Email

Krakowskie psy: charcik Dżimuś – ulubieniec dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej, prof. Karola Estreichera starszego, mopsiczka Gypsia księżnej Wandy z Ossolińskich Jabłonowskiej, bokserka Farsa Kernówna Ludwika Jerzego Kerna, Fafik redaktora naczelnego „Przekroju” Mariana Eilego (pies miał niemalże etat w redakcji), psy Radża, Dick, Pegaz, Bartek i Proton Stanisława Lema, czy wreszcie znany z ronda Grunwaldzkiego najwierniejszy z wiernych pies Dżok, który doczekał się pomnika pod Wawelem. One i nieco mniej liczne, choć nie mniej ważniejsze krakowskie koty – Miczura malarki i rzeźbiarki Marii Jaremy, Pajdek grafika Daniela Mroza, Mizia Kornela Filipowicza i Wisławy Szymborskiej – to bohaterowie wystawy Jak pies z kotem przygotowanej przez Joannę Gellner i Bożenę Sobucką, a prezentowanej w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa przez kilka miesięcy 2016 r. Ci i inni ulubieńcy krakowian zostali uwiecznieni na fotografiach, obrazach, w dziełach literackich, w pamiętnikach z epoki. Mimo że chodzili na czterech łapach, a czasem i swoimi ścieżkami, stawali się coraz mniej „gadziną”, a coraz bardziej członkami rodziny.

Pomysł na wystawę zrodził się spontanicznie, bo dla obu kuratorek było oczywiste, że skoro niemal połowa Polaków posiada w swoim domu psa lub kota, to trzeba ten fakt skomentować wystawą. Ekspozycja cieszyła się dużym powodzeniem. Odwiedziło ją 5830 osób, wiele z nich wypełniło i pozostawiło specjalne formularze informując o swoich kotach, psach i innych ulubieńcach domowych. Być może będzie to materiał do wystawy za kilkadziesiąt lat. Czy jednak faktycznie są duże różnice w okazywaniu miłości swoim czworonożnym przyjaciołom przez dzisiejszych i dawniejszych krakowian?

Dżimuś Estreichera chodził ze swoim panem do pracy, do teatru i na spotkania towarzyskie. Antonina Domańska [o autorce Historii żółtej ciżemki piszemy na str. 54-58 - red.], bardzo bystra obserwatorka Krakowa z początków XX wieku, pisała o jednej z takich wizyt: „Pan Dyrektor odwiedził nas w towarzystwie swego nierozłącznego Dżimusia. Cóż było robić! Sadowię dostojnego gościa w fotelu, a tu – imaginuj sobie – psiak zajmuje sąsiedni. Przybiera najwygodniejszą, nie przeczę, nad wyraz wdzięczną pozę, a mnie aż się serce ściska. Fotele z dawnych czasów, dziadków moich jeszcze pamiętające, zawsze u mnie w wielkim poszanowaniu”. Mało tego! Na siadania na zadbanym fotelu się nie skończyło: „Dyrektor tortem, piankami etc. z psiakiem się dzieli. Kruszy widelczykiem kawalątka i podsuwa mu pod pyszczek. Część wpada do gardziołka, część opada na brokat”. Biedny fotel…

Inny pies pozostał na zawsze w miejscu, gdzie mieszkał. Suczka Gypsia zmarła w 1889 r., jej ciało zostało zmumifikowane i zamurowane w drewnianej trumience w jednej ze ścian w piwnicy Pałacu Potockich przy Rynku Głównym 20 (obecnej siedzibie Goethe- Institut). Księżna przygotowała przy tej okazji wyjaśnienie dla tych, którzy po latach odnajdą tajemniczą skrzyneczkę. I faktycznie, 102 lata później, w 1991 r. trumienkę odnaleźli renowatorzy. Dzięki zapobiegliwości arystokratki znaleźli wraz z nią pergamin z napisem: „Tu spoczywa Gypsia Mopsiczka, ukochana przyjaciółka księżnej z hrabiów Ossolińskich Wandy Jabłonowskiej i panny Walerii z Littich”. Decyzja księżnej sprzed ponad wieku została uszanowana, po remoncie mopsiczka została wmurowana z powrotem w ścianę, a na zewnątrz pojawiła się tablica pamiątkowa.

Fafik Mariana Eilego był według określenia właściciela „niemal irlandzkim terierem”, choć jego kolor był trudny do ustalenia, bo Eile uważał, że kąpiele psom szkodzą. Obserwatorzy stwierdzali, że maść ulubieńca redaktora naczelnego to kolor kawy z mlekiem. Pies został członkiem zespołu redakcyjnego – od 1951 r. Eile prowadził w „Przekroju” rubrykę Myśli ludzi wielkich, średnich oraz psa Fafika, gdzie pojawiały się sentencje typu: „Nie wierz cudzym słowom. Wierz swojemu węchowi”. Nic dziwnego, że czytelnikom zdarzało się nawet pisać listy bezpośrednio do redaktora Fafika. Psi dziennikarz trafił też do literatury, bo Konstanty Ildefons Gałczyński uwiecznił go w skeczu Fafik i świętojańskie robaczki.

W latach 90. XX w. krakowian wzruszyła historia „wilczurowatego owczarka” Dżoka, który przez kilka miesięcy błąkał się między samochodami na rondzie Grunwaldzkim. Przypuszcza się, że czekał tam na swojego opiekuna, którego z tych okolic zabrała karetka pogotowia. Pies zjadał przynoszone mu pożywienie, ale długo nie dawał się nikomu złapać. W końcu zaufał Marii Müller, która go regularnie dożywiała, i poszedł z nią do jej domu. Gdy i ona zmarła 6 lat później, Dżok trafił do psiego hotelu, skąd jednak uciekł i zginął pod kołami pociągu w Borku Fałęckim. Niektórzy uważają, że popełnił samobójstwo. Historia tego najwierniejszego z wiernych psa wzruszyła krakowian i pomysł postawienia mu pomnika, podnoszony m.in. przez Dorotę Terakowską, spotkał się z powszechną aprobatą. Jednak nie u wszystkich decydentów. Bo o ile mogli oni znosić przemarsze jamników czy pomysły budowy psich wybiegów, to postawienie pomnika psu wzbudzało u nich opór. Wylewali iście krokodyle łzy, mówiąc, że pomnik może zasłonić widok na Wawel, a niektórzy ówcześni prawicowi radni miejscy twierdzili wręcz, że nie należy stawiać pomnika zwierzętom, bo jak postawi się pomnik psu, to można postawić i pomnik „parzącym się krowom”. Ostatecznie miłośnicy zwierząt wzięli górę i Rada Miasta Krakowa wydała monumentowi decyzję pozytywną, a pomnik wyrzeźbiony przez Bronisława Chromego odsłonięto w 2001 r.

Tymczasem koty, zwłaszcza pomiędzy okresem kultu w starożytnym Egipcie a epoką popularności w czasach Facebooka, miały zdecydowanie gorzej. Zrobiło się o nich głośniej w Krakowie po śmierci poetki Wisławy Szymborskiej, gdy prasa przypomniała jej wiersz Kot w pustym mieszkaniu, zaczynający się słowami „Umrzeć – tego nie robi się kotu”. Generalnie, zawsze były trochę na uboczu i jakby schowane przed ludzkim wzrokiem, nie chodziły na spacery na smyczach, starały się raczej nie rzucać w oczy. Z drugiej strony koty są ważnymi lokatorami najważniejszych miejsc na świecie – Białego Domu w Waszyngtonie i siedziby premiera Zjednoczonego Królestwa przy Downing Street w Londynie, miłośnikiem kotów był Honorowy Obywatel Miasta Krakowa prezydent USA Ronald Reagan. O kotach wielu krakowian, którzy zapisali się w historii miasta, zapomniano lub nawet nie wiedziano.

Może jednak to koty są same sobie winne? Przecież opis kota z 1870 r. autorstwa Eugeniusza Janoty w wydanej w Krakowie książce Obrazki z życia zwierząt. Ks. 1: Koza swojska, kot domowy, nieco o psach odnosi się także do futrzastych z XXI wieku: „Kot jest zwierzęciem nadzwyczajnie chędogiem i czystem, wielce ruchliwem i bardzo zwinnem. Liże się i czyści bezustannie od głowy aż do końca ogona. Po miejscach mokrych i błotnistych idzie powoli i ostrożnie, aby sobie łapki jak najmniej powalać i zamoczyć. (…) Chodzi krokiem odmierzonym, bardzo cicho i dla człowieka zupełnie niesłyszalnie. Pazury ma zakrzywione i ostre jak igły. (…) Bieży skacząc, korzysta rozsądnie z każdej kryjówki, jednym susem wskoczy ośm stóp wysoko, spina się łatwo po drzewach i szorstkich murach, utrzyma się łatwo na wąskich krawędziach i cienkich gałęziach. (…) Jeżeli skąd spadnie, odwraca się szybko i upada zawsze na nogi. (…) Idąc rusza często końcem ogona. Jest to znak, że żywo myśli. (…) Broni się odważnie (…). Na łajanie nic zwykle nie zważa. Zmysłu towarzyskiego ma w ogóle mało”. Choć temu ostatniemu zaprzeczają wszyscy miłośnicy kotów, a same koty opanowały dziś Facebooka, to jednak zdecydowanie trudniej je chociażby policzyć. W przeciwieństwie do psów, wiele krakowskich kotów żyje wolno, ze wszystkimi tego plusami i licznymi minusami, zwłaszcza w zimie.

Tylko niektóre mają szczęście przeżyć między ruchliwymi ulicami, nieotwieranymi lub zakratowanymi okienkami piwnic i nieprzyjaznymi ludźmi, bo i takich nie brakuje. Warto jednak dodać, że Muzeum Historyczne Miasta Krakowa ma na „etacie” dwa koty – Włodka mieszkającego w Domu Zwierzynieckim (imię otrzymał na pamiątkę Włodzimierza Iljicza Lenina) i Hipolita mieszkającego w Kamienicy Hipolitów. Bezetatowcem jest czarno-biały kot często widywany w fosie lub w okienkach Barbakanu. Koty są także „pracownikami” lub przynajmniej „stałymi gośćmi” Muzeum Archeologicznego w Krakowie. Te, wcześniej bezpańskie, mogą liczyć na ciepło w zimie, wodę i jedzenie oraz opiekę medyczną, którą zapewniają im szacowne samorządowe instytucje.

 

Koty były i są zwolnione od opłat fiskalnych, czego nie uniknęły psy. Podatek od psa wprowadzono w Krakowie 1 maja 1858 r. Wynosił 2 zł reńskie, potem go zniesiono, ale wkrótce wprowadzono ponownie, podnosząc go w 1877 r. do 4 zł reńskich (równowartość 2 kg bardzo dobrych cukierków – jak przeliczyły kuratorki wystawy). Dotyczył psów salonowych, bo psy pracujące, czyli stróżujące, były z niego zwolnione. Dowodem uiszczenia opłaty była tzw. marka, czyli metalowy znaczek ewidencyjny przyczepiany do obroży. Oczywiście, chęć oszczędności bywała przyczyną kradzieży psich znaczków przez andrusów i powtórnej ich sprzedaży. Zwłaszcza tym, którzy chcieli zaoszczędzić na podatku. Z powodów fiskalnych zdarzało się także niestety, że psy były porzucane przez swoich właścicieli.

Ograniczano też psią swobodę. W 1884 r. pojawiło się rozporządzenie magistrackie, mówiące, że psy na Plantach mają chodzić na smyczy. Brak smyczy oznaczał grzywnę dla posiadacza czworonoga. Dodatkowo, puszczając psa luzem, ryzykowano jego ucieczkę lub złapanie przez miejskiego hycla. Wspomniany Dżimuś doświadczył takiej przygody, już po śmierci swojego pana. Synowa zmarłego, aby odzyskać psa, przeprowadziła szybką akcję ratunkową, uzyskując w tym celu audiencję u prezydenta Juliusza Lea, wiceprezydenta Józefa Sarego i paru miejskich urzędników. Hycel psa oczywiście oddał, ale warunki i towarzystwo chyba przypadły charcikowi do gustu, bo jak zapamiętał wnuk profesora Karol Estreicher młodszy, który jako dziecko też brał udział w akcji: „Dżimuś nie chciał wyjść ze swego więzienia i nawet pokazał zęby ze złości, kiedy go stamtąd wyciągano”.

 

(...)

 

Całość artykułu w styczniowym numerze „Krakowa”
do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl