Email

Z Justyną Wołoch, dwukrotną stypendystką Miasta Krakowa i najmłodszą tancerką baletu Friedrichstadt Palast w Berlinie rozmawia Jacek Balcewicz

W jaki sposób 18-letnia dziewczyna z Krakowa trafiła do zespołu baletowego słynnego berlińskiego Friedrichstadt Palast, zostając jedną z jego najmłodszych tancerek?

– Napisałam podanie o pracę i dostałam angaż.

Tak po prostu?

– Swoją przygodę z tańcem zaczęłam w wieku 5 lat, gdy rodzice zapisali mnie na zajęcia gimnastyki artystycznej w Polskim Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół” w Krakowie.

To była ambicja rodziców czy też dostrzeżono u Pani przejawy talentu?

– Byłam dosyć ruchliwym dzieckiem. W domu często przebierałam się, tańczyłam i śpiewałam, tworząc minispektakle dla rodziny. W przedszkolu tata zobaczył ogłoszenie o zajęciach z gimnastyki artystycznej i zapisał mnie do „Sokoła”. Od razu mi się tam spodobało. Okazało się, że w Szkole Podstawowej nr 31, do której miałam chodzić, co drugi rok jest organizowana klasa sportowa z gimnastyką artystyczną jako głównym przedmiotem. Żeby się dopasować do „grafiku”, rodzice postanowili wysłać mnie do szkoły w wieku 6 lat. Pierwsze większe osiągnięcia miałam już jako 10-latka. Zostałam dwukrotną mistrzynią Polski w kategorii juniorek młodszych, a później juniorek. Zdobyłam wiele medali, zarówno na arenie ogólnopolskiej, jak i międzynarodowej. Otrzymałam również dwukrotnie stypendium sportowe miasta Krakowa. Gdy zrezygnowałam z gimnastyki artystycznej, zainteresowałam się tańcem klasycznym.


Dlaczego, pomimo sukcesów, zrezygnowała Pani jednak z gimnastyki artystycznej?

– W Krakowie nie miałam już możliwości dalszego rozwoju. Natomiast w dziedzinie tańca takie możliwości otworzyło przede mną Konserwatorium Tańca, gdzie pod okiem pani Anny Hełbickiej mogłam dalej kształcić się w tym kierunku. Sportowy duch rywalizacji pozostał w moim temperamencie, więc z sukcesami brałam udział w wielu konkursach tanecznych. Mając 14 lat, dostałam się do Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Gdańsku.

Takich szkół w Polsce jest pięć – nie było gdzieś bliżej Krakowa?

– Ta w Gdańsku jest najbardziej prestiżowa, z najlepszymi warunkami w Polsce. Szkoła jest połączona z internatem dla uczniów spoza Trójmiasta. Oprócz tego ma 6 dużych sal baletowych, odnowę biologiczną i opiekę fizjoterapeuty.

Nie było Pani żal opuszczać domu rodzinnego. Jak się ma 14 lat, to jest się wprawdzie już nastolatkiem, ale jeszcze przecież dzieckiem…

– Czułam, że chcę spróbować swoich sił w tańcu na wyższym poziomie. Rodzice długo zastanawiali się, czy jest to właściwa decyzja. Rzeczywiście, miałam tylko 14 lat. Nie mieliśmy rodziny ani znajomych w Trójmieście, a internat szkoły był zamykany na weekendy. Nie było możliwości wracania do domu co sobotę, bo podróż autobusem czy pociągiem była wtedy za długa. Jedynym rozwiązaniem była stancja na weekendy. Mieszkałam wtedy u bardzo miłej starszej pani, która była dla mnie jak babcia. Pierwsze dni nauki w gdańskiej „baletówce” były stresujące. Nowe miasto, szkoła, nauczyciele, koledzy... Było to dla mnie duże wyzwanie. Założyłam sobie, że jeśli mi się tam nie spodoba, to od września, na nowy rok szkolny, wrócę do Krakowa. Jednak zawsze jak coś zaczynałam, chciałam to doprowadzić do końca. Dlatego postanowiłam zostać w Gdańsku. Nauka w szkole baletowej trwa 9 lat i normalnie zaczyna się ją po III klasie podstawówki, ja doszłam do nich pod koniec 5 klasy baletowej, więc miałam sporo do nadrobienia, byłam od wszystkich o rok młodsza, ale nie uczyłam się w „baletówce” od początku. Co prawda miałam jakieś podstawy baletu czy tańca, których nauczyłam się w Krakowie. Jednak nie było to na poziomie profesjonalnym. Dlatego codziennie po lekcjach chodziłam na salę baletową, rozciągałam się, wymyślałam własne układy choreograficzne, ćwiczyłam nowe elementy na pointach. Nauczyciele docenili moją ciężką pracę i zaprosili mnie na pozalekcyjne zajęcia dla wybranych uczniów, którzy mieli reprezentować szkołę na konkursach baletowych. W końcu zaczęłam brać w nich udział. Pierwszym dużym sukcesem było zajęcie pierwszego miejsca w kategorii tańca współczesnego na 18. Ogólnopolskim Konkursie Polskich Szkół Baletowych. Kolejną nagrodą było pierwsze miejsce na 11. Międzynarodowym Konkursie Tańca „Tanzolymp" w Berlinie. Po tym sukcesie dyrektorzy mojej szkoły Mirosław Czop i Bronisław Prądzyński opowiedzieli mi o największym zespole rewiowym w Berlinie i zasugerowali, bym wysłała swoje CV do tego właśnie teatru. Po ukończeniu szkoły, już z tytułem najlepszego absolwenta szkół baletowych w Polsce, wysłałam podanie o pracę do Friedrichstadt Palast Berlin. Okazało się, że dyrektor tamtejszego baletu Alexandra Georgieva zasiadała w jury berlińskiego konkursu i zapamiętała mój występ. Tak dostałam pierwszą pracę i zaczęłam swoją karierę na największej scenie teatralnej na świecie.

To nie była chyba typowa droga. FSP szczyci się tym, że od jesieni 1945 roku nieprzerwanie działa przy nim duży, bo 250-osobowy zespół dziecięcy – Jugend Ansambl. I to tam chyba w pierwszej kolejności poszukiwani są kandydaci do dorosłego zespołu?

– Zdarza się, że tancerze z młodego zespołu dostają kontrakt w głównym balecie. Jednak najczęściej przeprowadzany jest całodniowy, zbiorowy przegląd dla tancerzy z całego świata. Na takich przesłuchaniach trzeba się pokazać w lekcji tańca klasycznego, czasami w choreografii jazzowej, współczesnej czy nawet w stepowaniu. Atrybutem i siłą zespołu FSP jest jego różnorodność, wielonarodowość i wielokulturowość. Mamy tancerzy z 26 krajów świata (nie licząc Unii Europejskiej także z Australii, Kanady, Chile, Mongolii, Brazylii czy Egiptu).

Pani kontrakt liczy 36 stron zapisanych gęstym drukiem. Ile czasu zajęło jego przestudiowanie?

– Gdy dostałam kontrakt z FSP, byłam w szoku. Przede wszystkim dlatego, że była to moja pierwsza w życiu umowa o pracę. Nie spodziewałam się jednak tak obszernego tekstu. Jest bardzo szczegółowy. Dlatego przestudiowanie go zajęło mi kilka dobrych dni.

Nie wahała się Pani przed jego podpisaniem? Były konsultacje z rodzicami, z prawnikiem?

– Razem z rodzicami i moją starszą siostrą Kasią dokładnie czytaliśmy każdy paragraf umowy. Po przestudiowaniu wszystkich kartek nie miałam wątpliwości. Chciałam zacząć pracę właśnie w tym teatrze.

Aktorzy krakowskich teatrów mają np. zakaz opuszczania granic miasta w dniu spektaklu. Czy Panią obowiązują podobne reguły, nie może Pani np. opuszczać Berlina, uprawiać sportów ekstremalnych, zarobić sobie tatuażu itp.

– Opuszczenie miasta w dniu spektaklu byłoby w moim przypadku nawet niemożliwe. Gramy właściwie codziennie. Dochodzą do tego poranne próby, na których obecność jest obowiązkowa. Gdy chcemy w wolnym czasie opuścić Berlin, należy jednak zgłosić wyjazd. Kontrakt nie zawiera paragrafu o sportach ekstremalnych, więc podejmujemy ryzyko na własną odpowiedzialność. Nasz wygląd nie powinien się drastycznie zmienić od czasu przyjęcia do pracy. Jeżeli chodzi o tatuaże, nie ma restrykcyjnych zasad, ale potrzebna jest zgoda dyrekcji.

Jak wygląda Pani dzień pracy?

– Obowiązuje nas 8-godzinny dzień pracy – jak w wielkiej korporacji. Od wtorku do piątku. Poranny trening zaczyna się o godzinie 10. Jest to bardzo wymagająca godzina lekcji tańca klasycznego. Dlatego też śniadanie jest obowiązkowe. Przez następne 2–3 godziny mamy próby. Poprawiamy błędy z poprzedniego występu i planujemy obsadę na wieczorny spektakl, o ile któryś z tancerzy jest nieobecny. Po porannych próbach mamy około 5 godzin wolnego. Czas na obiad, odpoczynek, spotkania ze znajomymi. Ponownie w teatrze musimy być na godzinę przed spektaklem czyli o 18.30. W charakteryzatorni na jednego makeupistę przypada 3–4 tancerzy. Dlatego czas samodzielnej rozgrzewki ustawiamy sobie w zależności od czasu charakteryzacji. Tuż przed wyjściem na scenę ubieramy kostiumy i 5–10 minut przed spektaklem czekamy w skupieniu za kulisami. W weekendy obowiązują nas tylko spektakle, już bez porannych prób. Poniedziałek jest zawsze dniem wolnym. Zdarza się, że jesienią czy wiosną nie gramy w środy – za to mamy całodzienne próby, od 10 do18.

Czy ta scena jest naprawdę największa na świecie i przekracza ćwierć hektara powierzchni? Czuje się to w nogach? Siedząc na widowni w klimatyzowanej sali, przy genialnym dźwięku, nie odczuwałem tej wielkości. Nie miałem też wrażenia, że jestem jednym z aż dwóch tysięcy widzów na sali.

- To jest rzeczywiście, pod względem powierzchni, największa scena teatralna na świecie uważana jednocześnie za największy teatr rewiowy Europy. Tańcząc na niej czuję wolność! Na scenie wraz z orkiestrą jest zawsze około setki artystów. Myślę, ze dlatego też widz nie odczuwa tej wielkości. Scena nigdy nie pozostaje pusta, zawsze coś się na niej dzieje. Występowałam już na kilkunastu scenach Europy. Każda z nich była inna pod względem podłoża, głębokości czy szerokości. Jednak wciąż były one porównywalne wielkościowo. Na pierwszej próbie w FSP byłam pod ogromnym wrażeniem. Przejście sceny wzdłuż i poprzek zajęło mi trochę czasu. Nigdy nie liczyliśmy ile kilometrów pokonujemy w trakcie każdego spektaklu, ale jest tego sporo. Jednak pomimo dobrego przygotowania kondycyjnego po każdej choreografii odczuwamy potworne zmęczenie. Tańczenie przed pełną widownia daje niesamowitą energię. Zabrzmi to może niewiarygodnie, ale my na scenie naprawdę odczuwamy emocje płynące ze strony widzów w naszym kierunku. Przed premierą spektaklu, codziennie przez kilka miesięcy powtarzaliśmy każdy układ nieskończoną ilość razy. Taniec bez widowni nie sprawiał nam specjalnej satysfakcji. Dopiero po pierwszych spektaklach przypomnieliśmy sobie dlaczego tak ciężko pracowaliśmy. Po to aby sprawić by tyle ludzi miało niesamowity, niezapomniany wieczór. Widząc owacje na stojąco, widzimy sens naszej pracy. Niesamowita przestrzeń daje ogromne możliwości choreograficzne jak i scenograficzne. W najnowszej produkcji scena jest zbudowana z kilku części. W pewnych momentach spektaklu mechaniczne platformy, które budują całość sceny, poruszają się. To niesamowity efekt! Muszę przyznać, że jest to też duże ułatwienie dla artystów. Tańcząc na poszczególnych platformach, dzięki mechanizmowi, jednocześnie przemieszczamy się w inne miejsce.

- Jak wyglądały Pani pierwsze dni w teatrze, pierwsze kroki przy pracy nad widowiskiem, które miało wtedy największy budżet w Europie liczący 10 mln euro?

- Pracę w FSP zaczęłam w sierpniu 2014 roku. Był to bardzo intensywny okres przygotowań do spektaklu „THE WYLD – nicht von dieser Welt” z kostiumami francuskiego kreatora mody Thierry Muglera. Nie miałam pojęcia jak tańczyć w butach na obcasie. Musiałam się tego szybko nauczyć. Skakanie, obroty, przeróżne, skomplikowane figury, taniec z partnerem. Wszystko na wysokich obcasach. To naprawdę nie jest łatwe. Nie są to szpilki w jakich zwykłe dziewczyny chodzą na co dzień po ulicy, a profesjonalne buty taneczne, budową podobne do tych z tańca towarzyskiego. W najnowszym spektaklu obcas stanowi 12 cm słupek przypominający kształtem wąska klepsydrę. Codzienny taniec na tak wysokich butach jest męczący. Dlatego na co dzień preferuje obuwie sportowe. Obcasów mam dość! Przed moim pierwszym spektaklem próby odbywały się od rana do wieczora. Ze wsparciem rodziny i nowych znajomych premiera mojego pierwszego spektaklu w FSP była sukcesem.

- Sukcesem była nie tylko premiera, ale cała produkcja, która w ciągu 2 lat miała dokładnie 478 przedstawień i 780 tys. sprzedanych biletów. To był rekord nawet jak na berlińskie realia. Ale czy to dla młodej tancerki nie wydaje się zbyt monotonnym: przez dwa lata, co wieczór tańczyć to samo?

- Dokładnie to pytanie zadałam sobie przed podjęciem pracy w FSP. Z pozoru wygląda to na dosyć monotonną pracę. Jednak na co dzień stawiane nam są co rusz nowe wyzwania. Gdy któryś z artystów się rozchoruje, na porannych próbach musimy w jakiś sposób zastąpić jego rolę. Cały zespół baletowy FSP, który jest podstawą tego teatru liczy 60 osób (40 kobiet i 20 mężczyzn). Wprawdzie mamy kilku dodatkowych tancerzy do każdej choreografii, to jednak przy tak dużej ilości artystów i spektakli nie jest możliwe, by każdy miał swojego dublera. Nauka nowej pozycji w tańcu jest dla nas zawsze ekscytująca. Dodatkowo mamy czasami występy telewizyjne. Rok temu tańczyliśmy skróconą wersję spektaklu „THE WYLD” w programie „Verstehen sie spass”. Było to niesamowite doświadczenie. W ciągu roku często bierzemy udział w sesjach zdjęciowych, promujących spektakl. Podczas „THE WYLD” miałam okazję pozować przed kamerą w centrum miasta np. w kolejce U-Bahnu czy pod Bramą Brandenburską. Muszę przyznać, że wcale się tu nie nudzę. Oprócz tego w wolnych chwilach wciąż tworzę swoje własne autorskie choreografie. W zeszłym roku wzięłam udział w konkursie choreograficznym „International Contemporary Choreography Contest Tanzolymp” w Berlinie, zajmując 3. miejsce z moim układem solowym. To ten sam konkurs, który wcześniej dał mi jako tancerce przepustkę do FSP tylko teraz w edycji dla choreografów. Wystąpiłam w podwójnej roli jako choreograf i tancerka.

- Wygląda na to, że przy takim trybie pracy nie ma Pani szansy zobaczyć, co dzieje się po sąsiedzku: w Admiral Palast czy Komische Oper lub posłuchać „na żywo” Berlińskich Filharmoników, gdzie koncertmistrzem jest krakowianin Daniel Stabrawa?

- To prawda. Przy moich godzinach pracy jest to niemal niemożliwe. Friedrichstadt Palast współpracuje jednak z Filharmonią Berlińską. Dlatego też rok temu, mieliśmy okazję zobaczyć próbę generalną „Variations on a Theme of Frank Bridge” Benjamina Brittena. Zdarza mi się, że gdy akurat nie mam show, idę obejrzeć balet, w którym, tańczą moi znajomi z berlińskiego Staatsballet.

- FSP słynie z tego, że zamawia do swoich kolejnych widowisk kostiumy u czołowych kreatorów mody nurtu haute couture takich jak: Christian Lacroix, Thierry Mugler i ostatnio Jean-Paul Gaultier . Kostiumy tego ostatniego są bardzo ekscentryczne i ekstrawaganckie - jak się w nich tańczy?

- Kostiumy w naszych spektaklach to prawdziwe dzieła sztuki. Są bardzo drogie i musimy o nie dbać, by wytrzymały dwa lata. Zdarza się, że na ich zmianę mamy tylko minutę. Gdy przyszłam do teatru na pierwsze przymiarki czułam się onieśmielona. W „THE WYLD” w drugiej części spektaklu w „nefrettete party” musiałam tańczyć w bikini z króciutką cekinowa spódniczką i wielką złotą maską. Z czasem przywykłam do tych odważnych, kobiecych strojów i teraz tańcząc w nich czuje się bardzo pewnie i swobodnie. W najnowszej produkcji „THE ONE” już w pierwszej choreografii jest niesamowity przegląd strojów. Każdy tancerz ma swój własny niepowtarzalny kostium, co sprawia, ze na scenie czujemy się wyjątkowo. Na otwarciu spektaklu tańczę w najsłynniejszym, marynarskim stroju od Jean-Paula Gaultiera. Z przodu jest to długa sukienka w niebieskie paski z mocnej dzianiny, a z tyłu cieliste, wytatuowane body. Nawet chodzenie w tym kostiumie było na początku bardzo trudne, ponieważ przednia sukienka wchodziła między body. Teraz po wielu próbach i kilkudziesięciu zagranych już spektaklach, tańczenie w stroju marynarskim jest już tylko przyjemnością. W drugiej części spektaklu „THE ONE” tańczę w butach na wysokich obcasach z płetwami z przodu. Widząc pierwsze szkice tego kostiumu miałam cichą nadzieję, że ten pomysł ostatecznie nie przejdzie. Nie wyobrażałam sobie stawiania kroków w tym stroju, a co dopiero tańczenia charlestona. Na szczęście Jean-Paul Gaultier zawsze szedł nam na rękę, wiec długie płetwy zostały ostatecznie skrócone.

- Czy Jean-Paul Gaultier osobiście uczestniczył w próbach i korekty czynił od ręki ? W jednym z wywiadów wyznał, że jako mały chłopiec marzył, by brać udział w rewii.

- Pierwsze przymiarki kostiumów były już w marcu tego roku. Był to długi, dosyć męczący proces. Dużo zmian, zwężanie, skracanie, wymiana materiałów, czy dodatków. Początkowo naszym krawcom towarzyszył tylko asystent Jean-Paula Gaultiera. Sam mistrz przyjeżdżał co jakiś czas na ogólne sprawdzenie postępów pracy. Po letnim urlopie, od sierpnia przymiarki trwały coraz dłużej. Raz nagle zrobiło mi się tak gorąca, że nie zdążyłam już nawet nic powiedzieć i zemdlałam. Po tym wypadku zastanawiałam się, jak ja będę tańczyć w takim kostiumie? Na pierwszych próbach sceny, gdy zobaczyłam stroje moich kolegów z zespołu, powiem szczerze, ze odetchnęłam. Niektórzy muszą tańczyć w skórzanych kurtkach czy spodniach. Mają na sobie tyle grubych warstw! Ucieszyłam się, że nie przypadł mi kostium np. zielonego pudla albo brzemiennej kobiety. Poza tym, występ w jednym stroju trwa mniej więcej 15 min. Na przymiarce musiałam stać nieruchomo w butach na obcasie i w kostiumie, przez ponad godzinę. Dlatego też, teraz na co dzień nawet nie mam czasu pomyśleć o tym, ze jest mi gorąco. Dwa miesiące przed premierą, Jean-Paul Gaultier pojawił się na stałe i uczestniczył w większości przymiarek i prób już osobiście. Był dla nas bardzo miły, często z nami żartował i naprawdę był pod wrażeniem naszej ciężkiej pracy. Współpraca z nim była niesamowitym doświadczeniem.

- FSP słynie także z najdłuższej ze wszystkich rewii na świecie 32 osobowej girldance.

- W każdym spektaklu FSP girldance jest głównym punktem programu. Widzowie zawsze doceniają tę choreografię wielkimi brawami. Jest to bardzo wymagający układ: 32 tancerki w jednej linii, tańczące tę samą choreografię jak jedna wielka maszyna. Wszystko „podane jak na tacy”, widać każdy minimalny nawet błąd. Liczy się precyzja, równość wykonywania kroków i niesamowita kondycja. Nie mamy „kapitana” jak w drużynie piłkarskiej - naszym „kapitanem” jest muzyka. Poczucie rytmu jest tu najważniejsze.

- Nie tańczycie jednak kankana, obecnego zawsze w paryskich teatrach. To akurat zbieg okoliczności czy zasada?

- Kankan stworzony został we Francji, dlatego też zawsze jest on tańczony w paryskich teatrach. Nasz teatr nigdy nie wystawiał klasycznego kankana. W każdym spektaklu jest za to girldance, który powstał w latach 30. Jest to taniec typowo rewiowy, tańczony nie tylko w FSP ale też np. w Los Angeles.

- Linia girldance szczególnie w widowisku „THE ONE” jest perfekcyjnie równa. Tancerki we FSP muszą mieć co najmniej 1,75 cm wzrostu, to jednak każda jest przecież inna. To reguluje się wysokością obcasów na przykład?

- Nie wiem czy powinnam zdradzać wszystkie nasze tajemnice. Girldance układa się w ten sposób, że najwyższe dziewczyny są w środku, najniższe na bokach. W trakcie ruchu, ten łuk gubi się dając iluzję idealnej równości.

- FSP poza przerwą w lutym na Berlinale i wakacjami gra na okrągło. Wigilia jest wolna, ale pierwszy i drugi dzień świąt to po dwa spektakle dziennie. Podobnie jest w Sylwestra. A także na Wielkanoc: Wielki Czwartek jest wprawdzie wolny, ale potem Wielki Piątek, Wielka Sobota i Niedziela Wielkanocna – to normalna praca. Jak sobie Pani radzi w takich momentach, kiedy chciałoby się być w domu z najbliższymi?

- Pochodzę, z bardzo religijnej rodziny. Dlatego też święta są dla mnie szczególne. Nie jestem też zwolenniczką pracy w Wielki Piątek. Jest to dla mnie bardzo ważny dzień zadumy, refleksji i ciszy. Jednak zaskakująco, w te ważne dni dla Kościoła Katolickiego, widownia jest prawie pełna.

- Czy z uwagi na osobiste przekonania religijne, może Pani poprosić o zwolnienie od zajęć w Wielki Piątek?

- Niestety nie mamy możliwości zwolnienia w dni, które chcemy. Wszyscy pracownicy teatru mają urlop w tym samym terminie w lecie i zimą. Wyjątkiem są wielkie uroczystości rodzinne. Mimo tego, że nie mam możliwości spędzenia świąt z rodziną, nie czuję się tu sama. Pomimo, że tańczę tu już trzeci rok nadal z Deborą z Brazylii jesteśmy najmłodsze, więc zespół FSP otacza nas opieką jak druga rodzina. Panuje tu świetna atmosfera. Jest rywalizacja, ale „zdrowa”, motywująca do dalszego działania. Nawet poza pracą, spotykamy się wspólnie. W ciepłe, słoneczne dni, często spędzamy razem czas w Klunkerkranich Bar w dzielnicy Neukolln. Jest to urocze miejsce na dachu z widokiem na cały Berlin.

- Czy dziewczyny z FSP po pracy tańczą dla przyjemności np. w dyskotece czy też mają dość tańca, podobnie jak butów na obcasie?

- Tańca nigdy nie mamy dosyć. Osobiście lubię wyjść na imprezę, nawet tylko po to, by obserwować taniec innych ludzi. Jest to dla mnie bardzo inspirujące. Czasami wychodzimy na dyskotekę nawet po spektaklu. Mimo wszystko nie zdarza się to często. Praca tancerza jest bardzo wymagająca. Nie tylko fizycznie, ale również psychicznie.

- Urodziła się Pani w Krakowie, dorastała i zdała maturę jednak w Trójmieście, teraz mieszka i pracuje w Berlinie w międzynarodowym zespole o światowej renomie. Kim się Pani czuje – obywatelką zjednoczonej Europy, a może świata?

- Jestem Krakowianką i zawsze nią będę. Kraków mam w swoim sercu. Ilekroć jestem w Krakowie spotykam się ze „starymi” znajomymi. Przechadzam się ulubionymi uliczkami. Jednak przede wszystkim spędzam czas w domu z rodziną. W tym roku w lutym i w sierpniu prowadziłam zajęcia z uczniami Krakowskiego Konserwatorium Tańca. To świetne doświadczenie. Bardzo lubię pracę z dziećmi. Myślę, że w przyszłym roku również poprowadzę warsztaty taneczne w Krakowie.

- Samolot z Berlina do Krakowa lata trzy razy dziennie, zaś lot trwa niewiele ponad godzinę. Na lotnisko Tegel z centrum miasta jedzie się autobusem miejskim kwadrans. Nie korci Panią przylecieć czasem na wolny poniedziałek?

- Tak się wydaje, ze jest to niewiele ponad godzinkę i jestem w Krakowie. Mimo wszystko, na lotnisku trzeba być przecież wcześniej. Później jeszcze dojechać z lotniska w Krakowie do domu, następnie lot powrotny tego samego dnia. Z rodziną spędziłabym może kilka godzin. Nie wypoczęłabym tak jakbym chciała. Mamy bardzo napięty harmonogram w teatrze, więc w dzień wolny muszę „naładować akumulatory”. Codziennie mam jednak kontakt z rodzicami. Poza tym kilka razy w roku odwiedzają mnie tutaj w Berlinie.

- Pani kariera zaczęła się prawdziwym „trzęsieniem ziemi” jak u Hitchcocka, co będzie dalej: Paryż, Londyn, Las Vegas czy może Broadway?

- W Berlinie mam świetna pracę, mieszkam w niesamowitym mieście i otaczam się ludźmi z podobnymi zainteresowaniami, na których mogę polegać. Z roku na rok czuje się tu coraz swobodniej. Z doświadczenia wiem, że to znak, iż nadchodzi czas na jakieś zmiany. Na razie jest mi jednak dobrze w Berlinie. Berlin to miasto przeorane przez historię, ale ze swoim charakterem. Otwarte, wielokulturowe. Robię tu, to co lubię i kocham, jestem więc szczęśliwa.

- Dziękuję za rozmowę

_________________________________________________________________________________

Friedrischstadt Palast

Najpierw – w 1867 roku - była to hala targowa, która zaledwie po 7 miesiącach funkcjonowania splajtowała. Dopiero po 6 latach adaptowano ją na potrzeby cyrku mieszczącego na widowni aż 5000 osób. Wykorzystując przepływającą obok Sprewę poprowadzono pod budynkiem otwarty kanał, który dawał możliwość przedstawień na wodzie, co na ówczesne czasy było zabiegiem nad wyraz nowatorskim. Ale mimo tego po kilkunastu latach także cyrk zbankrutował, a budynek w drodze licytacji trafił w ręce przedsiębiorców, którzy urządzili tu Nowy Olbrzymi Teatr Olimpijski. Teatr, choć olbrzymi z nazwy wytrwał raptem dwa lata. W 1899 roku do budynku wrócił cyrk, który działał aż do wybuchu I wojny światowej. 1 kwietnia 1918 roku budynek przejęła spółka „National-Theater” utworzona z inicjatywy austriackiego reżysera teatralnego Maxa Reinhardta. Przebudowę hali na potrzeby teatru rewiowego powierzono architektowi i scenografowi doby wczesnego modernizmu Hansowi Poelzigowi, temu samemu który wcześniej zaprojektował nieistniejącą już wieżę wodną z halą targową w Poznaniu i Pawilon Czterech Kopuł we Wrocławiu. Jego dziełem był charakterystyczny podwieszony sufit ze zwisającymi soplami oraz obrotowa scena o średnicy 18 m i widownia na 3200 miejsc. W takiej formie budynek przetrwał do końca lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy okazało się, że drewniane pale, na których posadowiono fundamenty kompletnie przegniły i całej budowli grozi zawalenie.

Władze NRD zdecydowały się na budowę nowego Freidrischstadt Palast na sąsiedniej działce. W ciągu 39 miesięcy zbudowano w prefabrykowanej technologii wielkopłytowej (!) gmach szeroki na 80, długi na 110 i wysoki na 32 metry mieszczący wprawdzie mniej bo 1895 widzów, za to z największą na świecie sceną o powierzchni 2854 m kw. z szerokim na 12 metrów proscenium oraz wysokimi na 280 cm 15 stopniowymi schodami. Wyposażoną we wszystkie dostępne udogodnienia łącznie z głębokim na 2 metry basenem mieszczącym 160 tys. litrów wody, płytką wanną podłogowa o powierzchni 600 m kw. kurtyną piaskową z zapasem 3 ton gumowego granulatu. Miała to być odpowiedź na wzniesioną wcześniej po zachodniej stronie muru nowoczesną siedzibę Filharmonii Berlińskiej. W latach 70. telewizja NRD raz na kwartał transmitowała z Friedrischstadat Palast na potrzeby Interwizji telewizyjne show „Ein Kessel Buntes”, do którego sprowadzano gwiazdy światowego formatu. Towarzyszyli im rodzimi artyści wspierani przez wykonawców z bratnich krajów socjalistycznych. Dzięki temu we Friedrischstadt Palast występowali także polscy artyści: m. in Marek i Wacek, Trubadurzy, Czerwone Gitary, Skaldowie, Maryla Rodowicz, Urszula Sipińska, sopranistka Izabella Nawe. Po zjednoczeniu Niemiec Friedrischstadt Palast przechodził różne koleje. Przez pewien czas był nawet spółką z ograniczoną odpowiedzialnością. W 2007 roku intendenturę teatru objął Berndt Schmidt, który postawił sobie za cel stworzenia widowiska rewiowego XXI wieku, posiadającego fabułę, wykorzystując wszystkie najnowsze zdobycze techniki scenicznej – a przy tym zapierającego widzom dech w piersiach. Kostiumy i scenografię zaczął zamawiać, u kreatorów mody nurtu „wysokiego krawiectwa” (Michael Michalsky, Christian Lacroix, Thierry Mugler czy ostatnio Jean Paul-Gaultier). Rekordowe nakłady na kolejne produkcję zaczęły przynosić także rekordowe wpływy z biletów. W przypadku produkcji: THE WYLD – Nicht von dieser Welt – każde euro zainwestowane w produkcję tego spektaklu przyniosło 4 euro wpływów z biletów.

 

 

Artykuł z grudniowego numeru „Krakowa”
Do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl

 

Na zdjęciu powyżej, elewacja gmachu Friedrichstadt Palast - wykonana z wielkopłytowych elementów prefabrykowanych / fot. Jacek Balcewicz.

Na zdjęciach poniżej: 1) Jean-Paul Gaultier, Justyna Wołoch i Philippe Etienne - ambasador Francji w Berlinie / fot. Sascha Radke, 2) najdłuższa na świecie 32-osobowa Girldance - Justyna Wołoch 12. od prawej / fot. Hannibal Hanschke, 3) Justyna Wołoch - druga od lewej / fot. Sven Darmer.