Email

We wrześniu 1939 r. pięćdziesięcioczteroletni Stanisław Ignacy Witkiewicz, malarz, dramaturg i ekscentryk zwany Witkacym, wraz ze swą ówczesną towarzyszką życiową Czesławą Oknińską uciekali przed Niemcami z Warszawy na wschód. Przez pierwsze 5 dni jechali pociągiem ewakuacyjnym ustawicznie ostrzeliwanym przez niemieckie samoloty, a po dotarciu do Brześcia nad Bugiem, szli pieszo w kierunku Kobrynia. W połowie miesiąca zatrzymali się u dawnego znajomego Witkacego Walentego Ziemlańskiego, w zapadłej poleskiej wsi Jeziory, gdzie doszła ich wiadomość, że 17 września Armia Radziecka od wschodu wkroczyła do Polski. Zdesperowani, nie mając już gdzie uciekać, postanowili popełnić wspólnie samobójstwo. Ucieczka, w czasie której często chronili się rowach przed niemieckimi nalotami, forsowne marsze w kolumnach uciekinierów wyczerpywały ich siły.

Byli zmęczeni, głodni, mieli obtarte i opuchnięte nogi, gnębiła ich biegunka, a w dodatku Witkacy zaczął głuchnąć, co jeszcze pogłębiło jego depresję. Walery Ziemlański, u którego zatrzymali się w Jeziorach, był posiadaczem dużego radia Telefunken, które wystawiał w oknie swego domu, a wokół gromadzili się mieszkańcy wsi. Po usłyszeniu fatalnej wiadomości Witkacy rzekł do całkowicie mu podporządkowanej Oknińskiej, że „to” musi nastąpić.

Witkacy już w r. 1914, po śmierci ówczesnej narzeczonej Jadwigi Janczewskiej, która w Dolinie Kościeliskiej odebrała sobie życie strzałem w serce, miał pierwsze objawy depresji, połączonej z myślami o samobójstwie. Wtedy wybawił go przyjaciel Bronisław Malinowski (później znany antropolog, autor Życia seksualnego dzikich) zabierając w naukową podróż do Australii i Oceanii. Ponowne objawy depresji zaczęły ujawniać się kilka lat przed wybuchem wojny, co znalazło potwierdzenie w wypowiedziach i listach do przyjaciół, np.: „wszedłem w okres ogromnego, związanego z mym wiekiem, kryzysu życiowego, z którego już się nie wygrzebię. Moje nerwy są stargane i czuję starość”... albo: „Myślę też często o samobójstwie – że trzeba będzie dla honoru ten trochę wcześniejszy koniec ze sobą uczynić, aby nie dożyć zupełnej degrengolady”.

Następnego dnia rano poszli do pobliskiego lasu, gdzie Oknińska zażyła kilka fiolek luminalu, a Witkacy przeciął sobie żyletką żyły obu dłoni oraz tętnicę udową. Oknińska pierwsza zaczęła tracić przytomność i wtedy mocno krwawiący Witkacy powtarzał cicho: „Poczekaj, nie zostawiaj mnie samego”. Gdy po dwu godzinach nie wrócili ze spaceru, Ziemlański wraz z synami rozpoczął w okolicy poszukiwania. Wreszcie z pobliskiego lasu doszły ich słabe wołania o pomoc. Gdy podeszli bliżej, okazało się że Witkacy już nie żył, w zakrwawionej, odchylonej dłoni trzymał kieszonkowy zegarek na łańcuszku. Czyżby sprawdzał godzinę swej śmieci? Oknińska, która odzyskała przytomność (zmarła dopiero w r. 1975), płacząc, błagała, aby go ratować. Witkacego pochowano następnego dnia na miejscowym cmentarzu na wzgórku, a na jego grobie wbito ciosany sosnowy krzyż katolicki, by wyróżniał się na prawosławnym cmentarzu.

Po śmierci Witkacy stał się twórcą zapomnianym. W kraju obowiązywał przecież socrealizm. Przez wiele lat zainteresowanie malarstwem Witkacego było tak niewielkie, że pojedynczy hobbiści mieli okazję nabywać jego prace dosłownie za bezcen. „Odkrycie” na początku lat 60. dramatów Witkacego, jego teorii teatralnych i powieści, spowodowało wzrost zainteresowania zagranicy, które wnet przerodziło się tam w fascynację jego twórczością. We Francji i Belgii z powodzeniem grano jego sztuki, w Szwajcarii wydano komplet jego powieści i prac filozoficznych. Zwieńczeniem tego zainteresowania był zorganizowany w Brukseli w 1981 r. festiwal poświęcony jego wielostronnej osobowości, zatytułowany Polski geniusz zwielokrotniony. W kraju po 1956 roku zaczęto znów wystawiać jego sztuki, początkowo na scenach studenckich i awangardowych (m.in. w Cricot 2), potem i zawodowych, odkrywano ponownie jego malarstwo, pojawiało się coraz więcej publikacji, audycji radiowych, a nawet filmów o Witkacym. W antykwariatach ceny za jego obrazy rosły. Zaczęto też pomału przebąkiwać, że wypadałoby prochy artysty sprowadzić do Polski. Wreszcie w 1988 r. sprawą zainteresowało się ministerstwo kultury, z ówczesnym ministrem prof. Aleksandrem Krawczukiem na czele, który za pośrednictwem resortu spraw zagranicznych nawiązał kontakt z władzami Ukrainy.

Co do miejsca nowego pochówku od początku nie było wątpliwości. Oczywiście, Zakopane! Wprawdzie Stanisław Ignacy Witkiewicz urodził się w Warszawie (1885) jako jedyny syn znanego pisarza, architekta (twórca „stylu zakopiańskiego”) i malarza Stanisława Witkiewicza, ale już chrzciny odbyły się w Zakopanem, do którego rodzice wnet przenieśli się na stałe. Matką chrzestną była wybitna aktorka Helena Modrzejewska, a ojcem chrzestnym góralski bajarz Jan Krzeptowski Sabała. W dorosłym życiu Witkacy prawie każde lato i jesień spędzał właśnie w Zakopanem. Wpierw na Chramcówkach, w wydzierżawionym pensjonacie „Tatry” prowadzonym przez jego matkę, a po bankructwie pensjonatu – u przyjaciół, Birula-Białynickich, w willi „Olma” przy ul. Zamojskiego. Postanowiono więc go pochować go na zabytkowym cmentarzu zakopiańskim, w grobie matki zmarłej w 1931 r.

Ukraińskim władzom pomysł wydania Polakom zwłok znanego malarza wielce przypadł do gustu i postanowili wykorzystać ten moment do oficjalnego zaakcentowania przyjaźni ukraińsko-polskiej i przygotowali w Jeziorach pompatyczne przyjęcie polskiej delegacji. Składała się z kilku oficjeli, do których dokooptowano fotografika i kolekcjonera Stefana Okołowicza, oraz Macieja Witkiewicza, członka rodziny artysty. Niestety, w samochodzie zabrakło miejsca dla Włodzimierza Ziemlańskiego, syna Walentego, u którego zatrzymał się w 1939 r. Witkacy z Oknińską. Włodzimierz Ziemlański był jedynym żyjącym świadkiem, jako młody chłopiec widział tuż po śmierci zwłoki Witkacego i znał dokładne miejsce jego pochówku. Wielokrotnie pisał zresztą petycje do naszych władz w sprawie sprowadzenia zwłok artysty i dwukrotnie po wojnie odwiedzał Jeziory na Ukrainie. Gdy był tam w 1970 r., na cmentarzu nie było już wspomnianego krzyża na zapadłym grobie malarza, więc dla dokładnego zaznaczenia miejsca jego pochówku wbił tam wielki kij. Podczas powtórnej wizyty w Jeziorach w 1980 r. spostrzegł postawiony tam nagrobek, na nim duży, ciosany kamień, na którym wyryto (po polsku oraz cyrylicą) napis: Mogiła Witkiewicza Stanisława Ignacego 1875–1939. Niezabranie jedynego świadka, którego obecność przy identyfikacji zwłok wydawała się być nieodzowna, była kardynalnym błędem ministerialnych urzędników, sprawiających wrażenie, że tak naprawdę zainteresowani są jedynie organizacją szumnych uroczystości pogrzebowych w Zakopanem. Ale przecież liczono się z niespodziankami – świadczyć o tym może założenie, że gdyby pod nagrobkiem nie znaleziono żadnych zwłok, należy w trumnie przywieźć do Zakopanego ziemię z grobu Witkacego.