Email

Już nikt się nie dziwi, że kolejny raz kobieta staje na czele szkoły teatralnej w Krakowie. Ale że jest to znana i wielbiona aktorka, gwiazda teatru i filmu, odtwórczyni wielkich ról jeszcze u Jerzego Jarockiego w Starym Teatrze, potem u Jerzego Grzegorzewskiego w Teatrze Narodowym w Warszawie, a w filmie też by się sporo uzbierało ciekawych postaci, na czele ze świętą Faustyną w filmie Jerzego Łukaszewicza, to nic dziwnego, że ciśnie się jedno pytanie: czy rektorowanie, z wyżyn takiego aktorskiego doświadczenia, to nowa rola czy też jednak funkcja i misja?

– Odpowiem tak: jestem aktorką, dla której pewne role są święte. I mogę takich ról wymienić, na szczęście, bardzo dużo.

Jeżeli więc jest to rola, to życiowa i na pewno jest ona jedyna w swoim rodzaju, bo takiej odpowiedzialności jeszcze nigdy nie miałam. A czy ona zapisze się w moim krwiobiegu tak jak te wszystkie Małgorzaty i Faustyny tutaj przywołane, dopiero pokaże czas. Moja nowa rola zacznie się dla studentów tak naprawdę 1 października [rozmowę przeprowadzono na początku września – red.], gdy zobaczą mnie w gronostajach, czyli w kostiumie, i rozpocznę dla nich moje „granie”. Bo przecież oni nie będą wiedzieć, że ja już cały wrzesień przesiedziałam w tym gabinecie i starałam się ogarnąć różne sprawy, również administracyjne, które nigdy nie były mi zbyt bliskie. Ale należą one do „funkcji” oraz „powinności” i na pewno tworzą całość bardzo piękną i zobowiązującą. Wydaje mi się jednak, że rolę rektora też trzeba umieć choć trochę grać. Bo reprezentuję teraz szkołę na zewnątrz, a tutaj pewna teatralna umiejętność jest na pewno przydatna. Na szczęście przez ostatnie cztery lata byłam prorektorem, więc pewne formy są mi nieobce, ale myślę, że zostałam wybrana również dlatego, że pewne role umiem grać. A funkcja? Funkcję od kilku dni też już czuję, gdy widzę, ile trzeba załatwić, gdzie zajrzeć, jak wgłębić się w mnóstwo spraw, które nie oddziałują natychmiast, ale mają swoje miejsce i swój czas, przechodzą przez różne małe naczynia tworzące krwiobieg szkoły teatralnej, zanim dojdą do serca, ale dojść muszą. O czym nikt nie wie, dopóki nie siądzie w tym gabinecie.

Ewa Kutryś, pani poprzedniczka, zaczęła swoje urzędowanie od roli „budowlańca”: kontynuowała i ukończyła to, co wykuwali poprzedni rektorzy: Jurek Trela, Jacek Popiel, Jurek Stuhr. Sfinalizowała więc poszerzenie szkoły o drugi budynek, zaczął funkcjonować nowy Wydział Teatru Tańca w Bytomiu, wyremontowano Wydział Zamiejscowy we Wrocławiu, a także budynek przy ul. Warszawskiej, pokoje gościnne tamże stały się naszym akademikiem, ba, nastąpiła także zmiana organizacji studiów, bo przyjęty w Europie system boloński wydłużył studia o jeden semestr. Co pani będzie więc robić, przecież wszystko już jest zrobione?

– Jeszcze nie wszystko! Ja też przejęłam tę pałeczkę budowlaną. Planujemy np. bardzo poważną przebudowę w naszym budynku przy Straszewskiego. Składamy wniosek o fundusze europejskie, chcemy zagospodarować podcienia przy ul. Piłsudskiego, które wcześniej z jakichś nie do końca znanych powodów kazano zostawić otwarte. A zupełnie się to nie sprawdziło, bo nikt tamtędy nie chodzi, a czasami stają się te podcienia miejską toaletą. Więc my je sobie zagarniemy. Będziemy też zabudowywać nasze patio. Od lat mamy piękny amfiteatr w samym środku szkoły, mało kto o nim wie, ale z powodu naszego klimatu niezbyt jest wykorzystywany. Służy zaledwie jako miejsce spotkań. I zachowując tę jego funkcję, chcemy tam zrobić też scenę, może salę do ćwiczeń, która będzie częściowo przeszklona, będzie miała dach. W ostatnich latach byłam jedyną osobą, która zdecydowała się zrobić tam egzamin, zrobiłam ze studentami Zielonego Gila Tirso de Moliny. I zobaczyłam, co znaczy uzależnienie od pogody. Próby mieliśmy jeszcze w czas upalny, a w dzień egzaminu było zimno i ponuro, i chyba tylko moje modlitwy sprawiły, że deszcz spadł dopiero wieczorem, po egzaminie. Dlatego zabudowa, którą zainicjowała pani rektor Kutryś, ale ja byłam już przy tym obecna w wyborze projektów i realizatorów – jest konieczna.
A to jeszcze nie wszystko: będzie też przebudowa naszego foyer, które od ćwierćwiecza wymaga przynajmniej odświeżenia wizerunkowego. Myślę, że mamy bardzo piękne projekty, otwierające nasze foyer na Planty, dlatego czeka mnie, jeśli idzie o sprawy budowlane, dużo zajęć. Ale już zbudowałam parę rzeczy w swoim życiu i tego się akurat nie boję.

