Fala dobrej zmiany wzbiera w całym kraju. Rozmaici aktywiści ruszyli na łowy na czerwonych patronów ulic. Ba, próbuje się nawet aktywizować młodzież – znajdź komunistycznego patrona ulicy i zaproponuj za niego inną, godną osobę, miejsce lub wydarzenie, to będziesz mógł jechać na posiedzenie parlamentu dzieci i młodzieży – zachęcało kilka państwowych instytucji młodzież licealną. Wyjazd do Sejmu na tegoroczny Dzień Dziecka mógł być atrakcją dla młodzieży w całym kraju, więc organizatorzy, czyli Kancelaria Sejmu, Ministerstwo Edukacji Narodowej, Instytutu Pamięci Narodowej i Ośrodek Rozwoju Edukacji, liczyli zapewne na sukces organizacyjny.

Sama idea nie jest oczywiście najgorsza, a sporo zrobiono pod tym względem w Polsce już na początku lat 90. XX wieku. Wówczas odrodzony samorząd sam z siebie przywracał dawne nazwy ulic i likwidował tabliczki z nazwami na cześć Włodzimierza Lenina, Feliksa Dzierżyńskiego, Iwana Koniewa, Marcelego Nowotki, Pawła Findera czy lokalnych działaczy komunistycznych. Ze ścian odkręcano tablice, z placów wywożono pomniki, z gabinetów wynoszono popiersia i portrety. Okazuje się jednak, że wielu bohaterów PRL tę czystkę przetrwało. Nie tylko na Ziemiach Odzyskanych, gdzie powrót do poprzednich nazw oznaczałby najczęściej nazwy niemieckie. Co jakiś czas pojawiały się głosy, aby zmienić nazwę ocalałym np. osiedlom iluś-tam-lecia PRL, ulicom Zygmunta Berlinga, Karola Świerczewskiego czy poświęcone innym, mniej znanym bohaterom minionego systemu.

Szczytna idea a przyziemne koszty

Hamulcowymi okazywali się mieszkańcy i przedsiębiorcy. Trudno im się zresztą dziwić. Protestowali nie dlatego, że tak bardzo umiłowali „komunę” czy osoby z nazw adresowych, ale z przyziemnego i prozaicznego powodu – tego, że koszty zmian tradycyjnie planowano przerzucić na nich. Taka zmiana nazwy ulicy oznacza przecież konieczność wymiany dokumentów, dowodów, umów z dostarczycielami np. prądu, ciepła, wody, internetu, gazu, odbioru śmieci, świadczenia usług telekomunikacyjnych, telewizji, a także zmian w dokumentach w zakładach pracy, ubezpieczalniach. Jeśli ktoś prowadzi pod takim zmienianym adresem działalność gospodarczą, to dochodziło jeszcze poinformowanie kontrahentów o tym, że zmieniło się adres bez ruszania się z miejsca, co było potrzebne np. do danych na fakturach, a do tego zmiany wpisów w rejestrach, być może aneksy do umów, a już na pewno adresów korespondencyjnych na folderach reklamowych, pieczątkach czy wizytówkach. Koszty nowych tabliczek na płotach i elewacjach nie były przy tym aż tak wielkie.

Nawet ci, którzy nie ponieśliby wielkich wydatków, pewnie na długo zapamiętaliby kolędowanie do urzędów i firm, celem dokonania formalności. Tymczasem czerwoni patroni, zwłaszcza lokalni, o których nie było szerzej wiadomo, kto zacz, wrośli w krajobraz, a mieszkańcy przyzwyczaili się do nich. W oczy kłuły jedynie nazwiska prominentnych przedstawicieli dawnego systemu.

Od razu trzeba jasno przyznać, że w Krakowie sytuacja jest zdecydowanie lepsza niż w wielu miejscach kraju. Może nie tak idealna jak np. w podkrakowskich Proszowicach, które IPN mógłby dawać jako dobry przykład miasta, gdzie komunizm nie jest propagowany w przestrzeni publicznej i które tegorocznej dekomunizacji nie doświadczą. Już na początku lat 90. XX wieku zdekomunizowano wszystko, co można było, profilaktycznie zmieniając nawet nazwę głównej ulicy z 1 na 3 Maja. W Krakowie do usunięcia przewidziano jedynie 6 spośród ok. 2900 nazw ulic, alei, mostów i osiedli (niespełna 2 promile ogółu nazw). Jak policzyła „Gazeta Wyborcza” – w Poznaniu sprawa dotyczy też 6 nazw, w Szczecinie, Bydgoszczy, czy w Gorzowie Wielkopolskim – po 10, a w Warszawie - 30 ulic. W dużych miastach komunistyczne nazewnictwo stanowi wyraźną mniejszość, liczoną raczej w promilach, i jest rzadko dostrzegane na co dzień.

