można o niej pisać!) przepowiedziała mi pięć. No to czekam. Mam nadzieję, że to będzie blondynka, bo ja wolę blondynki.

Coś szybko wyleciałeś z tej „Szmelcpaki”…

Po dwóch latach. Zaopatrzony w wilczy bilet od szefa zespołu. Aż wreszcie założyłem Zespół Folkloru Miasta Krakowa „Andrusy”. Ojcem chrzestnym „Andrusów” jest Leszek Mazan – wówczas szef krakowskiej Kroniki TV, on wymyślił naszą nazwę i wytrwale lansował nas w Kronice. Rozpoczęliśmy, pamiętam, od „Ludwinowskiego Tanga”.

Powiesz wreszcie, za co siedziałeś?

Wjechałem na koniu do hotelu „Cracovia”. Ja tego konika tylko na chwilę pożyczyłem od gości, którzy palili sobie ognisko na Błoniach a obok pożywiały się świeżą trawką oddane pod ich opiekę konie. A mnie do koni zawsze ciągło, bo przecież jestem synem przedwojennego oficera saperów. Było czerwcowe popołudnie, pogoda przepiękna, trochę może mi w głowie szumiało, bo właśnie wracałem z imienin mojej ówczesnej narzeczonej, a potem pierwszej żony Lucynki. Dosiadłem konika i pocwałowaliśmy.  Były lata 60., symbol nowoczesności i luksusu był dopiero w budowie. Konik chyba pomylił go z jakąś stajnią. Kompletnie nie słuchał, co do niego mówię. Dostałem cztery latka (będąc wzorowym więźniem odsiedziałem tylko dwa), za kradzież w… zmowie. Jakiej zmowie, zastanawiam się do dziś, skoro koń nie kapował w ogóle po polsku, bo okazało się, że jako przeznaczony na eksport do Wielkiej Brytanii, szkolony był wyłącznie w języku Szekspira.

Podobno przemierzyłeś z „Andrusami” pół świata?

Sławiąc piękno mojego ukochanego miasta. Ze skarbonką pod pachą, bo zbieraliśmy wśród Polonii na odnowę naszego pięknego Krakowa. Odrestaurowało się za to parę kamienic. A jeździliśmy rzeczywiście dużo, najpierw do demoludów, potem nawet parę razy za wielką wodę. Nie było nas chyba tylko w Australii.

Podobno znasz 1500 piosenek?

Więcej. Wprowadziliśmy z „Andrusami” w świat takie oto trzy programy: „Kinderskie tango” (z tekstami m.in. Gałczyńskiego, Tuwima, Harasymowicza, Turskiego), a także „A…chachary żyją” i „Spacerkiem przez Kraków”. Widzisz, postawiłem sobie za życiowy cel wprowadzić folklor miejski na salony, odkurzyć go, przypomnieć te wszystkie stare szlagiery, które kiedyś śpiewało się po podwórkach, nad Wisłą, na naszym kochanym Zwierzyńcu, na Krowodrzy i Ludwinowie, w czasach, kiedy jeszcze ludzie się bawili, a nie tylko gapili w ekran komputera. Napisałem trochę ballad do tekstów Harasymowicza, sporo piosenek sławiących Kraków napisałem sam, jak choćby, „Tango za dychę”, „Tango Krakowa” albo „Walczyk z hejnałem”, gdzie słowa i muzyka są moje. Boże! Jak pięknie to śpiewała nasza nieodżałowana solistka Ewunia Kozakowska…


Wiem, że jesteś  krakowski jak, nie przymierzając, Brama Floriańska albo Barbakan. I zwierzyniecki jak kopiec Kościuszki albo Lajkonik. Ale przyznaj się, tak wiele przecież podróżowałeś. Nigdy cię nie korciło, żeby zostać w jakimś ciekawszym miejscu?


Nie ma takiego miejsca. Zamienić ukochane Błonia na jakieś Pola Elizejskie? Miałem niejedną propozycję, żeby zostać np. w Ameryce. Żyłoby się na pewno wygodniej, zamożniej. Ale to stanowczo za daleko od boiska „Cracovii”.

Odpowiem słowami nieżyjącego już Tadeusza Kwiatkowskiego, autora wielu wspaniałych tekstów, a także wodewilu „Romek i Julka” (o, on także jest do odkurzenia! Jeszcze jak!): Może gdzieś wsie słyną z urody,/Może gdzieś są rajskie ogrody,/Może gdzieś są miasta ze srebra,/Może gdzieś niczego już nie brak?/Ale nie ma tam wiatru od Błoni,/Nie ma Wisły płynącej od Tyńca,/Ale nigdzie nie tańczy Lajkonik/ – Nigdzie nie ma na świecie Zwierzyńca!

Rozmawiała Katarzyna Siwiec

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież