Email

Od polonistki Anny Pyrek słyszę:

– To nie jest taka szkoła, o której można pomyśleć: „o rany, jak mi się nie chce dzisiaj iść do pracy!”.

– W tej szkole nie ma dzieci, które na koniec roku szkolnego deklamują wierszyki i śpiewają piosenki, nauczyciele nie otrzymują naręczy kwiatów ani bombonierek, ciast pieczonych przez mamy, nie ma imprez organizowanych przez radę rodziców (bo takiej rady też nie ma) – mówi Alicja Szmuc-Jaskot, dyrektor Zespołu Szkół Specjalnych nr 3 w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Prokocimiu. Tradycyjnych sal lekcyjnych też w tej szkole nie ma.

Wprawdzie na terenie szpitala znajdują się dwie salki z tablicą i ławkami dla uczniów, ale to nie są klasy, w których są prowadzone regularne lekcje. Najczęściej nauka odbywa się przy łóżku chorego dziecka.

 

Początek

Założycielką szpitalnej szkoły oraz przedszkola w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Prokocimiu była Alina Fedorowicz. Jedna z takich kobiet, o których powinni pisać poeci, bo oni lepiej potrafią znaleźć słowa adekwatne i piękne. Jej pokolenie (rocznik 1913) musiało bardzo wiele utracić, wojna dramatycznie poplątała jego losy. Jej przerwała studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Mąż został zamordowany w Katyniu. W lutym 1942 roku znalazła się w ZWZ AK. W wywiadzie oraz jako dowódca drużyny sanitarnej w oddziale partyzanckim „Zenon”. Z nim Alina, wtedy Chrzanowska, przeszła szlak bojowy 9. Dywizji AK, za co otrzymała Krzyż Walecznych. W 1944 roku uwięziona w Siedlcach przez NKWD i torturowana, „przeżyła własną śmierć”. Po wojnie ukończyła w Warszawie Państwowy Instytut Pedagogiki Specjalnej. Wyszła za mąż za ppor. AK Eugeniusza Fedorowicza. Z nim i dwoma synami, starszym Maciejem i młodszym Jerzym, znaleźli się w Krakowie. Tu realizując swoje życiowe powołanie, została nauczycielką chorych dzieci. Przedszkole i szkołę zorganizowała w szpitalu dziecięcym AM przy ulicy Kopernika, potem w szpitalu im. Stefana Żeromskiego w Nowej Hucie, a w 1966 roku tutaj, w Prokocimiu.

Życiorys Aliny Fedorowicz wraz z jej zdjęciem wisi na tablicy ogłoszeń przy wejściu do sekretariatu szkoły. Z obecnego grona nauczycielskiego jeszcze tylko pani Krystyna Drożdż została przyjęta do pracy przez pierwszą panią dyrektor. Zdążyłam dosłownie w ostatniej chwili, aby z nią porozmawiać. Nazajutrz, 24 czerwca, kończy się rok szkolny, na dzisiaj więc pani Drożdż zamówiła w cukierni 75 drożdżówek z serem, czekoladą, rabarbarem, truskawkami i jabłkiem (do wyboru), które przyniosła do szpitala. Dokładając jeszcze czekoladki „merci”, tak się pożegna z koleżankami oraz kolegami. Przechodzi na emeryturę. Trudna chwila w życiu, oznacza wielką zmianę. Będzie jej brakowało uśmiechniętych twarzy dzieci i tego pytania na koniec lekcji: „Przyjdzie pani do mnie jutro? Oj bardzo!”.

Ukończyła liceum pedagogiczne i zaraz rozpoczęła pracę. We wrześniu 1970 roku. Po dwóch latach poszła do pani dyrektor Fedorowicz zapytać, czy mogłaby podjąć studia zaoczne. Na to usłyszała:

– Ty, Krysiu, jesteś bardzo młoda, pójdziesz na studia stacjonarne.

I tak za sprawą pani dyrektor znalazła się w Warszawie, w Państwowym Instytucie Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej. Po ukończeniu studiów i powrocie do Krakowa już razem nie pracowały. Pani dyrektor przeszła na emeryturę. – 10 czerwca 2013 roku w Urzędzie Miasta Krakowa odbyła się uroczystość nadania naszej szkole imienia Aliny Fedorowicz – mówi pani Drożdż.

 

Granica

– Wielu nauczycieli postrzega pracę tutaj jako dowartościowanie się, że oto może zrobić coś dobrego. Ludzie tak narzekają, a to że partner odszedł, w rodzinie nieporozumienia, szef w pracy nie dał podwyżki, a tymczasem wobec nieszczęścia, nieuleczalnej choroby dziecka, to wszystko robi się mało ważne. Po dwóch latach pracy w masowej szkole, w Brzeziu pod Krakowem, z powodu uciążliwych dojazdów zrezygnowałam i w 1988 roku przyszłam tutaj. Najpierw na etat wychowawcy w sali zabaw na oddziale onkologii i neurochirurgii. No i wtedy nastąpiło u mnie przewartościowanie świata.

 

 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież