Email

Co o niej wiem?

W wieku trzynastu lat zapisała się do klubu wioślarskiego UKS 1993 i od razu zdobyła mistrzostwo Polski młodzików. – Potem nie miałam już szansy na rzucenie sportu – śmieje się Maria. Od tej pory codziennie trenuje: w siłowni, na ergometrze, na wodzie. W domu, w klubie, na obozach i zgrupowaniach kadry…

Szkołę średnią (Nowodworek) i studia (inżynieria materiałowa w AGH) wybrała ze względu na bliskość przystani. Co roku zdobywała złoty medal mistrzostw Polski, potem została trzykrotną medalistką mistrzostw Europy i brązową medalistką igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro.

Nigdy nie uczestniczyła w juwenaliach. Czy żałuje? – Niczego nie żałuję. Uważam, że dobrze spędzałam czas.

Życiowe credo

Springwaldów jest w Polsce niewielu, wszyscy są spokrewnieni. Maria, wraz z najbliższą rodziną (ojciec muzealnik, mama lekarka) mieszka na krakowskich Klinach, reszta bliskich na Śląsku. W pani Marii także jest coś śląskiego. Pracowitość, dzięki której – mimo uprawiania wyczynowego sportu – bez trudu ukończyła szkoły. Przywiązanie do domu rodzinnego, gdzie nadal mieszka i gdzie pomagała rodzicom w wychowaniu braci. Religijność. Unikanie poetyzowania sukcesów i zwycięstw.

– Dopiero podczas powitania przez krakowskich kibiców na Okęciu poczułam wzruszenie i radość – mówi. – Dotarło do mnie znaczenie olimpijskiego sukcesu. – Fajnie jest wiedzieć, że sprawia się przyjemność innym tym, co się robi, robiąc to dobrze.

Co jest dla niej ważne? – Ludzie, dom, rodzina. Zawsze czuję się tam na swoim miejscu. Staram się wrócić nawet wtedy, kiedy mam tylko dobę lub dwie przerwy między obozami.

Z najbliższymi spędza około 30 dni w ciągu roku.


Spotkanie z Historią


Poprzedni medal olimpijski w wioślarstwie zdobył dla Krakowa Roger Verey na olimpiadzie w Berlinie w 1936 roku. Miasto czekało na kolejny aż 80 lat! Maria Springwald napisała tę historię wspólnie z koleżankami: Moniką Ciaciuch, Joanną Leszczyńską i Agnieszką Kobus. Na zeszłorocznych mistrzostwach świata wywalczyły 4 miejsce, uzyskując dla Polski kwalifikację olimpijską. – Potem podejmowano jeszcze próby zmiany składu, ale ostatecznie najlepsze wyniki osiągała nasza czwórka. Przez cały sezon udowadniałyśmy, że pływamy najszybciej (zdobyły pierwsze miejsca w zawodach Pucharu Świata w Varese i Lucernie oraz srebrny medal mistrzostw Europy w Brandenburgu).
Jakie emocje przeżywa zawodnik tuż przed igrzyskami? – Pojechałyśmy walczyć o medal – mówi pani Maria. - Starałyśmy się pokonać stres i nie myśleć o tym, co będzie, tylko o tym, co należy zrobić, żeby wygrać.

Do Rio przybyły jako jedna z pierwszych ekip. Wioska zrobiła na nich ogromne wrażenie. Między blokami, gdzie mieszkali przedstawiciele różnych krajów, ciągnęły się tereny zielone, place dla dzieci przyszłych mieszkańców, była wielka plaża, olbrzymia siłownia, która i tak okazała się za mała, kiedy przybyły wszystkie reprezentacje, stołówka, pralnia... Na uliczkach mijało się najlepszych sportowców z całego świata. Wszyscy tworzyli wielką olimpijską rodzinę.

Telewizja pokazywała niedoróbki w wiosce. – Miałyśmy dla siebie trzypokojowe mieszkanie z salonem, kuchnią i dwoma łazienkami. To prawda, organizatorzy nie ze wszystkim zdążyli, podłogę pokrywał kurz po remoncie, w kuchni brakowało okna, łóżka były z plastyku, zaczynałyśmy więc od porządków, ale podczas kolejnych dni pojawiły się sprzątaczki i wszystkie niedogodności usunięto.
Przed startem w wyścigu eliminacyjnym Polki najbardziej obawiały się Niemek. – Już raz udało nam się z nimi wygrać, podczas Pucharu Świata w Lucernie. Wyszłyśmy na prowadzenie tuż po starcie i nie oddałyśmy pola aż do końca wyścigu. Postanowiły powtórzyć tę strategię. Niestety, chociaż wystartowały szybko, zatrzymywała je wysoka fala. Dotarły do mety na drugiej pozycji i musiały walczyć o finał w repasażach.

Przed biegiem głównym trener Marcin Witkowski powiedział im: „płyniecie po złoto”. Biało-czerwone mają mocny start, natomiast Niemki są silne, a Holenderki doskonałe w finiszu. Dziewczęta zaczęły na drugim torze i od początku objęły prowadzenie. – Ależ dzielnie płyną Polki! – krzyczał w studiu komentator TVP Dariusz Szpakowski.