„Sny to są takie, Ekscelencjo, że jeśli dłużej myśl przy nich zatrzymać raczysz, spojrzawszy na rzeczy moimi oczyma, uwierzysz, że takimi są, jakimi je piszę”.

Francisco de Quevedo, Sny. Godzina dla każdego.

 

Kiedy w dłoni jednej z pań zamieszkujących pomost w swego rodzaju porcie dla małych statków Walter Benjamin zobaczył kartkę zaczernioną jego pismem obrazkowym, samego siebie zdumiewając, znienacka wyrecytował zdanie godne cudów prozy Gabriela Garcíi Márqueza: „Chodziłoby o zrobienie z wiersza apaszki”. Na co kobieta leżąca w łóżku na pomoście równie nagle uniosła kołdrę, ukazując swoje ciało na prześcieradle pokrytym obrazkowym pismem Benjamina. I to już wszystko. Kurtyna. Właściwiej byłoby rzec: kurtyna jawy. A wcześniej jest krótka wędrówka. Benjamin i doktor Dausse idą przez krajobrazy jak przez szereg pokoi. W nieokreślonej przestrzeni liczne towarzystwo osób o twarzach niemożliwych do zapamiętania. Wykopy pełne legowisk w formie miękkich sarkofagów, zasłanych mchem i bluszczem. Ścieżka przez las, blisko drzew, których pnie i gałęzie czarodziejsko układają się w teatralną dekorację udającą nadbudowę statku. Wreszcie widok, który już znamy: port, mały pomost, zamieszkany przez kobiety życia doktora Daussego, dwie sceny z obrazkowym pismem. Koniec. Przebudzenie. Portretem największego marzenia pisarza – oto jego rękopis zupełnie bezpieczny jako prześcieradło pod skórą piękności, skórą pochłoniętą czytaniem – kończy się sen Waltera Benjamina. Bo to był sen.

Był to sen? Naprawdę? Ostrożniej więc: to był, jest zapis jego snu albo jego, jak je nazwie, Marzenia snutego przezeń, a raczej marzenia, które mu się snuło w nocy z 11 na 12 października roku 1939, zapis w formie listu wysłanego znacznie później do Gretel Adorno. Zapis? Kalka tego, co wcześniej zaistniało? Naprawdę? List jest w tomie Waltera Benjamina Sny (Wydawnictwo Aletheia, 2017 rok). „Po tym śnie nie mogłem zasnąć przez wiele godzin. Ze szczęścia. Piszę do ciebie, aby podzielić się z tobą tymi godzinami”, powiada Benjamin w finale. Pięknie, lecz o jakie godziny właściwie chodzi, o godziny strawione – na czym? Na śnieniu? Na zapisywaniu snu? A może na pisaniu, tworzeniu, wymyślaniu, po prostu na śnieniu na jawie dnia, śnieniu nocnego snu, którego nie było? Jaka jest prawda? Te pytania nie tylko nad opowieścią o wędrowaniu, skórze i rękopisach falują. One falują nad całym tomem Benjamina.

W pierwszej części – zapisy nocnych rojeń zebrane z wielu dzieł Benjamina. Z Księgi snów, Ulicy jednokierunkowej, Kroniki berlińskiej, Berlińskiego dzieciństwa. Do tego kilka Autoportretów śniącego oraz Pojedyncze sny z lat 1929–39. W przeróżne smaki, przeróżne odcienie, przeróżne kształty układają się w tej części słowa. Są drobiny niczym epifanie i są opowieści dłuższe. Pogodne sny stoją obok wizji ciemnych, apokaliptycznych. Delikatne obrazy seksualności tkwią w cieniu seksualności sportretowanej wręcz drastycznie. Wielką wagę ma czule wypieszczony szczegół, tak kolorystyczny, jak dźwiękowy. Wreszcie miejsca: rojenia się roją w pokojach, w szkolnych klasach, na ulicach miast wielkich albo w nieuchwytnej przestrzeni, jak w pierwszych taktach snu, który kończy się widokiem kobiecej skóry czytającej obrazkowy rękopis. Jaka jest prawda istnienia tego wszystkiego? Było to wcześniej, przed opowieściami o tym? Obrazy majaczyły, zanim przyszły słowa, które złowiły i unieruchomiły obrazy?

Cześć druga, O postrzeganiu Snu, to teoria onirycznych blasków części pierwszej. I jak pierwsza – też jest zbiorem Benjamina teoretycznych namysłów, tez, polemik rozrzuconych po wielu dziełach, na czele z przepastnymi, liczącymi ponad 1000 stronic, niedokończonymi Pasażami. I jak w pierwszej, tak i tutaj – co dobrze dostrzegł autor posłowia Burkhardt Lindner – czytanie winno polegać tyleż na czytaniu jak Pan Bóg przykazał, czyli lekturze pilnej, po kolei, od zdania do zdania, od początku do końca, co na błąkaniu się na chybił trafił generującym smakowite niespodzianki, na szczypaniu akapitów, na wędrowaniu bez planu po labiryncie ulepionym z fragmentów, z uwag Benjamina o Freudzie, Prouście, przestrzeniach, przebudzeniach, maskach lub pamięci i zapominaniu. Z tego mrowia wybieram kwestie dwie: sen jako zaszyfrowana przepowiednia przyszłości i sen jako zaszyfrowany klucz do odczytania wstydliwych, głęboko skrytych prawd o tym, który śni. Otóż Benjamin nie ufał żadnej z tych koncepcji. Nie ufał myślicielom traktującym sny instrumentalnie, głoszącym, że sny śnią się nam po coś, a nie po to tylko, by śnić się, zostawiając po sobie w śniącym smugi niepokoju, zdumienia, też zachwytu, co razem wzięte pozwala inaczej spojrzeć na jawę, na rzeczywistość, pozwala wyczuć pod jej oswojoną, bezproblemową powierzchnią wiele pokładów dotąd niewyczuwalnej nieoczywistości. Jawa i sen, realność i iluzja, oczywistość dnia i zagadkowość nocy. O falowaniu tych odwiecznych tandemów i o naszym o nich filozofowaniu Benjamin powiada tak: „Nie posuwa nas naprzód patetyczne ani fanatyczne podkreślanie zagadkowej strony tego, co zagadkowe; raczej przenikamy tajemnicę tylko w stopniu, w jakim znajdujemy ją w życiu codziennym, mocą pewnej dialektycznej optyki, która poznaje powszedniość jako nieprzeniknioną, a nieprzeniknione jako powszedniość”. W Stu latach samotności, w noc po śmierci Joségo Arcadia Buendíi pada deszcz maleńkich żółtych kwiatów, pokrywając całe Macondo grubym dywanem. Tak, trzeba mieć oko Márqueza, by nieprzeniknioność tego sennego zdarzenia podać tak, jakby szło o zwyczajny, powszedni, zupełnie realny, mokry deszcz.

Zanim spadnie deszcz maleńkich żółtych kwiatów – jest śmierć starego Joségo Arcadia Buendíi. Śmierć we śnie, w którym starzec śni wędrówkę przez amfiladę pokoi. Kiedy wiele lat wcześniej zabił Prudencio Aguilara w pojedynku o honor – zaczęła się ich wieczna przyjaźń. Prudencio, „obrócony w proch w głębokich mrokach śmierci”, przychodził do starca dwa razy dziennie. Mył go, karmił, przynosił wieści o żywych. Rozmawiali o kogutach. Marzyli o hodowaniu tych wojowniczych ptaków, lecz nie dla zwycięstw w kogucich walkach, „ale by mieć czym się zabawiać w nudne niedziele śmierci”. Gdy Prudencio Aguilara odchodził – starzec śnił, lubił śnić, że wstaje z łóżka i idzie przez nieskończony szereg pokoi bliźniaczo podobnych do tego, w którym zasnął. „Lubił przechodzić z pokoju do pokoju niby galerią luster, do chwili gdy Prudencio Aguilar dotykał jego ramienia. Wtedy budził się i wracał z pokoju do pokoju, przebiegając drogę powrotną, i znajdował Prudencia Aguilar w pokoju rzeczywistości”. Ale pewnej nocy dłoń dawno temu obróconego w proch przyjaciela okazała się bezradna. „Prudencio Aguilar dotknął jego ramienia w którymś pokoju przejściowym, a on pozostał tam na zawsze, myśląc, że to pokój rzeczywistości”. Najbliżsi próbowali obudzić starca – szarpali go, krzyczeli do niego, przykładali mu lusterko do warg – lecz wszystko na próżno. Pozostało im pogodzić się z nieprzeniknioną tajemnicą nocnego deszczu maleńkich żółtych kwiatów, wziąć go za deszcz zwyczajny, mokry, jakich wiele.

Jaka jest prawda o istnieniu tego widmowego portretu umierania we śnie? Czy zamajaczył niemo w głowie śniącego Márqueza, zanim na jawie przyszły do Márqueza słowa? A może portret zaistniał tylko dlatego, że słowa przyszły i ułożyły się w portret, którego nie było przed słowami, który jest tylko w słowach?

Istnieje inne, prostsze pytanie. Trwa piękna Waltera Benjamina opowieść o sennej wędrówce przez amfiladę widoków jak pokoje i o rękopisie czytanym przez ciało obudzonej piękności. Trwa hipnotyczna Márqueza opowieść o sennej wędrówce przez amfiladę sypialni i o chwili śmierci w środku snu o sennej wędrówce przez amfiladę sypialni. W gruncie rzeczy – jakie ma znaczenie, czy opowieści te są snami spisanymi, czy snami napisanymi? Nie ma żadnego. Są słowa, nieomylnie ułożone. I tyle wystarcza, by poznać powszedniość jako nieprzeniknioną, a nieprzeniknione jako powszedniość.

 

Paweł Głowacki

 

Tekst z majowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl