Email

 

 

 

 

 

Pana wiersze charakteryzują się spójną i bardzo wyrazistą poetyką, która nie zmienia się wraz z upływem lat. Wiersze są krótkie, słowa mocno wyważone. Dlaczego tak bardzo kondensuje pan treść w ascetycznej formie?

– No proszę, od razu takie serio pytanie… A tak miło się zapowiadało. Ale cóż, odpowiadam: ja, proszę pani, należę do tych konserwatystów, którzy twierdzą, że istnieje natura ludzka, a więc istnieje także moja natura. I głęboka analiza mojej natury mówi mi, że jestem człowiekiem, który generalnie lubi małe formy. Jak wchodzę na przykład do muzeum, to widzę przede wszystkim małe obrazy, miniatury. W Luwrze, dajmy na to, mijam szybciutko salę z Rubensami, bo tam wiszą takie wielkie obrazy na pół albo na całą ścianę, i dopiero jak dochodzę do Holendrów, to tam lubię sobie trochę czasu spędzić. Więc jest chyba coś takiego w mojej naturze. Takie naturalne…

… dążenie do szczegółu?

– Tak, do szczegółu, do skrótu, do zwięzłości. Przedtem się nad tym nie zastanawiałem, ale teraz sobie przypominam, że w liceum na lekcjach polskiego oddawałem najkrótsze prace (śmiech).

Jak krótkie?

– Jedna z koleżanek oddawała 10 stron, a ja – dwie strony, trzy… Bo to były czasy, kiedy w szkole jeszcze się pisało (śmiech). Ta moja koleżanka została potem prokuratorem i prawdopodobnie dalej pisze te 10 stron przy okazji kolejnych procesów, a ja sobie te swoje parę linijek… Jak był temat o Gombrowiczu i miałem cztery myśli o Gombrowiczu, to nie opakowując tego specjalnie, pisałem owe cztery myśli i uważałem, że wystarczy. Miałem jakąś taką odruchową niechęć do wielosłowia. Przyznaję, że trochę zazdroszczę kolegom, którzy potrafią napisać wiersz na jedną czy dwie strony, a nawet cały poemat. Na przykład mój kolega Krzysztof Siwczyk napisał ostatnio poemat, który składa się ze stu zdań wielokrotnie złożonych. Ja bym czegoś takiego w życiu nie napisał, bo ja bym zrobił z tego ze sto wierszy i jeszcze by mi sporo zostało. Mam wrażenie, że żyjemy dzisiaj w wielkim rozproszeniu (ja tu pewnie trochę dorabiam ideologię do tej mojej natury), więc może dobrze jest spotkać od czasu do czasu coś takiego, co nas skupi, zatrzyma.

W swoich wierszach posługuje się pan niuansem, akcentuje niejasności i niejednoznaczności. Przez to czytelnicy nie mają z panem łatwo. Kłopot mogą mieć też tłumacze…

– No, ja nie narzekam, jakieś tłumaczenia są, dość dużo na angielski, bardzo chwalonych zresztą, pojawiły się też na przykład tłumaczenia na czeski… Myślę, że generalnie moje wiersze łatwiej jest tłumaczyć na języki słowiańskie. Gorzej na niemiecki czy francuski, z tym się zgadzam. Co do niejasności, uważam, że wiersze powinny być interesujące przede wszystkim dla samego autora. Jeśli to miałyby być tylko proste, niczego nie skrywające komunikaty, to mnie by to nie interesowało, nie chciałbym czegoś takiego publikować. Uważam, że w takim komunikacie musi być pewne napięcie związane z tym, że czegoś się nie rozumie od razu, że są jakieś puste miejsca do wypełnienia itd. Inaczej dla czytelnika nie ma już miejsca. Może on co najwyżej podziwiać samą konstrukcję, ale nie został zaproszony, żeby być współtwórcą. Mnie takie wiersze męczą. Miłosz Biedrzycki, którego wiersze są dużo bardziej wyrafinowane od moich, porównał kiedyś wiersz do spakowanego pliku w komputerze – trzeba znaleźć klucz, żeby go rozpakować. To jest to, o co chodzi również i mnie: wymagam od czytelnika współpracy, aktywności, intelektualnego zaangażowania.

Był taki spór na przełomie XIX i XX wieku. Paul Valery uważał, że czytanie wierszy jest świętem intelektu, a parę lat później Breton stwierdził, że intelekt wcale nie jest potrzebny, to, co w poezji najważniejsze, odbywa się poza intelektem. Powtórzę, że dzisiaj żyjemy w świecie, w którym wiele nas rozprasza, a mało skupia. I właśnie poezja, filozofia, ale także w pewnym sensie nauka (choć na ogół sobie tego nie uświadamiamy) zmuszają nas do zatrzymania się i przemyślenia pewnych ważnych dla nas kwestii. Nasza cywilizacja stara się nas raczej rozerwać, w Pascalowskim sensie tego słowa, odwrócić naszą uwagę od pytań o to, po co tu jesteśmy, co z tym życiem zrobić. Ale poeta jest jak wystający w górskiej rzece kamień. Woda musi w ten kamień uderzyć, już nie płynie tak jak dawniej. Albo go zepchnie, albo musi go ominąć. Tak czy owak, nie może zignorować obecności tego kamienia.

Poezja musi stawiać opór...

– Tak. Żyjemy w świecie pełnym ludożerców. Kiedyś na Zachodzie ukazała się antologia polskiej poezji zatytułowana Psucie zabawy ludożercom. Chodziło oczywiście o to, aby psuć zabawę totalitarnej władzy. Ale świat nie pozbył się ludożerców wraz z totalitaryzmem i naszym celem jest dalej psuć zabawę tym, których teraz mamy. Może oni wydają się łagodniejsi, na pewno nie są tak krwawi, ale jaroszami na pewno nie są.

Oryginalność Pana wierszy widać też w ich tematyce, którą zdominowała w dużej mierze metafizyka, choć bez ostentacji. Zmusza pan czytelnika do zatrzymania się w biegu i zastanowienia. Na co przede wszystkim chce pan mu zwrócić uwagę?

– Nie wiem, czy są jakieś szczególne momenty, na których chciałbym skoncentrować uwagę czytelników. Za każdym razem jest to coś trochę innego. Zauważyłem na przykład, że w wierszach często reaguję na sprawy, które się wokół nas dzieją i szukam dla nich jakiejś szerszej perspektywy. Na przykład dużo jest w mojej poezji elementów z historii Polski, a wiem, że inni poeci mojego pokolenia raczej się od tego dystansują. Jest taki słynny wiersz Marcina Świetlickiego – Dla Jana Polkowskiego – w którym on wyznaje, że nie ma ochoty zajmować się tym, na czym koncentruje się uwaga mediów, że cały ten krąg spraw patriotyczno-historyczno-narodowych jest obsługiwany przez słowa zbyt podniosłe, często wyświechtane. Ale potem ten sam Świetlicki ciągle powraca do tego rodzaju problematyki. I mnie się też wydaje, że poezja musi jednak wchodzić w rzeczy, które przeżywamy jako wspólnota, na przykład w nasze podziały, wewnętrzne konflikty, i w to, jak sobie z nimi radzimy lub nie. Mnie w ogóle interesuje wspólnota, nie tyle ta definiowalna jako naród czy społeczeństwo obywatelskie, ale coś bardziej podstawowego – więzi, które między nami powstają, plączą się, zrywają. Co nas motywuje? Czy potrzeba uznania (w głębokim tego słowa znaczeniu), czy coś innego? W moim ostatnim tomie Echa są wiersze, które wyrastają z niepokojów, jakie w Polsce obserwujemy. Na przykład taki wiersz : „A potem wszyscy Polacy / wstąpili do nieba. // I już nie było, / nie było Polaków”…

Nie wiadomo, śmiać się czy płakać...

– Ale dlaczego? (śmiech) Może wciąż jesteśmy zbyt poważni, gdy przychodzi do rozmowy o nas samych. W końcu było wiele wspaniałych narodów, wiele języków, wiele kultur, które zniknęły z tego świata. Było wiele narodów, które cierpiały bardziej niż nasz. Nie ma się co za bardzo przywiązywać do samych siebie i własnej roli w historii. Myślę, że o to właśnie chodziło Gombrowiczowi, kiedy mówił, że gdy się zdobędziemy na dystans wobec siebie, to staniemy się bardziej twórczy. Chodzi o to, żeby być Polakiem do kwadratu, Polakiem, którego poczucie narodowej przynależności rozwija, a nie tłamsi.

W wielu wierszach, często wprost, porusza pan problem zła, przemocy zadawanej ludziom przez ludzi. Czy ma to związek z faktem, iż urodził się pan w Oświęcimiu?

– Myślę, że ma raczej związek z tym, jak ten świat wygląda, co się w tym świecie dzieje. Oświęcim, czy raczej Auschwitz, jest częścią pewnej całości. Ale oczywiście jest to ta część, o której nie sposób zapomnieć. To jest doświadczenie, które wszyscy musimy nieść. Podkreślam słowo: musimy. To nasza powinność: wziąć to na swoje barki i iść z tym dalej. Moje życie tak się ułożyło, że rzeczywiście urodziłem się w Oświęcimiu, a ponieważ byłem chłopcem ciekawym świata, szybko się nauczyłem czytać, więc bardzo wcześnie dowiedziałem się, z czym się Oświęcim kojarzy, co ta nazwa oznacza. Po tych lekturach pozostał we mnie cień – i ten cień jest, ja z tym cieniem chodzę. Auschwitz to jest wyzwanie i każdy powinien to wyzwanie wziąć do siebie, potraktować je bardzo osobiście. Jak coś takiego mogło się zdarzyć tutaj, w tej części świata, w tej kulturze? Wielu twórców to podkreślało: każdy z nas mógłby być oprawcą, każdy z nas byłby zdolny robić rzeczy straszne. Dlatego wokół Auschwitz nie może być cicho. Tego nie da się rozliczyć i zamknąć. Poprzez to, co się stało, inaczej zobaczyliśmy nasz świat. Nie da się żyć w takiej całkowitej beztrosce, chociaż kultura masowa łudzi nas, że to możliwe.

Przeciwstawia pan tolerancję akceptacji?

– Odpowiem anegdotą. Spotyka się dwóch ludzi i jeden pyta: „Co jest gorsze – niewiedza czy obojętność?” A drugi: „Nie wiem, nie obchodzi mnie to” (śmiech). Tolerancja mnie w tej chwili nie interesuje. To, by tak rzec, poziom zerowy jakiejkolwiek wspólnoty. Bardzo ważny, ale jednak zerowy. Od słowa „tolerancja” wolę słowo „wzajemność”. Musimy szukać wzajemności. Bo nie chodzi o to, żebym ja jakoś ciebie znosił, tylko żebym w twoją stronę wykonał jakiś ruch, zainteresował się tobą, spotkał cię – i to w tym miejscu, w którym jesteś, a nie w tym, w którym ja chcę żebyś był. Bo na ogół chcemy, żeby to ten drugi przyszedł do nas, i wtedy ewentualnie jesteśmy gotowi rozmawiać. Widzę mnóstwo takich postaw – od lewa do prawa. Także wśród tych, którzy mają usta pełne słów o tolerancji i otwartości. Owszem, drugiego trzeba zaprosić do swojego świata, ale równocześnie trzeba też wejść w jego świat. Popatrzeć, jak on żyje, jak siebie rozumie.