Email

Zaczęło się w Jaszczurach ...


Szczerze zazdroszczę temu, kto podejmie kiedyś chwalebny i smakowity trud napisania historii klubu Pod Jaszczurami. W niedawnych – a przecież już zaliczanych do ubiegłego tysiąclecia – latach 60. i 70., adres Rynek Główny 8 to była niekwestionowana przepustka do wyżyn studenckiej arystokracji. Do matecznika niekończących się intelektualnych sporów, do gniazda wciąż wylęgających się środowiskowych aspiracji. Najświetniejsze chwile klubu to czasy, kiedy o piętro wyżej miała swoją siedzibę Rada Okręgowa Zrzeszenia Studentów Polskich.

Dziś trudno pojąć, że kiedyś można było studenckimi siłami organizować obozy naukowe, budować ośrodki wypoczynkowe, utrzymywać służbę zdrowia, decydować o podziale miejsc w domach akademickich. No i inspirować oryginalną twórczość artystyczną, a potem roztaczać mecenat nad wszechobecnym ruchem kulturalnym. Studenckie teatry, kabarety, zespoły muzyczne, grupy taneczne, wokalne i wszelkie inne przez długie lata przekraczały żelazną kurtynę i święciły nieustające triumfy na najbardziej prestiżowych światowych festiwalach.

Dokładnie naprzeciw (Rynek Główny 27) najwyższe loty demonstrowała wtedy Piwnica Pod Baranami. A mimo to Wiesiek Dymny, jeden z niezapomnianych filarów tamtejszych nocnych objawień, swoją Remizę – Operę Strażacką przygotował i wystawił właśnie w Jaszczurach. Czterem pięknym dziewczynom z długimi nogami (wśród nich Barbarze Nawratowicz i Dorocie Terakowskiej) partnerowali aktorzy z mieszczącego się za ścianą Teatru 38.

Autorowi przyszłej historii Jaszczurów podpowiem jeszcze jedną ciekawostkę. Otóż to tu właśnie miało kiedyś miejsce wydarzenie otwierające ważny rozdział w historii Rosji. I uruchomiło bieg wypadków, które sprawiły, że polskie sztandary załopotały na Kremlu. Jako redaktor „Przekroju” rozmawiałem kiedyś z wicemerem Moskwy w jego biurze. Dostojnik rozłożył przed sobą kronikę stolicy i perorował: Maskwa eto gorod gieroj. Nikto jej nie dobył. Napoleon chatieł i nie wział, Gitler chatieł i toże nie wział... W tym miejscu przypomniałem sobie o niegdysiejszym wydarzeniu w Jaszczurach, przesunąłem księgę w swoją stronę i otwarłem na latach 1610–1612. A wtedy wicemer: A da, da, wasi byli, wasi byli...

22 listopada 1605 roku w trzech połączonych na tę okazję kamienicach przy Rynku Głównym (dziś nr 7, 8, 9) odbył się ślub Maryli Mniszchówny z carem Dymitrem Samozwańcem. Panna młoda była czwartą córką żądnego władzy i majątków wojewody sandomierskiego Jerzego Mniszcha. Uroczystość odbyła się per procura, czyli przez pośrednictwo, pana młodego reprezentował jego osobisty sekretarz Anastazy Własiew. Akt zaślubin był spełnieniem zawartego wcześniej przedmałżeńskiego kontraktu. Samozwaniec – w zamian za wsparcie jego działań w pozyskaniu carskiej korony – obiecywał polskiemu magnatowi milion złotych oraz Smoleńszczyznę i Siewierszczyznę. Przyszłej żonie, oprócz sreber i klejnotów, darował na własność Psków i Nowogród Wielki. Trudno było nie pokusić się o takie beneficja.

Kim był ten, który z takim rozmachem kupczył mateczką Rosją? Grigorij Otriepjew zaczynał jako mnich, przez lata wznosił ku niebu modły w monastyrze Czudowskim. Ale kiedy pod zakonnym odzieniem poczuł powiew historii, zbiegł do Polski, gdzie podawał się za carewicza Dymitra, syna Iwana Groźnego, ocalonego jakoby cudem z rąk siepaczy Borysa Godunowa. Polscy panowie uznali, że ten człowiek może im podarować klucze od Moskwy. Toteż zrobili wszystko, aby przybysz ze wschodu przyjął obrządek łaciński. Prawosławny mnich uczynił to potajemnie w czasie Wielkiego Postu w roku 1604 w obecności wojewody krakowskiego Mikołaja Zebrzydowskiego w domu jezuickim św. Barbary.

Zaraz potem intercyzę z przyszłym zięciem zawiera wojewoda sandomierski. Dzięki niej już w październiku tegoż roku Samozwaniec na czele 3619 ludzi Jerzego Mniszcha przekracza granicę moskiewską. Na wieść o tym w stolicy wybuchają zamieszki. Na wszelki wypadek otruto (1605) cara Borysa Godunowa. Na tron wstępuje jego syn Fiodor. Nie dane mu jednak będzie długo grzać tego upragnionego przez wielu stołka. W czerwcu Samozwaniec wkracza do Moskwy, a jego ludzie przyjętym zwyczajem duszą szesnastoletniego władcę i jego matkę.

Dymitr rozpoczyna rządy od wysłania do Polski poselstwa w sile dwustu koni po rękę Maryny Mniszchówny. Kardynał Bernard Maciejowski błogosławi związek małżeński po polsku i po rusku. Ale prawdziwy finał tego, co zaczęło się w Krakowie, następuje po pół roku w Moskwie. 18 maja 1606 (niedawno minęła więc 410. rocznica tego wydarzenia) patriarcha Ignatij zaślubia Marię carowi. Jednak Polka tylko przez dziewięć dni była carycą Rosji. 27 maja wybuchło w stolicy powstanie, które zwaliło z tronu Samozwańca. Trupowi niedawnego władcy zawiązano sznur na genitaliach i obnażone ciało ciągnięto po mieście. Zwłoki spalono potem na stosie, popiołami nabito armatę, jej lufę skierowano na zachód i wśród głośnych wiwatów odpalono lonty.

Maryna była jeszcze żoną kilku następnych awanturników. W międzyczasie do prywatnej dotąd wojny prowadzonej przez Mniszchów przystąpiła Rzeczpospolita. Odniesione przez hetmana Stefana Żółkiewskiego (4 lipca 1610) zwycięstwo pod Kłuszynem otwarło Polakom drogę do Moskwy. Biało-czerwone chorągwie załopotały na Kremlu.

Rosyjscy bojarzy słali do Warszawy poselstwo za poselstwem prosząc, aby królewicz Władysław przeszedł na prawosławie i dał się ukoronować na cara. Stanowczo sprzeciwił się temu ojciec, Zygmunt III Waza, który sam chciał zostać władcą Rosji, tyle że katolickim. To musiało skończyć się kolejnym powstaniem. Na jego czele stanęły postacie, które stały się symbolem narodowej jedności: mieszczanin Kuźma Minin i kniaź Dymitr Pożarski. To właśnie ich pomnik stoi na placu Czerwonym. Bo też kierowany przez nich zryw usunął Polaków z Kremla. A stało się to 7 listopada 1612 roku. Od roku 2005 Rosja z tej okazji obchodzi swoje narodowe święto.

No i co, nie warto napisać historii kamienicy, w której mieści się klub Pod Jaszczurami?

 

Mieczysław Czuma