W Krakowie sytuacja jest zdecydowanie lepsza niż w wielu miejscach kraju. Może nie tak idealna jak np. w podkrakowskich Proszowicach, ale do zmiany przewidziano tylko sześć nazw.

Co ciekawe, dopiero teraz tak na dobrą sprawę wyszło, w jak wielu miejscach kraju nadal straszą z tabliczek ulicznych wciąż aktualne adresy iluś-tam-lecia PRL, Karola Świerczewskiego, oskarżanego nie tylko o wysługiwanie się NKWD, ale o karygodne i krwawe błędy chociażby w trakcie bitwy pod Budziszynem w kwietniu i maju 1945 r., czy Zygmunta Berlinga. Te relikty przeszłości przeważają w mniejszych miejscowościach, gdzie zaniechano działań na początku lat 90. Uchował się nawet bezdyskusyjnie nadający się do pozbawienia honorów Feliks Dzierżyński, który nadal spokojnie patronuje ulicy we wsi Wójcin w powiecie wieruszowskim na pograniczu województw łódzkiego i opolskiego.

Prawdziwym problemem drugiej fali dekomunizacji, dotyczącym i małych, i dużych miast, nie jest jednak obojętność mieszkańców w stosunku do patronów, którzy powinni zniknąć ćwierć wieku temu. Tym problemem jest iście rewolucyjny zapał, z którym odbywa się cała akcja. Działania są prawnie umocowane, jednak praktyka wygląda tak, jakby obowiązywała wolna amerykanka. Zmiany nazw są inicjowane lub wdrażane w wielu miejscach kraju z finezją podobną do tej, którą czasem prezentuje minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski, a konsultacje z mieszkańcami przypominają te, które prowadziła minister edukacji narodowej Anna Zalewska na temat reformy systemu nauczania w szkołach. I tylko żarliwość prowadzenia zmian jest rewolucyjna. Dekomunizacja pochłania ofiary, które sobie na swój los zasłużyły i te, które nie zasłużyły. Zaczęło wręcz funkcjonować określenie „patroni wyklęci”.

1400 złych patronów

Zanim ustawa powstała, Kraków był podawany przez Instytut Pamięci Narodowej jako przykład dobrze przeprowadzonej dekomunizacji. Ten proces zmiany nazw zaczął się nawet wcześniej, niż wrócił odrodzony samorząd. Jeszcze 26 września 1989 r. zlikwidowano ul. Bohaterów Stalingradu i przywrócono ul. Starowiślną, 4 stycznia 1990 r. – pożegnano Feliksa Dzierżyńskiego i przywrócono Juliusza Lea, a 20 czerwca 1990 r. – przywrócono nazwę pl. Wszystkich Świętych, usuwając też w sumie przyzwoitą Wiosnę Ludów. We wrześniu 1990 r. zmieniono 25 nazw, a w czerwcu 1991 r. – 133 nazwy. Część patronów wykorzystano ponownie. I tak np. aktor Ludwik Solski „oddał” nazwę ulicy poprzednikowi, św. Tomaszowi, a pisarz polityczny epoki renesansu Andrzej Frycz-Modrzewski – Aleksandrowi Lubomirskiemu. I Solskiemu, i Fryczowi znaleziono ulice na osiedlu Żabiniec. Podobnie przebiegały prace w innych miastach.

Gdy powstawała ustawa o dekomunizacji szacowano, że w kraju uchowało się nadal około 1400 nazw, które propagują komunizm. W ustawie chodzi o nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej – w tym dróg, ulic, mostów, placów, które nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny. Oczywiście, żaden samorząd w kraju nie posiada nazw propagujących nazizm, ale być może gdzieś na Ziemiach Odzyskanych są nazwy, które mogłyby propagować nacjonalizm pruski.

Chociaż ustawodawcy zapisali, że zmiany nie wpłyną na ważność dokumentów, póki te będą ważne, a zmiany dokonywane na mocy ustawy w księgach wieczystych, rejestrach, ewidencjach czy dokumentach urzędowych będą wolne od opłat, to szybko okazało się, jak bardzo i ta akcja z serii działań „dobrej zmiany” oraz „powstania z kolan” jest niedopracowana. Brakło mianowicie informacji kogo i co konkretnie należy zmienić. A skoro kryteria pozostały w gestii samorządu, rozpoczęło się poszukiwanie ofiar.

Komuniści prawdziwi, komuniści pozorni i Dworcow

Sprawa stała się głośna w Krakowie, gdy jeden z PiS-owskich radnych miejskich na początku roku w interpelacji skierowanej do prezydenta miasta wskazał nazwy 12 ulic, które jego zdaniem spełniały przesłanki do zmiany. Siedem z nich miało wprost gloryfikować działaczy komunistycznych, członków Komunistycznej Partii Polski, działaczy komunistycznych formacji wojskowych, żołnierzy Armii Czerwonej czy zwolenników filozofii marksistowskiej. Są nimi: poeta Lucjan Szenwald i pracownik młynów Franciszek Kajto (Rakowice), działacz i poeta Emil Dziedzic (Prądnik Czerwony), robotnik i działacz młodzieżowy Janek Szumiec (Swoszowice), nauczyciel i partyzant Jan Szwaja (os. Europejskie), działacz młodzieżowy Józef Marcik (Łagiewniki) i pedagog Władysław Spasowski (Piasek), którego ulica krzyżuje się z Łobzowską. Pięć kolejnych nazw miało być „również blisko związanych z panującym nie tak dawno w Polsce systemem komunistycznym”. Radny zaliczył do nich ulice: Bohaterów Wietnamu, Kościuszkowców, Braterstwa Broni, Czechosłowacką i Komuny Paryskiej.

Dodatkowo radny wyodrębnił dwie kategorie „do przedyskutowania”: pisarzy, którzy poparli stalinowskie represje wobec księży katolickich, oraz „patroni ulic tzw. »kontrowersyjni«, w których biografii znalazły się różne trudne do zaakceptowania poglądy, decyzje lub zachowania”. Do nagannych pisarzy zaliczył: Karola Bunscha, Jana Kurczaba, Hannę Mortkowicz-Olczak, Stefana Otwinowskiego, Juliana Przybosia, Macieja Słomczyńskiego, Tadeusza Śliwiaka i Jalu Kurka (jako patrona parku), a do kontrowersyjnych patronów: Lwa Landaua, Kiejstuta Żemajtisa, Leona Chwistka, Zygmunta Młynarskiego, Bolesława Roję, Maksyma Rylskiego, Władysława Broniewskiego i ul. Mrozową, której nazwa zdaniem radnego pochodzi od Pawlika Morozowa.

Zmiany nazw w wielu miejscach kraju są inicjowane z finezją podobną do tej, którą czasem prezentuje minister Witold Waszczykowski, a konsultacje z mieszkańcami przypominają te, które prowadziła minister Anna Zalewska na temat reformy systemu nauczania.

Propozycje wzbudziły dyskusje. Kim bowiem byli „Bohaterowie Wietnamu”? Tymi, którzy sprzyjali komunistom z północy? A może tymi, którzy bronili demokratycznej republiki z południa, może nawet amerykańskimi lub australijskimi żołnierzami walczącymi w tej wojnie? Młodzież z tej części Krakowa – osiedla Olsza II w Dzielnicy III Prądnik Czerwony – nie miała wątpliwości i dopisywała w latach 80. przy tabliczkach na blokach „ul. Johna Rambo”. Czy „Kościuszkowcy” byli żołnierzami „gorszego sortu”? Przecież spora część z nich po prostu nie zdążyła do armii gen. Władysława Andersa, poszli więc do polskiego obozu rekrutacyjnego w Sielcach nad Oką, walczyli pod polskimi sztandarami, z polskimi orłami na hełmach i czapkach, a w oddziałach mieli kapelanów. Czy jest lepsza i gorsza krew żołnierska przelewana w walkach z wrogiem? Czy nazwa „Czechosłowacja” sławi komunizm? Przecież kraj o takiej nazwie powstał w 1918 r. i w okresie międzywojennym był najdłużej funkcjonującą demokracją w naszej części Europy. Czy „Braterstwo Broni” jest czymś nagannym? Przecież z reguły występuje się z sojusznikami. Albo czy Komuna Paryska sławi na pewno komunizm i bolszewizm? Czy też nieukom nazwa może sugerować, że komuna = komunizm?

Podniosły się też głosy w obronie innych wskazanych do zmiany. Zauważono, że przecież Bolesław Roja był bohaterem legionowym, wziął udział wyzwalaniu Krakowa 31 października 1918 r., potem zginął w hitlerowskim obozie koncentracyjnym. Zaś Władysław Broniewski oprócz tego, że miał poglądy lewicowe, a w pewnym momencie zbliżył się do partii komunistycznej, to wcześniej stanął do walki o niepodległą jako żołnierz Legionów Polskich i w wojnie 1920 r. został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari i czterokrotnie Krzyżem Walecznych. Powszechnie znany jest też z wiersza Bagnet na broń, któremu nie sposób odmówić gorącego patriotyzmu. Trochę mniej z faktu, że odmówił komunistycznym władcom Polski napisania nowego hymnu. Odmowa miała miejsce w takich czasach, gdy bezpieczniej było nie odmawiać. Oczywiście, jak to ludzie, wszyscy wymienieni mieli swoje wady czy robili rzeczy, z których potem nie byli dumni – ale i ich zasługi były niepodważalne.

Samorządowcy toruńscy przez dziewięć miesięcy czekali na odpowiedź tamtejszego IPN dotyczącą Wincentego Pstrowskiego. W swoim piśmie pytali o związek tego przodownika pracy z reżimem totalitarnym.

Ostatecznie jednak ogólnopolską sławę zdobył inny krakowski radny miejski z PiS, jednocześnie pracownik naukowy IPN, który zażądał zmiany nazwy ulicy Dworcowej. Pozornie pospolita i niewinna nazwa – jego zdaniem – sławi radzieckiego komunistycznego pisarza Nikołaja Dworcowa. Płaszowską ul. Dworcową przed dekomunizacją uratował jedynie fakt, że rzeczywiście prowadzi do dworca kolejowego w Krakowie-Płaszowie i nadano ją jeszcze przed wojną. A gdyby nadano ją w latach np. 60. XX w.?

Mimo licznie krążących memów internetowych, których autorzy docenili dociekliwość krakowskiego radnego, trzeba jasno i uczciwie powiedzieć, że Kraków nie daje jednak dużo powodów do krytyki. Ostatecznie do zmiany władze miasta wskazały sześć nazw – spośród „prawie-pewnej-do-usunięcia” siódemki uratował się Spasowski. Dodatkowo władze Krakowa stanęły na stanowisku, że można zdekomunizować nazwy, które jednoznacznie promują komunizm. Zaś takie, „które odwołują się do niedookreślonych patronów lub nie ma jednoznacznych danych dotyczących genezy danej nazwy, nie mogą być kwalifikowane jako nazwy propagujące lub symbolizujące ustrój totalitarny” pisała wiceprezydent Elżbieta Koterba. Uratowała tym samym Bohaterów Wietnamu, Braterstwo Broni czy Czechosłowacką.

O tym, że nie musimy się wstydzić prowadzonej w Krakowie dekomunizacji, świadczy fakt, że nikt nie żądał dekomunizacji al. Ignacego Daszyńskiego, ulic Bolesława Limanowskiego, Stefana Okrzei czy Anieli Krzywoń. Niestety, w skali kraju wygląda to często zupełnie inaczej.

Patroni niesłusznie wyklęci

Warto więc przypomnieć, że często uznawani za piewców komunizmu ludzie byli takimi samym ofiarami komunizmu jak czerwony sztandar i święto pracy. Symbole te wymyślone zostały przez socjalistów, a wykorzystane przez komunistów. Wielu obecnych dekomunizatorów nabiera się potem na ten prosty schemat – jeśli ktoś walczył o prawa robotnicze, poprawę warunków socjalnych, to znaczy, że był komunistą, czyli że należy mu się miejsce na śmietniku historii.

Ale przecież Stefan Okrzeja, który został powieszony w 1905 r. na stokach cytadeli warszawskiej za działalność niepodległościową, był symbolem oporu przeciwko caratowi. W czasach zaborów środowiska patriotyczne uroczyście obchodziły rocznicę jego śmierci, śpiewano o nim pieśni i kolportowano ulotki z jego wizerunkiem. W niepodległej już II Rzeczypospolitej, w 1930 r. prezydent Ignacy Mościcki uhonorował go pośmiertnie Krzyżem Niepodległości z Mieczami i Orderem Odrodzenia Polski. W Krakowie jego ulica znajduje się w Borku Fałęckim. I nikt nie podnosi na nią ręki. Ale już w takiej Bogatyni, w pobliżu styku granic Polski, Czech i Niemiec, Okrzeja wzbudza podejrzliwość.

Ludwik Waryński kojarzony jest przede wszystkim z wizerunkiem na banknocie stuzłotowym z czasów PRL. Postać wykorzystana przez propagandę komunistyczną, która zmanipulowała jego życiorys, aby wykorzystać jego postać – założyciela partii Proletaryat i ofiary carskich prześladowań – do swoich celów i ogrzać się w jego reputacji. W Krakowie co prawda zniknął z ulicy – oddając ją z powrotem św. Gertrudzie – ale przetrwała tablica ku jego pamięci, którą wmurowano na gmachu Muzeum Archeologicznego, gdzie kiedyś był sądzony przez władze austriackie. Jednak samorządy masowo wnioskują o dekomunizację. Nie przejmują się nawet tym, że przeciwko pomysłom likwidacji ulic jego imienia protestuje senator PiS i jeden z głównych twórców ustawy dekomunizacyjnej prof. Jan Żaryn.

Inny podejrzewany i w zasadzie osądzony jako „rasowy komuch” to Marcin Kasprzak. W czasie zaborów i później przez środowisko PPS był on uznawany za bohatera. W Warszawie stoi tablica o treści: „W tym miejscu stał dom, w którym 27 kwietnia 1904 r. Marcin Kasprzak, nieugięty bojownik o Polskę socjalistyczną, szermierz braterstwa broni polskiego i rosyjskiego ruchu rewolucyjnego, stoczył bohaterską walkę zbrojną z carskimi żandarmami w obronie tajnej drukarni Socjal-Demokracji Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL). Wzniesiono w 45. rocznicę stracenia wielkiego rewolucjonisty na szubienicy na stokach cytadeli”. Jak się okazuje taka tablica odsłonięta w 1950 r., pomnik w Warszawie, osobista znajomość z Różą Luksemburg i nazwanie zakładu produkującego w czasach minionych magnetofony stały się pocałunkami śmierci. Nie pomogło mu to, że był prześladowany przez policje carską w zaborze rosyjskim i cesarską w zaborze niemieckim, ani to, że 27 kwietnia 1904 r., gdy samotnie bronił tajnej drukarni, zastrzelił czterech carskich żandarmów, a piątego ranił.

Uczestników Komuny Paryskiej, Jarosława Dąbrowskiego i Walerego Wróblewskiego, przez próbami dekomunizacji nie ratuje nawet fakt udziału w powstaniu styczniowym. Na podobnej zasadzie dekomunizatorom narazili się Czerwoni Kosynierzy, czyli mieszkańcy Gdyni zmobilizowani przez PPS w 1939 r. do walki z najazdem niemieckim. Może gdyby byli tylko kosynierami, to wszystko byłoby w porządku, ale czerwoni w nazwie to już dla wielu tropicieli komunizmu za dużo.

Szczęścia do wdzięcznej pamięci w niektórych miastach nie ma też Ignacy Daszyński. Ten – w dużym skrócie – galicyjski działacz niepodległościowy, premier rządu lubelskiego w 1918 r., marszałek Sejmu, jeden z twórców niepodległej Rzeczypospolitej, nie podoba się m.in. w Wałbrzychu czy w Ząbkowicach Śląskich. W Pile wątpliwości wzbudził Bolesław Limanowski. Dla jednych był to legendarny działacz niepodległościowy, łączący symbolicznie swoją działalnością powstania niepodległościowe z powstaniem II Rzeczypospolitej. Inni widzą sprawę inaczej: socjalista, czyli komunista, czyli wniosek może być tylko jeden.

Wyklęty lud ziemi i wyklęci żołnierze

Nie cieszą się także estymą Wincenty Pstrowski i Przodownicy Pracy ani nawet pozornie niewinna 1 Maja. Mimo że 1 maja jest wciąż obowiązującym świętem państwowym tu i ówdzie pojawiają się żądania, aby taką nazwę zlikwidować Najprościej i generalnie najbardziej strawnie dla mieszkańców jest „przechrzcić” ją na 3 Maja. Nazwa niemal taka sama, a nie przywodzi na myśl wspomnień z pochodów z czerwonymi sztandarami. Gorzej, jeśli ulica nosi miano 9 Maja, bo obchodzony w tym dniu „Dzień Europy” nie przyjął się powszechnie, ani zmiana radzieckiego dnia zwycięstwa na dzień zwycięstwa alianckiego (8 maja).

Możliwe są też inne podmiany. Na przykład w Kolbuszowej zmieniono ulicę młodego działacza komunistycznego Janka Krasickiego na biskupa Ignacego Krasickiego, a w Olsztynie planowana jest wymiana ul. 22 Stycznia (oswobodzenie w 1945 r.) na ul. Powstania 22 Stycznia – gdzie chodzi o powstanie styczniowe, które wybuchło w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 r.

Poruszenie zrobiło się też w Gdańsku, gdzie zagrożona jest ul. Stanisława Sołdka – tamtejszego robotnika, dawanego jako przykład przodownika pracy. Jednak jeszcze większe emocje wzbudza statek Sołdek – pierwszy po wojnie statek wybudowany w polskiej stoczni. Podlega on jako „obiekt” pod ustawę, ale jednocześnie jest jednym z symboli Gdańska i należy do Narodowego Muzeum Morskiego w stolicy Pomorza. Czy z powodu swojej nazwy będzie miał podobny problem jak nowohucki czołg IS-2, którego nazwa pochodzi od inicjałów Iosif Stalin? Rodzimym dekomunizatorom nie przeszkadzało nawet to, że krakowski „stalin” walczył z białym orłem i z polską załogą.

Uczestników Komuny Paryskiej, Jarosława Dąbrowskiego i Walerego Wróblewskiego, przez próbami dekomunizacji nie ratuje nawet fakt udziału w powstaniu styczniowym. Na podobnej zasadzie dekomunizatorom narazili się Czerwoni Kosynierzy, czyli mieszkańcy Gdyni zmobilizowani przez PPS w 1939 r. do walki z Niemcami.

Prezydent Andrzej Duda podczas tegorocznej rocznicy forsowania Odry powiedział, że „krwi przelanej za Ojczyznę nie wolno w żaden sposób dzielić i nie wolno w żaden sposób dzielić tych, którzy za nią polegli”, ale chyba te słowa nie są uznawane za wiążące. Można tak wnioskować z faktu, w Lublinie padło hasło żądające dekomunizacji Lucyny Hertz, żołnierki Wojska Polskiego, która zmarła z ran. Poniosła je podczas próby przebicia się do powstania warszawskiego. W wielu miastach zagrożone są ulice przypominające o 1 Armii Wojska Polskiego, Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, czy Batalionie Czwartaków, a w Rybniku podejrzliwie patrzono na Bataliony Chłopskie. Być może szansę pozostania na tabliczkach ma Gwardia Ludowa. Ale tylko ta dowodzona przez socjalistę Kazimierza Pużaka, a nie ta utworzona przez PPR i później przekształcona w Armię Ludową.

Pomoc IPN w określeniu, które nazwy podlegają dekomunizacji, bywa niewystarczająca i niespieszna. Samorządowcy toruńscy przez 9 miesięcy czekali na odpowiedź tamtejszego Instytutu dotyczącą Wincentego Pstrowskiego. W swoim piśmie pytali o związek tego przodownika pracy z reżimem totalitarnym. Jak się okazało, przypadek Pstrowskiego jest skomplikowany na tyle, że opinię o nim wypracowuje Biuro Upamiętnienia Walk i Męczeństwa w Warszawie. Tyle tylko że czas biegnie i 2 września, czyli termin, do kiedy samorządy mają usunąć komunistyczne nazwy, coraz bliżej. Jeśli samorządy tego nie zrobią, do akcji wkroczą wojewodowie.

W stronę aberracji

W Olsztynie i Łodzi planuje się dekomunizację amerykańskiego prezydenta, konkretniej Franklina D. Roosevelta, bo w czasie konferencji w Jałcie nie zachował się w porządku w stosunku do nas. Może obecna administracja amerykańska doceni ten gest, ale potem demokraci mogą wrócić do władzy... W stolicy Warmii i Mazur dekomunizacja może objąć pisarza Zbigniewa Nienackiego i rzeźbiarza, więźnia Auschwitz Xawerego Dunikowskiego. Dodatkowo zażyczono sobie wglądu do dokumentów historycznych z Archiwum Państwowego, aby na ich podstawie określić dokładniej, o co chodzi i kogo upamiętniają ulice m.in. Niepodległości, Wyzwolenia, Wojska Polskiego, Obrońców, Partyzantów czy Walecznych.

W sprawie ul. 22 Lipca wydawałoby się, że wszystko jest jasne, ale skoro ta data nie jest wyposażona w określenie roku „1944”, to rodzą się pewne możliwości. W podczęstochowskiej Niegowej uznano, że ta data może czcić konstytucję Księstwa Warszawskiego z 1807 r. nadaną przez cesarza Napoleona, a w Zielonej Górze – upamiętniać wydarzenie co prawda mało związane z Lubuskiem, ale za to bardzo patriotyczne – pokonanie wojsk Jarosława Mądrego przez Bolesława Chrobrego pod Wołyniem w 1018 r. Będzie jak znalazł, bo za rok będzie okrągła, tysięczna rocznica, tego wydarzenia.

Być może jakaś inna gmina wspólnie z miejscowym proboszczem upamiętni w ten sposób przypadające w tym dniu wspomnienie św. Marii Magdaleny jawnogrzesznicy.

Nowa polityka historyczna

Prof. Piotr Osęka z Instytutu Studiów Politycznych PAN w wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” podsumował działania dekomunizacyjne, gorliwość i chaos w działaniach: „W działaniach PiS można dostrzec tęsknotę za tym, żeby pewne zjawiska całkowicie wymazać ze zbiorowej świadomości. Obecny proces dekomunizowania ulic to przykład bardzo komunistycznej w gruncie rzeczy pokusy, by administrować pamięcią historyczną społeczeństwa. (…) Czy nazwy ulic powinny być zmieniane? Jeśli patronują im zbrodniarze tacy jak Feliks Dzierżyński – tak. Ale wiele z tych pomysłów, które pojawiają się w polskich miastach, jest po prostu absurdalnych. Ulice – podobnie jak architektura – to świadectwo minionych czasów. I niekoniecznie trzeba z nim walczyć. Bo to upraszczanie naszej historii. Przykłady? Ludwik Waryński był socjalistą. Ale jeśli chcemy zlikwidować ulicę czy plac Waryńskiego, to trzeba będzie to samo zrobić z ulicami Józefa Piłsudskiego, twórcy Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej. Z drugiej strony – Tadeusz Kościuszko był bardzo bliski komunistom. Czy zmienimy nazwę kopca Kościuszki? Albo dąbrowszczacy. To byli ludzie o poglądach komunistycznych, ale walczyli »za naszą i waszą wolność«. Nie można ich traktować jak komunistycznej jaczejki, nie wolno ich wrzucać do jednego worka z Dzierżyńskim i Bierutem. Ich historia z całą pewnością nie jest elementem narodowo-katolickiego dziedzictwa obecnej władzy, ale to również polska tradycja”.

A zakłamująca pamięć ustawa dekomunizacyjna – jak większość ustaw robionych w trybie „wstawania z kolan” i „dobrej zmiany” – ma i inne niedociągnięcia. Po pierwsze, nie przewiduje dekomunizacji np. tablic czy pomników. Po drugie – nie przewiduje likwidacji patronów niegodnych honorów, takich którzy byli hołubieni przez komunistów, ale nie działali w czasach komunistycznych. Na przykład na podstawie tej uchwały nie można usunąć takiego „bojownika o prawa chłopów” jak Jakub Szela. Po moim wniosku pl. Jakuba Szeli we Wrocławiu został zlikwidowany w 2014 r. i ten „bohater ludowy” nie jest już nigdzie w Polsce honorowany. Jednak w Szczecinie, Warszawie, Katowicach, czy Łodzi wciąż patronują tamtejszym ulicom buntownicy przeciwko Rzeczypospolitej z 1651 r., Aleksander Kostka-Napierski i jego kompani Marcin Radocki i Stanisław Łętowski. W Krakowie, gdzie ich stracono z wyroku sądowego, również byli patronami ulic, ale zostali usunięci wraz z komunistami ćwierć wieku temu.

Tymczasem Rada Miasta Krakowa szykuje się do podjęcia decyzji odnośnie zmiany sześciu nazw. Jakie będą nowe nazwy? Dowiemy się niebawem.

 

Mateusz Drożdż

 

Tekst z czerwcowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl