Email

O tym, że Polska ma być wskrzeszona, większość Polaków dowiedziała się z czerwonych plakatów, które pojawiły się na terenach Królestwa Polskiego okupowanych przez Niemców i Austriaków. W sposób dość podniosły głosiły one: „Przejęci niezłomną ufnością w ostateczne zwycięstwo ich broni i życzeniem powodowani, by ziemie polskie przez waleczne ich wojska ciężkiemi ofiarami rosyjskiemu panowaniu wydarte do szczęśliwej przywieść przyszłości, Jego Cesarska Mość Cesarz Niemiecki oraz Jego Cesarska i Królewska Mość Cesarz Austryi i Apostolski Król Węgier postanowili z ziem tych utworzyć państwo samodzielne z dziedziczną monarchią i konstytucyjnym ustrojem. Dokładniejsze oznaczenie granic Królestwa Polskiego zastrzega się. Nowe królestwo znajdzie w łączności z obu sprzymierzonymi mocarstwami rękojmię potrzebną do swobodnego sił swych rozwoju. We własnej armii nadal żyć będą pełne sławy tradycje wojsk polskich dawniejszych czasów i pamięć walecznych polskich towarzyszy broni we wielkiej obecnej wojnie. (...)

Wielkie zaś, od zachodu z Królestwem Polskiem sąsiadujące mocarstwa z radością ujrzą u swych granic wschodnich wskrzeszenie i rozkwit wolnego, szczęśliwego i własnem narodowem życiem cieszącego się państwa”.

Na terenach zarządzanych przez Niemców podpisał to „z najwyższego rozkazu Jego Cesarskiej Mości Cesarza Niemieckiego” generalny gubernator Hans Hartwig von Beseler, a tam, gdzie urzędowali Austriacy – c.k. generalny gubernator lubelski Karl Kuk (ten sam, który udanie bronił twierdzy Kraków przed atakiem Rosjan w listopadzie i grudniu 1914 r.).

Krakowianie o wydarzeniu mogli dowiedzieć się z porannego wydania „Czasu” z niedzieli 5 listopada 1916 r. Dziennik na pierwszej stronie donosił: „Ogłoszenie państwa polskiego”, a poniżej pisał też o „Wyodrębnieniu Galicji” (zwiększeniu jej uprawnień samorządowych). Były też plakaty rozwieszone na krakowskich murach.

Wcześniej o niemiecko-austriackiej deklaracji dowiedzieli się przedstawiciele elit. 30 października minister spraw zagranicznych Austro-Węgier baron István Burián przyjął delegację z Warszawy: „Żywe zadowolenie sprawia mi powitać tu Was, wielce czcigodni Panowie, i móc Was zawiadomić, że Jego cesarska mość, mój najmiłościwszy Pan i Jego dostojny sprzymierzeniec, Jego cesarska Mość cesarz Niemiec, postanowili państwo polskie ponownie powołać do życia”. Było to potwierdzenie słów, które delegacja usłyszała w ministerstwie spraw zagranicznych w Berlinie, gdzie była przed przyjazdem do Wiednia.

Dzień przed samą proklamacją wiedeńskie ministerstwo spraw zagranicznych zaprosiło dziennikarzy polskich, niemieckich i węgierskich na briefing, a naczelny kierownik biura prasowego Oskar Montlong „pośród niezwykłej ciszy” i „głosem wzruszonym” – jak pisali dziennikarze „Czasu” – odczytał akt proklamacyjny, a następnie mówił: „Światowa wojna dała dziś pierwszy wielki wynik, gdy obwieszczam panom utworzenie nowego Królestwa Polskiego. Wasze dzieci i wnuki opowiadać będą jeszcze o tym, żeście byli świadkami pierwszego oficjalnego proklamowania Polski. Polska znowu powstała! (...) Wrogowie nasi zapowiadali często oswobodzenie drobnych narodów, które my rzekomo uciemiężamy. I cóż się stało? Na Belgię sprowadzono nieszczęście, Serbia dziś opuszczona, Czarnogóra pozostawiona swemu losowi, a teraz taki sam los czeka Rumunię. (...) My [za to] urzeczywistniliśmy stuletnie marzenie cywilizowanej Europy. Jest to nadzwyczajne postanowienie, jeżeli mocarstwa centralne dziś jeszcze, przed zakończeniem wojny, nie pozostawiając sprawy tej konferencji, czują w sobie tyle siły i mocy, aby powiedzieć: Polska jest i będzie. (...) Znamiennym faktem, że właśnie to miasto, w którym ogłaszam dzisiejszą proklamację państwa polskiego, zostało oswobodzone wspólnym wysiłkiem wojsk austriackich, niemieckich, bawarskich i polskich pod rozkazami króla Jana Sobieskiego. Spłacamy dziś dług zaciągnięty u Sobieskiego. Wprawdzie Turcy byli wtedy naszymi nieprzyjaciółmi, ale dziś walczą oni w Galicji razem z nami i pomagają nam w osiągnięciu naszych wielkich celów. Ale i ta sprzeczności jest pozorną. Wieszcz Wernyhora w przedziwnej swej przepowiedni rzekł [przecież]: »Gdy Turek konia napoi w Dniestrze, Polska powstanie«”. W odpowiedzi, na pytanie, jak bardzo realną jest obietnica, naczelnik zareagował żywo: „Polska już jest. To nie są obietnice Mikołaja Mikołajewicza. Za to ręczą J.C. Mość Franciszek Józef I i J.C. Mość cesarz Wilhelm. Z uderzeniem dzwonów w dniu jutrzejszym i z chwilą, gdy na murach miast w Królestwie pojawi się niniejsza proklamacja, Polska powstała”.

Nawiązywał do tego, że tuż po wybuchu wojny w 1914 r. wielki książę Mikołaj Mikołajewicz, głównodowodzący wojskami carskimi, wydał odezwę do Polaków obiecującą odrodzenie Polski, która miała być swobodna „w swej wierze, języku i samorządzie”, choć miała pozostać pod władzą rosyjskiego cara. Brat stryjeczny cara nie wspomniał nic o granicach ani o zakresie obiecanego samorządu. Deklaracja nie została też potwierdzona przez cara. Rząd rosyjski powrócił za zgodą swojego cesarza do tematu w sierpniu 1915 r. po serii klęsk po bitwie gorlickiej i zaczął przygotowania do stworzenia ustaw o autonomii. Jednak praktycznie aż do listopada 1916 r. obowiązywała smutna prawda Michała Sokolnickiego, bliskiego współpracownika Józefa Piłsudskiego z ruchu strzeleckiego, który zapisał tuż po wybuchu wojny: „Nikt na świecie Polski nie chce”.

Potem jednak sytuacja uległa zmianie. Pod koniec 1916 r. wojna trwała w najlepsze (a właściwie: w najgorsze), jednak obie strony konfliktu były coraz bardziej wykrwawione. Tylko w ciągu tego roku straty państw centralnych liczono w setkach tysięcy zabitych, rannych, zaginionych pod Verdun, gdzie Niemcy próbowali wykrwawić Francuzów, nad Sommą, gdzie Niemców atakowali Brytyjczycy, a także podczas ofensywy rosyjskiej na Wołyniu poprowadzonej przez gen. Aleksieja Brusiłowa, która choć wyczerpała wojska carskie, to jednocześnie zadała poważne straty armiom niemieckim i austro-węgierskim. Państwom centralnym potrzebne było rozstrzygnięcie przynajmniej na jednym froncie, aby rzucić siły na drugi i móc zakończyć wojnę. Zakończenie wojny z Rosją pozwoliłoby rzucić dywizje na front zachodni i przełamać opór aliantów. Jeśli zaś Rosja nie chciała prosić o pokój, można było się przed nią przynajmniej zasłonić. I stąd inicjatywa pod adresem Polaków.

6 kwietnia 1916 r. kanclerz Theobald von Bethmann-Hollweg w parlamencie niemieckim tłumaczył posłom: „Nie było zamiarem Niemiec ani Austro-Węgier stawiać kwestii Polski. Postawił ją los bitew. Teraz ona jest i domaga się rozstrzygnięcia”. Szansę w sensie militarnych zasobów widział też niemiecki generał Erich Ludendorff, który miesiąc później snuł wizje: „Musimy stworzyć państwo polskie, gdyż tylko dzięki temu będziemy mogli mieć na froncie wschodnim kilkadziesiąt dywizji polskich, których kadrą stanie się świetny żołnierz legionowy”. Bardzo dobrą opinię o sobie polscy legioniści z I, II i III Brygady – walczący po raz pierwszy razem – potwierdzili podczas lipcowych walk pod Kostiuchnówką. Dzielnie odpierali tam ataki Rosjan i choć zostali zmuszeni do cofnięcia się, to swoją twardą postawą uratowali front przed przełamaniem. „Schodziliśmy zawsze ostatni z pola walki” – pisał Józef Piłsudski, dumny ze swoich legionistów, choć ubolewający, że poległo, zaginęło lub zostało rannych łącznie 2 tys. polskich żołnierzy. Polscy żołnierze to dobrzy żołnierze – myśleli niemieccy sztabowcy, ale konwencja haska zabraniała wcielać do obcego wojska rekrutów. Można było za to wcielać ochotników, ale żeby ci się pojawili, trzeba było im coś obiecać. Wymyślono więc Akt 5 listopada.

W poniedziałek 6 listopada „Czas” pisał: „Doniosłych słów, dotyczących sprawy polskiej, ogłoszonych wczoraj równocześnie z dwóch stolic europejskich: Wiednia i Berlina, oczekiwaliśmy od dawna. Oczekiwaliśmy ich długo, wśród niezwykłej niewoli, spustoszenia miast i wsi, rozlewu krwi, ucisku i grozy, jakie zawitały nad ziemiami Rzeczypospolitej. (...)

Pozbawieni przyjaciół, sprzymierzeńców i pomocy, zdani na własne siły w walce o sprawiedliwość i o prawo boskie, spotykaliśmy się z głuchem milczeniem nawet tam, gdzie własny interes powinien był nakazać wyciągnięcie do nas przyjaznej dłoni. Tę ciszę i to odosobnienie, warunkujące i potęgujące naszą mękę, przerywają wczorajsze dwa akty historyczne. Dwa potężne mocarstwa uznają europejskość sprawy polskiej, przyznają nam prawo do państwowego bytu, stwierdzają, że przywrócenie jego leży w ich własnym interesie i podają nam dłoń pomocną. (...)

W Królestwie Polskim otrzymujemy możność wydoskonalenia i uzupełnienia tych zaczątków organizacyjnych, któreśmy w przewidywaniu wielkich dziejowych wypadków tak słusznie od samego początku wojny starali się wytworzyć, a w pierwszym rzędzie własnej armii. Bohaterska krew naszych synów i braci, wspominana tak wdzięcznie w manifeście cesarskim, krew Legionów w pierwszym rzędzie, powinna tam posłużyć jako posiew dla najważniejszego z państwotwórczych elementów – własnego wojska walczącego po stu latach na nowo pod godłem srebrnych orłów. Drzewo wolności, (...) niechaj tam rozkwita bujnie z wawrzynu”.

W Krakowie deklarację obu cesarzy przyjęto z entuzjazmem, na 8 listopada zapowiedziano główne uroczystości. W przeddzień wieczorem odbył się na Rynku koncert, na który krakowianie zjawili się tłumnie. Stanęły trzy orkiestry – jedna przed Sukiennicami na wysokości Pałacu Spiskiego, a dwie przy pomniku Mickiewicza. Tuż przed 19 z wieży mariackiej odegrano „wśród uroczystej ciszy” w duecie na trąbkach Mazurka Dąbrowskiego, „a publiczność zasłuchana odkryła głowy”. Po hejnale orkiestry grały pieśni patriotyczne, zakończone Mazurkiem Dąbrowskiego i c.k. Hymnem Ludów. Był ciepły wieczór, w rzęsiście oświetlonym centrum wznoszono okrzyki na cześć brygadiera Józefa Piłsudskiego i Legionów.