– Pomówmy teraz o tym, co w każdej szkole najważniejsze, o studentach. Jak pani się wobec nich czuje? Młoda, czynna aktorka z osiągnięciami jest przede wszystkim ich starszą koleżanką. Bycie koleżanką pomaga czy przeszkadza w pełnieniu funkcji rektora?

– Jeszcze nie wiem, ale tego się nie boję, a nawet myślę, że to wspaniale. Według mnie autorytetu nie buduje się dystansem, lecz osiągnięciami, własną postawą, również tą w pracy, na scenie. To, że muszę sprawdzać się każdego wieczoru, podczas każdej premiery na nowo, pokazuje moim studentom, że na tym polega nasza praca i nasze życie. Że nic nie jest dane raz na zawsze. Że musimy potwierdzać swoją wartość i swój twórczy potencjał ciągle od nowa.

Wszystko wskazuje więc na to, że nie rezygnuje Pani z kariery scenicznej, z teatru, z filmu, ale czy te obowiązki nie będą sobie wzajemnie przeszkadzać?

– Zapytałam na początku senat uczelni, czy sobie życzy, żebym odeszła z teatru, ale okazało się, że wszyscy chcą mieć rektora, który jest czynnym artystą. Na pewno będę więc propozycje starannie wybierać, ale chyba nie byłabym do końca autorytetem dla moich studentów, gdybym przestała być aktorką! A co do pracy ze studentami, to, proszę mi wierzyć, jestem zawsze przejęta przed spotkaniem z każdą nową grupą. Teraz mam wyjątkowo tylko jedną grupę sześcioosobową na pierwszym roku, ale tremę mam pewnie podobną jak oni. Nie mogę im tego oczywiście okazywać, przeciwnie: muszę cały czas być wyczulona na kontakt z nimi, na słuchanie ich i w dodatku na słuchanie każdego oddzielnie, bo to są przecież przyszli artyści, więc nie możemy ich indywidualności sprowadzać do wspólnego mianownika.

Ja zresztą nie jestem osobą, która by się dobrze czuła w jakiejś takiej „funkcyjnej ramce” narzuconej stanowiskiem. My do siebie teraz w rozmowie mówimy „pani rektor”, „pani profesor”, bo się lubimy i jest to lekko podszyte humorem – i ja to przyjmuję. Ale jak mi wszyscy na zewnątrz tak „rektorują”, mnie to ogromnie peszy, nigdy w życiu tego nie polubię. Więc może dobrze, gdy sobie myślę, że to jest „rola”, bo nie zostałam rektorem z jakiejkolwiek potrzeby władzy, tej nigdy nie posiadałam, po prostu odpowiedziałam na zapotrzebowanie uczelni. Na prośby kolegów i studentów. Gdyby nie zespół ludzi, którymi jestem otoczona, to nigdy bym się na tę funkcję nie zgodziła. Mam wspaniały zespół administracyjny z kanclerzem Franciszkiem Gałuszką na czele, mam prorektora Beatę Guczalską i wiem, że na tych ludziach mogę polegać. To wszystko daje mi prawdziwe poczucie bezpieczeństwa w działaniu.

A co mi jeszcze dało ogromną siłę? Reakcje po tym, gdy zostałam wybrana rektorem – przerosły moje oczekiwania. Było w tym bardzo dużo cudownej energii i wszystkim tym ludziom ogromnie dziękuję, bo naprawdę ta energia mnie teraz niesie.

To wszystko też potwierdza pani przekonanie, że jesteśmy wspaniałą szkołą i chyba zawsze tak było. Wiem, co mówię, bo przecież spędziłam tu blisko 25 lat!

– Tak, jesteśmy wspaniałą, wyjątkową szkołą, w której ludzie ze sobą rozmawiają, w której zdawanie egzaminów jest świętem, w której naprawdę uczymy szacunku do siebie nawzajem i do naszego zawodu. Przecież w naszej uczelni uczą najlepsi aktorzy nie tylko w Krakowie, ale w kraju. I wszyscy traktują to niesłychanie odpowiedzialnie. Może brzmi to egzaltowanie, ale tak jest, pracuję w tym miejscu już tyle lat, że to widzę i czuję. I to wszystko powoduje, że ta odpowiedzialność jest też podszyta radością, że można zrobić coś naprawdę wspaniałego.

Obejmuję szkołę w jej 70. urodziny. I chcę z okazji tego wspaniałego jubileuszu coś specjalnego zorganizować. Wymyśliłam już cykl wykładów i bardzo bym chciała, żeby się przyjęły w naszej społeczności jako coś stałego. Nazwałam je Wykłady na scenie świata, wychodząc z norwidowskiego spojrzenia na ludzi jako aktorów wielkiej sceny. Chciałabym zapraszać z tymi wykładami do nas wybitnych humanistów różnych specjalności. Przecież sztuka teatru to nie tylko sztuka mówienia, interpretacji, ale też sztuka słuchania, sztuka dialogu. Chciałabym, żeby ten nasz teatralny świat trochę się rozszerzył, sama pamiętam, jak chodziłam na wykłady księdza Tischnera i jakie to było dla nas wszystkich wtedy ważne! Jesteśmy pozbawieni akademickiego słuchania wybitnych osobowości. Mamy wspaniałych pedagogów, którzy uczą nas historii teatru, filmu, dramatu, rzemiosła aktorskiego... Natomiast chciałabym też zaprosić mistrzów, którzy nauczą nas spojrzenia na nas samych w planie rozszerzonym, w świadomości tego, co znaczy i czego wyrazem jest ta nasza chwila tu i teraz. Otwieramy je w ogóle dla ludzi teatru…

 

(zdjęcia: Jan Zych i archiwum Teatru Starego)