Email

Andrzej Wajda zostaje w Krakowie. Po całym życiu, po latach wędrówek – zostaje.

Na początku było tak, że nikt nie przypisywał Wajdy do jakiegoś jednego miejsca. Także i do Krakowa. Zawsze wędrował – urodził  się w koszarach w Suwałkach, gdzie akurat stacjonował ojciec, zawodowy oficer, dzieciństwo spędził w Radomiu, koniec wojny i studia na ASP w Krakowie, potem „filmówka” w Łodzi, po studiach zamieszkał w Warszawie. Zresztą, po co artyście jeden punkt na mapie? Żeby go ograniczał? Albo stwarzał niepotrzebne odniesienia? Zbyt szybko Wajda stawał się obywatelem całej Polski, a może i świata. Już jego pierwsze filmy otrzymywały światowe nagrody: Kanał – pierwszy w naszych dziejach fresk o powstaniu warszawskim zdobył  Srebrną Palmę w Cannes (1957), „Popiół i diament” – arcydzieło o „żołnierzu wyklętym”, jak podkreślono to niedawno, pokazane  wbrew ówczesnej propagandzie za granicą – otrzymał  nagrodę FIPRESCI w Wenecji (1959).

Tylko, że każdy musi być „skądś”, nie może być bezdomny. Wajda studiował  tuż po wojnie w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i dopiero stąd pojechał do łódzkiej Filmówki. A tam, w tej powojennej gromadzie studentów ze wszystkich części naszego kraju, gdzie wszyscy chcieli być wyraziści, gdzie było wiadomo, że Kutz jest ze Śląska, a Morgenstern z Warszawy, mówiło się o nim jako o kimś z Krakowa. A więc ten Kraków gdzieś majaczył, gdzieś zaczynał być obecny.

Bardzo szybko się okazało, że Andrzej Wajda z każdym swoim filmem „ogromnieje”.  Kolejne tytuły wywoływały narodowe dyskusje i międzynarodowe reperkusje, określały standardy, stawały się wzorcem i świat nam powoli sam zaczynał udowadniać, że Wajda to nie tylko twórca, ale i nazwisko-pojęcie, nazwisko-symbol. Polska kultura, a nawet polska propaganda, bardzo szybko przyjęła ten pewnik, że Wajda jest symbolem polskiego kina, bo wszystkie jego filmy są głośne, nagradzane, nie jeden raz obiegły świat, pojawiały się na różnych festiwalach, wszędzie doceniane (nawet jeśli nie nagradzane). A te filmy niosły w świat pojęcie polskiego kina, były znakiem polskiej kultury. I,  co pewnie ważniejsze, ukształtowały  nam tzw. zbiorową wyobraźnię. Nawet teraz, choć tyle jest nowych pokoleń twórców,  trudno byłoby oddzielić to, co pochodzi od Wajdy, od tego, co jest od innych nadawców. Bo te filmy już od początku kreowały świat tak wyrazisty i tak plastyczny, że nic dziwnego, iż szybko zaczął on żyć własnym życiem.

Nawet liczby o tym mówią: jeśli kino jako sztuka istnieje zaledwie 120 lat, a z tego ponad 60 lat przypada na żywą, aktualną i zawsze porywającą działalność Wajdy, na te jego 40 ważnych, głośnych i nagradzanych filmów, to znaczy, że Wajda jest ponad standardy: biologiczne i artystyczne. Stanowi połowę kinematografii, a w Polsce – jest niemal całą kinematografią, z jej najwyższymi wzlotami, gigantycznymi osiągnięciami, wielkimi nagrodami. To dzięki Wajdzie mówiło się zawsze o „bogactwie polskiego kina” i o „kompleksach polskiego kina”, o  jego ambicji i czujności, o historycznych rozrachunkach i o powadze tematów, o wizjach, o poezji i o romantyzmie, czyli o tym, co nas określa. I choć oglądaliśmy różne filmy ze świata, uczestniczyliśmy w historii kina, na naszych oczach zmieniały się prądy, kierunki, kinematografie – to w specyficzny sposób  działo się to „z Wajdą pod powiekami”.

Jak z tego pułapu i ogromu ściągnąć Wajdę do Krakowa?
Pomógł swoim życiorysem.


Jak Wajda znalazł  „duszę” naszego miasta


Zaczęło się wszystko od nowej kariery, tej teatralnej. Były to lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, gdy Wajda przyjechał do Krakowa i rozpoczęła się  jego wielka twórczość teatralna. Coś było albo w powietrzu, albo w nim samym. Rozpoczęła się i trwała ta twórczość  głównie w Starym Teatrze. Może tu był większy spokój dla twórczości, może poraził go wtedy artystyczny Kraków, może objawił mu się w tym miejscu  duch Dostojewskiego? W każdym razie ten pierwszy kontakt z wielką metafizyką starej Rosji, czyli z Biesami, to początek „krakowskich” arcydzieł. Ale w okresie jego największych inscenizacji w Starym Teatrze, a więc Biesów, Nastazji Filipownej, Emigrantów Mrożka, Nocy Listopadowej Wyspiańskiego czy Zbrodni i kary, nigdy nie mówiło się jednak o reżyserze jako o twórcy krakowskim. Ale jednak twórczość teatralna, a przede wszystkim to niezwykłe odkrycie dla nas Dostojewskiego, rozsławiło właśnie Kraków i krakowski teatr. Zwłaszcza Biesy, a potem Zbrodnia i kara (to już były lata osiemdziesiąte) miały długie kariery i w kraju i na świecie. Na Biesy przyjeżdżały autokary z widzami z całej Polski. A świat  zapraszał oba spektakle i pokazywał chyba ponad 10 lat. Otwierały festiwale,  promowały kulturę, były przykładem nowoczesnego, wizyjnego teatru.

Dla samego Wajdy nieprzerwane powodzenie jego teatru stało się inspiracją dla jego kina. Lata siedemdziesiąte też i na ekranie przyniosły arcydzieła. Jak bardzo było to  związane z aurą Krakowa,  jak bardzo nawet było to odpowiedzią na zachwyt Krakowa, niech świadczą o tym choćby dwa tytuły:   wtedy, gdy udało mu się przenieść na ekran prawdziwą „duszę” naszego miasta i naszej kultury, czyli stworzyć najdoskonalszą w dziejach i najbardziej zrozumiałą dla świata filmową adaptację Wesela (1972) Wyspiańskiego. I po raz drugi wtedy, gdy reżyser, posługując się materią krakowską – lub może „podkrakowską”, bo nowohucką – stworzył nowy typ kina: historycznego i publicystycznego zarazem, odkrywającego polityczny i psychologiczny mechanizm PRL-u w Człowieku z marmuru (1977). Pewnie było coś w aurze Krakowa, w jego wielowiekowym, pozornym spokoju, w tradycji, która w każdej chwili mogła się stać żywą aktualną reakcją – może to wszystko tak bardzo zapładniało wyobraźnię?

Wesele pozostało arcydziełem wszechczasów. Tempo akcji, wizualna siła, wyraziste postaci, magia postaci dramatu, cytaty z polskiego malarstwa, autentyzm bronowickich chat, krakowskiego Rynku, Kościoła Mariackiego itd. „Gdzie pan znalazł takiego scenarzystę?” – pytano  Wajdę w Stanach. „Po co przerobiliście genialny scenariusz na dramat?” – pytali dziennikarze Hanuszkiewicza, gdy w kilka lat później przyjechał ze swoim teatralnym Weselem do Paryża.

Lata siedemdziesiąte, które w kinie europejskim charakteryzowały się obecnością nie tylko tematów, ale i wielkich, charakterystycznych, nieporównywalnych z nikim innym, geniuszy kina, gdzie obok Bergmana, był Fellini, a obok Viscontiego czy Antonioniego – Bunuel i niewielu innych – okazały się i pod tym względem dla Wajdy i dla nas szczęśliwe. Od tamtej chwili  uważało  się go za jednego z największych. I Kraków ma tu swoje zasługi.

Ale musiało upłynąć bardzo wiele lat, żeby Wajda  pierwszy raz pokazał publicznie swoje rodzinne związki z Krakowem. A i tak zrobił to niemal mimochodem,  może  ze wstydem, że  wyciąga swoją prywatność?  Było to w Radomiu, na wystawie jego rodzinnych i filmowych pamiątek (dopiero w 1989 roku!) zatytułowanej znacząco Autoportret, na której wśród portretów rozmaitych pojawiło się zdjęcie dziadka, Kazimierza Waydy (tak pisało się wtedy to nazwisko) jako „Wójta z Szarowa pod Krakowem”.

Rzeczywiście, w swojej  gigantycznej twórczości Wajda nie zostawiał sobie na ogół miejsca na prywatność. Taką ze starych zdjęć, z sentymentalnych wspomnień. Wyglądało to nieraz tak, jakby miał bardzo mocno zakorzenioną świadomość, że w twórczości liczy się tylko to, co zrealizuje się „w imieniu  publiczności”, co dostrzeże się dla niej samej – w świecie, w historii, w polityce, w rozpaczach i kompleksach epoki. Nie w swoich niepokojach. Dlatego, gdy – także nieśmiało, a może i przypadkowo – pokazał Wajda zdjęcie swojego ojca, kapitana Jakuba Wajdy, jako ojca właśnie, w realizowanej przez siebie, ale opartej na autobiograficznej powieści Konwickiego Kronice wypadków miłosnych (1986), było to prawdziwie wzruszające. Bo nawet nie chodzi o to wpisanie się w życiorys tego pisarza, ale o zobaczenie swojego ojca na ekranie i choćby na zdjęciu. A także o refleksję na temat zbliżonego niespodziewanie punktu na mapie: Nowej Wilejki, gdzie urodził się Tadeusz Konwicki – i  wojskowego obozu w Suwałkach, gdzie urodził się Wajda i skąd jego ojciec wyruszył na wojnę, w podróż zakończoną śmiercią w Katyniu.
Ale to wszystko było już po latach, gdy Wajda był nasz, krakowski i gdy było wszystkim wiadomo, że rodzinne korzenie, jak i rodzinna przynależność do miasta – jest w pełni uzasadniona. Nie tylko dlatego, że najbliższa rodzina, brat, profesor ASP, Leszek Wajda, mieszka w Krakowie, że ich matka leży na cmentarzu na Salwatorze. Ale także dlatego, że Wajda świadomie i programowo wzbogacał kulturę naszego miasta, czerpał z naszego niezdrowego ponoć klimatu i tu powstawały jego najlepsze dzieła. A Kraków starał się mu za tę radość tworzenia dla naszego miasta – serdecznie odpłacać: duma i uznaniem.


*

Jak Wajda chodził ulicami Krakowa

Powstał kiedyś śliczny, trochę już zapomniany, teatralno-filmowy serial Andrzeja Wajdy Z biegiem lat, z biegiem dni. Był hołdem Wajdy dla naszej tradycji. Wszak łączył ze sobą różne dramaty z czasów Młodej Polski, czyli z epoki, która stworzyła ambicje artystyczne Krakowa.

Wtedy, gdy spektakl powstał, najpierw jako dziewięciogodzinna inscenizacja w  Starym Teatrze, a potem, w roku 1980 - jako powtórzenie całego, gigantycznego materiału scenicznego przed kamerą w krakowskich plenerach i w rzeczywistych, krakowskich wnętrzach – trudno było nie zachwycać się samym pomysłem. A więc i tym, że tak idealnie pasują do siebie różnorodne fabuły, duża ilość bohaterów, migotliwie zmieniające się barwy świata wokół. I co przede wszystkim zaskakujące: że tak współgrają, jak w idealnym chórze – odmienni przecież od siebie autorzy, pisarze o różnych językach, sposobach postrzegania świata, odmiennej wrażliwości. Z różnych, oddzielnie niegdyś powstających dramatów, mających za sobą własne, mniejsze lub większe kariery sceniczne - nagle powstał spójny i gęsty opis prawdziwej rzeczywistości swoich lat. Tej z przełomu wieków. I to od strony widocznej nagle „jak na dłoni” zmieniającej się obyczajowości  i  wciąż powtarzającej się w tych zmianach „nieśmiertelnej” u nas dyskusji między artystami a filistrami. Może właśnie z powodu tej dyskusji tak świetnie zaczęły wszystkie te sztuki „pasować” do Krakowa. Niezależnie nawet od tego, gdzie według autorów miałyby się rozgrywać. Choć tu pomogła naszemu „miejscu akcji” także i tradycja sceniczna, nawet ta związana z zamierzchłymi ograniczeniami politycznymi, tymi z przełomu XIX i XX wieku. Czołowym przykładem byłby tu zawsze pan Dulski, co do którego już wszystkie, zwłaszcza młodsze pokolenia nie mają żadnych wątpliwości, że chodząc dookoła stołu w salonie, rzeczywiście zmierzał tylko i zawsze na nasz Kopiec Kościuszki, choć Zapolska pisała rzecz we Lwowie i dla Lwowa.

Pamiętam, że w czasie realizacji serialu Wajda prawdziwie emocjonował się tymi swoimi „puzzlami”! Budował je najpierw przed aktorami mówiąc, że jest tam „i  Bałucki, z nieprawdopodobną  naiwnością Domu Otwartego, jest zaraz w następnym odcinku cień ironii w charakteryzowaniu pani Dulskiej, gdzie widać już wyraźnie pióro Zapolskiej. Zaraz po tym jest Kisielewski ze swoją Szaloną Julką, charakterystycznym dla siebie szalonym temperamentem i niebywałą umiejętnością pisania dialogów”... I zachwycał się również tym, że ta różnorodność pióra i formy poszerza prezentowany świat. Bo „bohaterowie serialu z pierwszego  odcinka są tak różni od tych z trzeciego, że wydaje się, jakby świat się w międzyczasie przekręcił i pojawiły się nowe zjawiska, które trudno było sobie nawet wyobrazić”. Dramaty postępowały więc – wraz z czasem postępowania serialu: od lat osiemdziesiątych XIX-tego stulecia – aż  do wybuchu I wojny światowej.

Już wtedy było wiadomo, że Wajda filmuje tę gigantyczną panoramę  także i po to, by pokazać Kraków. Bo to był ten czas, gdy reżyser lubił  przy każdej okazji mówić, że spłaca dług  naszemu miastu. Za to, jak określał, „co jest  Krakowem dla nas wszystkich”.

 

(Zdjęcia: Jacek Balcewicz, Wacław Klag, Grzegorz Kozakiewicz i Jan Zych).