„Życie przyszłością jest moją przeszłością” – napisał Krzysztof Karasek w nowym wierszu. U Szołajskich wystawa Potęga awangardy, jest Archipenko, Sant d’Elia, Strzemiński, Malewicz, Kobro, Popowa, Gris, Munch i wielu innych. Dzieła mniej znane, wiele z prywatnych kolekcji. To jedna z najciekawszych krakowskich wystaw od lat, choć konkurencja spora. Byłem dwa razy, zwiedzających sporo.

Czytają listy F.P. Marinettiego do Jalu Kurka i telegram zapowiadający jego przyjazd do Krakowa. Wiek XX zaczął się od futurystycznej utopii, skończył nostalgią. Przeszłość stała się bardziej nieprzewidywalna aniżeli przyszłość. Wers Karaska można uogólnić: „Życie przyszłością jest naszą przeszłością”. Zwiedzanie Potęgi awangardy to przypomnienie, że czas, kiedy przyszłość mogła być projektem – to przeszłość. Wracam do domu i słucham wypowiedzi polityków, o przyszłości nie mówi nikt (czyżby wszyscy zawierzyli niewidzialnej ręce rynku?). Wszyscy mówią o przeszłości. Jest tak, jakby bezbronność wobec przyszłości chcieli rekompensować majsterkowaniem wokół przeszłości.

Zygmunt Bauman miał nie do końca rację, żyjemy nie tyle w płynnej rzeczywistości, co płynnej przeszłości. Nagle to przeszłość stała się kapryśna i chimeryczna. Znikają znajome punkty oparcia w przestrzeni, przedwczoraj była centrala rybna, wczoraj sklep spożywczy, dzisiaj jest bank. Była księgarnia, jest szmaciarnia. Ulica też zmieniła nazwę. Ani się spostrzegłem a znikły budki telefoniczne.

„Żołnierze wyklęci”, ich popiersia w Parku Jordana, to tylko fragment większej całości. IPN to nowa awangarda, zinstytucjonalizowany odwrót od wszelkiej próby wpływu na przyszłość, dezercja z przyszłości w manipulowanie pamięcią. Powszechna muzealizacja, „polityka historyczna”, która faktycznie jest „polityką pamięci”. Wszystko podlega prywatyzacji, ale pamięć ma podlegać upaństwowieniu. W nowej przestrzeni jest coraz mniej miejsca na pamięć prywatną.

Dizajn i zbrodnia, tytuł książki Hala Fostera, to parafraza Ornamentu i zbrodni Adolfa Loosa. Loos pisał o Wiedniu przełomu XIX i XX wieku. Foster też nie pisał o współczesnym Krakowie, ale o Nowym Jorku. Globalizacja tu i tam sprawia, że dom, mieszkanie, które pamięcią rzeczy i sprzętów podtrzymywały u mieszkańców poczucie zapośredniczonej w tradycji tożsamości, zostały z nich oczyszczone jak banki. Dla prywatnej suwerennej pamięci projektanci wnętrz i IKEA są bardziej groźni aniżeli IPN. Na szczęście nie wkroczyli jeszcze do kościołów, ale znaleźli przyczółek w krypcie na Wawelu.

Zbiorowa pamięć próbuje się bronić, tworzy przestrzenie, które wymykają się dekretowanym narracjom antykomunistycznego heroizmu. Wychodzę z Kamienicy Szołajskich i wypijam piwo w stylizowanej na PRL-owską knajpę Pijalni Wódki i Piwa. Tych stylizowanych na PRL knajp jest w Krakowie sporo. Do tej w Zaułku Niewiernego Tomasza przez jakiś czas zapraszała pałką milicjantka. Obok Dym z kultowym bałaganem rozpadających się mebli z czasów PRL. Do przestrzeni, wyczyszczonej z komunistycznych (lub za takie uważanych) symboli i emblematów, PRL wraca z jakąś przekorną ostentacją. Młodzi ludzie, kilku w T-shirtach sławiących „Wyklętych”, siedzi nad „setą i lornetą” zadowalając się spartańskim jadłospisem knajp sprzed transformacji, śledziem, jajkiem z chrzanem i gzikiem, choć teraz konsumpcja nie jest już obowiązkowa.

Rugowanie symboli PRL z przestrzeni publicznej, zdejmowanie tablic, usuwanie pomników, korekta nazewnictwa ulic – nikomu specjalnie nie doskwiera, ponieważ emocjonalny związek z nimi był znikomy. Dotyczy to zwłaszcza nazw ulic. Walter Benjamin w Pasażach pisał: „Zmysłowość kryjąca się w nazwach ulic; absolutnie jedyna, jaką od biedy mogą jeszcze dostrzec mieszkańcy miast”. Ale jednocześnie zwraca uwagę, że nazewnictwo tworzy „optyczno-fonetyczny obraz miasta”. Rozumieli to doskonale fanatycy Rewolucji Francuskiej, którzy postulowali zmianę nazw wszystkich ulic i placów Paryża. Zmieniano je jednak wybiórczo, na zmianę „optyczno-fonetycznego obrazu” miasta nie zdecydował się nawet Robespierre. Wiedział, że wtedy Paryż przestałby być Paryżem. W polskich miastach przy zmianach politycznych było tak samo. Fonetyczny krajobraz Krakowa pozostał i pozostaje stosunkowo nienaruszony. Ulica Rabina Meiselsa krzyżuje się nadal z Bożego Ciała, Kórniki dochodzą do Pawiej, a Zwierzyniecka przechodzi we Franciszkańską, tworząc brzmieniowe całostki o surrealistycznej semantyce.

To samo dotyczy nazw lokali powstałych w czasach PRL: Trzy Rybki, Lajkonik, Fafik, Rio, Pikolo, Pod Gruszką, Vis à Vis czy „Jaszczury” nie zaznaczały ostentacyjnie proweniencji. Oczywiście Hawełka, Poller, Grand, Maurizio, „Michalik”, Żywiec należały do innego porządku i innego czasu, ale odwiedzanie krakowskich lokali zapewniało poczucie ciągłości. Menu mogło być uboższe, oferta win także, ale wnętrze i lokalizacja pozostawały niezmienne. Nowe lokale wpisywały się w ustaloną konstelację fonetyczną i semantyczną. Z miejskiej przestrzeni nie mogły zostać do końca wyparte i wymazane.

Dopiero po transformacji odniesienia do PRL, co jest paradoksem, stały się nośne marketingowo, by wspomnieć Propagandę i sieć Pijalni Wódki i Piwa. Rugowanie symboli PRL z przestrzeni miejskiej nie powstrzymuje inkrustowania jej knajpianym retro. PRL staje się marką jak Nowa Huta i sprzedaje się dobrze. W przypadku knajpianego retro nie chodzi jednak wyłącznie o nazwy. Problem jest szerszy, dotyczy scenografii wnętrz. Alchemia, Dym, Loch Camelot czy Filo dekoracją nawiązują do zapuszczonych wnętrz knajp PRL. Odrapane, od lat niemalowane ściany, źle wyważone stoły, krzesła z PRL-owskiego chyba odzysku mają stworzyć wrażenie powrotu do czasu, który płynął inaczej. Popularność lokali piwnicznych pasożytuje na legendzie Piwnicy pod Baranami. Bywalcy Prozaca czy Harrisa czują się kontynuatorami Piwniczan. Było to szczególnie widoczne w Pięknym Psie, zanim został przeniesiony ze Sławkowskiej na Bożego Ciała.

Przemożna nostalgia za życiem w rytmie czasu, którego już nie ma, przyciąga jak magnes nie tylko dawnych/starszych bywalców Piwnicy pod Baranami, Vis a Vis czy Rio, ale jest stygmatem młodych ludzi ciągnących z całego wielkiego Krakowa do knajp w centrum i na Kazimierzu. Te z nowym dizajnem, mogące imponować sterylną czystością, przyciągają zdecydowanie mniej klientów, głównie przypadkowych bogatszych turystów. Jest tak, jakby znaki starzenia, zapuszczenia i higienicznej niefrasobliwości, tak charakterystyczne dla PRL, tworzyły najlepszą markę, brand i logo.

W zgentryfikowanej i zrewaloryzowanej przestrzeni Starego Miasta, gdzie najstarsze zabytki wyglądają jakby po liftingu miały zachować wieczną młodość, dziesiątki lokali zapewniają kontakt z przestrzenią celowo postarzałą i zapuszczoną – na przekór tyranii dobrego wyglądu.

Jest bowiem tak, że źródłowym fundamentem krakowskiej nostalgii jest sam czas, sposób jego przeżywania, rytm. Katapultując się z realnego socjalizmu, wpadliśmy w inny czas. Wolność, demokracja, pełne półki w sklepach, paszporty i otwarte granice są spełnioną obietnicą. Ale o konieczności zmiany strefy czasowej nikt nas nie uprzedził. Jakoś mieliśmy nadzieję, że ulubiona maksyma Piotra Skrzyneckiego „pośpiech poniża” pozostanie nadal nośna. Nikt nas nie uprzedzał, że znajdziemy się w świecie, w którym poniża brak pośpiechu.

Wraz z transformacją nawiązujące do PRL przestrzenie knajpiane stały się jedyną ostoją tego dawnego, wolniej płynącego czasu. Dzisiaj nawet występy Piwnicy pod Baranami, na których rozpoczęcie za czasów mistrza Piotra czekało się kwadransami, nieraz aż minie północ, zaczynają się punktualnie. Chcielibyśmy wszyscy móc odpowiadać jak Marta Argerich utyskującemu na jej spóźnienia, swojemu byłemu szwajcarskiemu mężowi: „Wy Szwajcarzy macie zegarki, my Argentyńczycy mamy czas”. Dzisiaj nawet Argentyńczykom zostały tylko zegarki.

Mamy w Krakowie dziesiątki knajp, których dekoracja tworzy przestrzenie wymykające się czasowej identyfikacji. Jakby kapsuły zatrzymanego czasu, gdzie nawarstwienie wyrzuconych z naszych mieszkań mebli, maszyn Singera, koronkowych obrusów przywraca nas pozornie niezmanipulowanej przeszłości. Tak jak w quasi-żydowskich lokalach na Kazimierzu, gdzie – jak mawiał błogosławionej pamięci Henryk Halkowski – „Polacy podają żydowskie potrawy, Ukraińcy grają klezmerskie melodie, a niemieccy turyści są przekonani, że w XX wieku żadnej wielkiej tragedii nie było”. Oczywiście to skrajny przypadek nostalgicznego marketingu, rzecz jednak w tym, że ulegamy mu wszyscy.

Tęsknota za czasem, gdy mieliśmy go więcej, pomieszała się z nostalgią za czasami PRL. Utopię zastąpiła retropia (to termin Baumana). Kraków na naszych oczach zmienia się w miasto retropii. Kończę tekst i udaję się na piwo do „Vis à Vis”. Może rzeczywiście są miejsca, gdzie koniec czasu, a więc i koniec przyszłości, można przeczekać.

 

Adam Komorowski

zdjęcia: Grzegorz Kozakiewicz

Tekst ukazał się w czerwcowym numerze „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl