Email

O chłopcach z ferajny

Krzysztofa Jakubowskiego cenię za to, że lektura jego książek (Kawa i ciastko o każdej porze, historia krakowskich kawiarni i cukierni, dwutomowy Kraków na starych widokówkach) wyraźnie poprawia moje samopoczucie. Utwierdza mnie w przekonaniu, że nasze miasto, jeśli zaglądnąć głębiej w zakamarki jego duszy, w wielu dziedzinach rzeczywiście imponować może światu. Co więcej, łatwo przychodzi przy tej lekturze rozpuszczać pawi ogon wyobraźni i wysnuwać budujące wnioski o naszym liderowaniu w rozlicznych europejskich peletonach.

Krzepiony taką nadzieją sięgnąłem po kolejną książkę tego autora (Kraków pod ciemną gwiazdą) i jako wyznawca religii o wyższości Krakowa nad resztą świata doznałem szoku. Bo oto, jeśli mowa o świecie przestępczym, jesteśmy – na tle rzeczywistych ciemnych gwiazd patronujących innym ośrodkom – najprawdziwszym karłem. W tej dyscyplinie nasze ciemne gwiazdy są daleko poza międzynarodową czołówką. Nasi liderzy – Władysław Mazurkiewicz czy Karol Kot – to działający w pojedynkę soliści, samotnicy, w dodatku pozbawieni nietuzinkowego rozmachu i przewrotnej wyobraźni. Nie wychodzili poza tradycyjne chwyty. Dźgnąć nożem, kropnąć z pistoletu, udusić. Nic specjalnego, normalka, rutyna.

A taki działający w Wilnie w latach dwudziestolecia 1000-osobowy Bruderferajn (w jidysz to „związek braterski”) to najprawdziwsze nowocześnie zorganizowane przedsiębiorstwo. Owszem, były kradzieże, rozboje, mordy, porwania. Ale była też wytworna etykieta. Tych, nad którymi roztaczano solidnie opłacaną opiekę, informowano, że ich pieniądze przeznaczane są na szlachetne cele. Na potańcówki i przyjęcia dla osamotnionych, na przedstawienia teatralne. Kancelaria gangu wysyłała wszystkim listy z podziękowaniami. Rodzinom uwięzionych gangsterów zapewniano opiekę socjalną. Każdy z członków braterskiego związku regularnie wpłacał składki do kasy zapomogowej. Te pieniądze przeznaczano też na łapówki dla adwokatów, sędziów i wartych pozyskania urzędników.

A oto epizody wyjęte z biografii sławnego kiedyś, ale i często podpadającego pod paragrafy krakowianina Juliana Haraschina. Jako dwudziestoletni student prawa uwodzi trzynastolatkę. W czasie okupacji pracuje w Generalnej Dyrekcji Monopoli (ul. Kamienna 17), gdzie zatrudnia szesnastoletniego Franciszka Macharskiego, późniejszego kardynała i metropolitę krakowskiego. Po 1945 roku za sprawą marszałka Michała Żymierskiego (uczeń ojca Haraschina) robi błyskawiczną karierę w strukturach sądownictwa wojskowego. Mówi się o nim „krwawy Julek”, wydaje co najmniej 60 wyroków śmierci, najczęściej na działaczy podziemia. Po rozwodzie z żoną Marią zawiera kolejne małżeństwo z Janiną Macharską, siostrą późniejszego kardynała. Obejmuje kierownicze stanowiska na Wydziale Prawa UJ, aresztowany zostaje (1962) za płatne protekcje, zaliczanie niezdanych egzaminów, wydawanie fałszywych dyplomów. Po spędzeniu sześciu lat za kratkami podejmuje współpracę z bezpieką. Donosi na swojego szwagra Franciszka Macharskiego, wysługuje się swoim mocodawcom podczas pierwszych pielgrzymek papieskich (1979 i 1983). Wszystko w tym życiorysie solidne, rzeczowe, poukładane jak w magistrackim protokole. Bez cienia fantazji i szczypty szaleństwa.

Gdzie tu do popisów Berka Krawca, gangstera z Bruderferajn, który z niezrównaną maestrią potrafił grać na nosie (lata 30. ubiegłego stulecia) policji. W Równem dla niepoznaki przywdziewał strój dorożkarski i jeździł po mieście konnym zaprzęgiem. W Łucku w galowym mundurze rotmistrza 12. Pułku Ułanów Podolskich pomagał policji w tropieniu szajki złodziei. W Krzemieńcu, w mundurze starszego posterunkowego Policji Państwowej, brał udział w obławie na groźnego przestępcę o nazwisku… Berek Krawiec. Na szczyty maskaradowych akrobacji wspiął się w Stanisławowie. Kiedy stróżom porządku publicznego udało się namierzyć jego obecność w jednej z dzielnic miasta, kazał się wywieźć w zamkniętej trumnie na daleki, peryferyjny cmentarz.

Jeszcze większa przepaść pomiędzy Krakowem a resztą świata występuje wtedy, kiedy mowa o tych, którzy brali się za politykę. Jeśli któryś ze speców od łamania prawa czy to na Wschodzie, czy na Zachodzie maczał w tej dziedzinie palce, to dane mu było stawać na szczytach światowych wydarzeń. Zaś nasi podpadający pod paragrafy politycy – na przykład Adam Doboszyński – to zwyczajni prowincjusze i to zaledwie powiatowego formatu. A taki Mosze – Jakow Winnicki z Mołdawianki, dla swoich Miszka Japończyk, trafił nie tylko do wielkiej polityki, ale i do wielkiej literatury. Jako Benia Krzyk stał się bohaterem słynnych Opowiadań odeskich Izaaka Babla. Ten niekoronowany król odeskiej mafii, który nawet wśród tutejszych furmanów uchodził za grubianina, w latach 1917–19 miał pod sobą prawie 20 tysięcy doborowych rzezimieszków. Łupił oczywiście burżujów, ziemian i kapitalistów, dlatego swoją bandycką działalność potrafił sprzedać bolszewikom jako chwalebny czyn rewolucyjny. Półmilionowa portowa Odessa była czwartym – po Petersburgu, Moskwie i Warszawie – miastem cesarstwa. Była siedzibą banków, międzynarodowych towarzystw handlowych, tutejsze pałace były rezydencją ziemiańskiej arystokracji. W służbie nowej październikowej władzy Miszka Japończyk zorganizował z kryminalistów dwutysięczny Ukraiński Pułk Radziecki (czerwiec 1919) i na jego czele wyruszył do walki z oddziałami Szymona Petlury. Zabity został przez czekistów w imię oczyszczania z plew zdrowych ziaren rewolucji.

A bohater Krzysztofa Jakubowskiego, niejaki Adam Doboszyński?

Inteligent, publicysta, zdeklarowany narodowiec. W Wolnym Mieście Gdańsku, gdzie studiował na politechnice (dyplom inżyniera budownictwa lądowego) zakładał biało-czerwone korporacje. Później w swoich pismach nawoływał do przejęcia (bez odszkodowań) polskiego przemysłu z rąk Żydów i Niemców. Jako prezes oddziału Stronnictwa Narodowego na powiat krakowski wsławił się nocnym najazdem (23 czerwca 1936) na Myślenice. Jego 70-osobowy oddział opanował posterunek policji, zdemolował mieszkanie starosty powiatowego Antoniego Basary, grabił żydowskie sklepy, palił na rynku wyniesione z nich towary, usiłował podłożyć ogień pod synagogę. Po tygodniu bohater pojmany został na polanie pod Policą, koło Babiej Góry. Podczas procesów sądowych w szczególny sposób uzasadniał konieczność podjęcia swojej misji. Dowodził mianowicie, że po przewrocie hitlerowskim międzynarodowy tajny rząd żydowski przeniósł się z Wiednia do Krakowa, czego koronnym dowodem miało być objęcie prezydentury miasta przez przechrztę Mieczysława Kaplickiego (Kappelnera).

Organizator najazdu na Myślenice nie dorównuje sławą światowym luminarzom. Trwale zapisał się jednak w dziejach tej miejscowości, miał tu nawet kiedyś swoją ulicę. W 1940 hitlerowski landrat zapytał, kim był Kazimierz Wielki, patron głównej arterii miasta. Powiedziano mu, że to król, który otaczał opieką Żydów. A kiedy urzędnik zadał pytanie, czy ktoś tu kiedyś z Żydami walczył, usłyszał nazwisko Doboszyńskiego. I tak za okupacji Doboszyński dostał swą ulicę w Myślenicach...

Naszym krakowskim wyczynom daleko także i do tego, co działo się kiedyś za oceanem. Tam faceci w trakcie odsiadki mieli okazję stawać się nawet bohaterami historii powszechnej. Najsławniejszy z Sycylijczyków, Lucky Luciano, za wszystkie swoje przewinienia (napady, rozboje, stręczycielstwo, handel szkocką whisky i rumem z Karaibów w latach prohibicji) skazany został najpierw na 500 lat więzienia. Ale niedługo potem uznano go za patriotę i z honorami wypuszczono na wolność. Kiedy w lipcu 1943 Amerykanie wysadzali desant na Sycylii, wskazani przez tego bossa członkowie nowojorskiej mafii przewiezieni zostali na wyspę. Tam skontaktowali się ze swoimi i pospieszyli wojsku z pomocą, zmniejszając swe straty, niektóre oddziały nie miały nawet okazji na swej drodze napotkać Niemców. Mafia tak obrosła potem w piórka, że zapragnęła Sycylię oderwać od Włoch i przekształcić ją w kolejny (wtedy 49.) stan USA. Do tego nie doszło, ale Lucky Luciano odzyskał wolność „za znaczący wkład w wysiłek wojenny kraju”.

A już na koniec poważnie. Jakubowski, sumienny dokumentalista, niezmordowany tropiciel najdrobniejszych szczegółów, pasjonat swojskich klimatów, odsłonił w swojej najnowszej książce jeszcze jedno oblicze Krakowa. A chyba dobrze, że w tej dziedzinie nie przewodzimy światu. Bo są jeszcze inne mroczne obszary, w których jesteśmy w ścisłej czołówce i współzawodniczymy z takimi globalnymi metropoliami jak Pekin, Szanghaj czy New Delhi. Czy ktoś napisze książkę o smogu?

 

Mieczysław Czuma

Tekst z lutowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl