W I kwartale 2017 roku przez kilka dni głośno było o pomyśle zwiększenia opłat za parkowanie w 16 największych (powyżej 200 000 mieszkańców) polskich miastach. Maksymalna stawka za 1 godzinę postoju w określonych strefach tych miast miała wzrosnąć z 3 do 9 zł. Co pewnie z ekonomicznego punktu widzenia byłoby słuszne, bo wysokość tej opłaty nie zmieniła się od 14 lat. Na razie zmotoryzowanym się upiekło, ale co się odwlecze...

Jeszcze 40 lat temu autobus pospieszny „A” podążający z Bronowic do Nowej Huty przejeżdżał przez Rynek Główny i Mały Rynek. Zakaz wjazdu do serca miasta wprowadził dopiero w 1979 roku przewodniczący Prezydium Rady Narodowej Miasta Krakowa (czyli odpowiednik dzisiejszego prezydenta miasta) Edward Barszcz i konsekwentnie go przestrzegał. Nawet zagranicznych gości prowadził pieszo z budynku magistratu na Rynek Główny. Dzisiaj też centralny plac naszego miasta wolny jest od samochodów – za wyjątkiem godzin porannych, kiedy można zobaczyć, jak żwawo się uwijają dostawcy towarów wszelakich do położonych wokół Rynku Głównego sklepów i lokali gastronomicznych, byle tylko zdążyć wyjechać z Rynku przed 10 rano. Nad ścisłym przestrzeganiem tej godziny czuwa straż miejska, posługując się jako wyznacznikiem czasu trębaczem z wieży Mariackiej.

Od początku istnienia płatnej strefy parkowania w Krakowie Rynek Główny był wolny od pojazdów z wyjątkiem elektrycznych (ale i te w swoim czasie „wypędzono”) oraz konnych. Poza tym strefa była stosunkowo niewielka, bo mieściła się w granicach tzw. drugiej obwodnicy. Ale poza tymi granicami ulice były szczelnie wypełnione samochodami tych, którzy nie chcieli płacić za postój w strefie. Denerwowało to radnych miejskich, którzy przed kilku laty postanowili rozszerzyć granice strefy. Teraz rozciąga się ona od Salwatora po Grzegórzki i od cmentarza Rakowickiego po stare Podgórze. I tradycyjnie już – przy granicach strefy, na ulicach, gdzie nie obowiązują opłaty, każde wolne miejsce postojowe jest zajęte przez dojeżdżających do pracy w Krakowie. Być może niebawem dojdzie do tego, że dojeżdżający do Krakowa od strony północnej będą musieli zostawić swój samochód w Słomnikach i dalej podążać koleją, a ci z powiatów położonych na południu – w Myślenicach. Kłopot jednak w tym, że powiat myślenicki przez cały okres PRL, a i jeszcze kilka lat po transformacji ustrojowej, był j e d y n y m w Polsce powiatem niemającym nawet kilkuset metrów drogi żelaznej. Trzeba by więc korzystać z busów, kopcących bardziej niż samochody.

Radni uchwalając rozszerzenie płatnej strefy postojowej, byli niezbyt konsekwentni, a jej granice przedziwnie „wystrzygli”. Nie ma np. strefy od połowy ulicy Reymonta, żeby kibice dojeżdżający na mecze na stadionie Wisły płacili tylko za bilet, a nie za parkowanie. Zresztą ciekawe, że budując tak duży stadion, nie pomyślano o parkingach – choćby podziemnych pod Błoniami – dla kibiców. Parking podziemny pod Muzeum Narodowym nie wystarcza nawet dla widzów zasiadających na trybunach mniejszego stadionu Cracovii.

Wygląda na to, że dalsze powiększanie strefy płatnego parkowania nie rozwiąże problemu – najwyżej przesunie napięcia na inne ulice, na nowy obszar. Może trzeba sobie zadać pytanie, czy prawo parkowania pod domem jest niezbywalnym prawem każdego mieszkańca Krakowa? A może mógłby on zostawiać samochód dalej od domu? Gdy zostaną zlikwidowane tak cenione (i cenne) ulgowe abonamenty dla mieszkańców, zmaleje nacisk na objęcie strefą kolejnych ulic.

Do Krakowa wjeżdża codziennie 120 tys. samochodów (badania z 2013 roku, dziś może być więcej), którymi przyjeżdżają turyści i mieszkańcy Małopolski pracujący lub studiujący w Krakowie. W mieście jest zarejestrowanych pół miliona samochodów i autobusów. Dlatego do problemu miejsc postojowych za 9 zł/godz. w Krakowie, trzeba będzie niebawem powrócić. Ale w sposób cywilizowany. Wprawdzie właśnie 9 zł (2 euro) kosztuje najtańszy bilet parkingowy w Wiedniu, gdzie aż 60 procent powierzchni miasta objętych jest płatną strefą, ale przy poziomie austriackich zarobków 2 euro to tyle co u nas 2 zł (albo i mniej). Z tym że strefa wiedeńska jest zróżnicowana – im bliżej centrum miasta, tym drożej. U nas zaś obecnie płaci się 3 zł za godzinę tak na przedprożu Olszy, jak i na ul. Bernardyńskiej u stóp Wawelu.

W Paryżu prawie każde miejsce postojowe na ulicy jest płatne w zróżnicowanej wysokości, w zależności od odległości od centrum. W Berlinie spora część miasta jest objęta strefą, a tam, gdzie postój jest darmowy, nie może trwać dłużej niż 3 godziny. Tymczasem u nas, na niektórych ulicach tuż przy granicy strefy płatnego postoju, w dni robocze widać od godzin porannych te same samochody, z tymi samymi numerami rejestracyjnymi, które miejsce postojowe zwalniają dopiero po południu, kiedy kończą się godziny pracy.

Ale są także inne rozwiązania. Kilka lat temu ówczesny burmistrz Londynu (obecnie minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii) Boris Johnson nie mógł się nadziwić, iż koszty wprowadzenia systemu monitoringu wjazdu do centrum miasta – 11,5 funta szterlinga za jeden wjazd – zwróciły się już po 2 latach. Również w Sztokholmie sam wjazd do centrum miasta kosztuje, a dodatkowo płaci się jeszcze za ewentualny postój. Podobnie niektóre włoskie miasta pobierają opłaty za sam przejazd przez centrum. Na szczęście Kraków ma taki układ zabudowy, że przez samo centrum nie trzeba przejeżdżać w drodze do innych dzielnic. Może i w Krakowie czas najwyższy pomyśleć nad poborem myta za sam wjazd do miasta? I to, jak na wiek XXI przystało, pobieranego na podstawie odczytu tablicy rejestracyjnej przez urządzenia elektroniczne. Okazja po temu nadarza się nie byle jaka. W lipcu 2017 roku ma zostać oddany do użytku most przez Wisłę łączący Nową Hutę z autostradą A4 w kierunku wschodnim. Ponieważ na autostradowej obwodnicy Krakowa po stronie zachodniej istnieje też most na stopniu wodnym Kościuszko, można by wprowadzić zasadę, że kierowca każdego samochodu z „obcymi” numerami rejestracyjnymi, nie zaczynającymi się od liter KR, wnosi niewielką opłatę za wjazd w przestrzeń pomiędzy tymi dwoma mostami. I to pobieraną niezależnie od opłaty – oczywiście zróżnicowanej odległością od centrum – za postój w płatnej strefie. Niestety, myto w Polsce nie jest popularne, bo nawet za przepłynięcie rzeki promem nic się nie płaci. A poza tym na pewno znalazłby się jakiś mądry inaczej i zarzucił, iż w tym przypadku krakowianie są uprzywilejowani w stosunku do innych obywateli Polski i przyjezdnych z innych krajów. No to przypomnę, że kiedy wprowadzano bilety wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego, zwolnieni byli z opłat turyści deklarujący udział w mszach świętych odbywających się latem w kilku punktach TPN. Potem opłaty zaczęto ściągać od wszystkich przekraczających granice TPN – z wyjątkiem mieszkańców Zakopanego i kilku okolicznych gmin. I jakoś nikt nie podnosi kwestii nierównoprawności Podhalan wobec tzw. ceprów. Co może być precedensem w przypadku uchwalenia myta dla niekrakowian. Poza tym w Krakowie istnieją jakieś opłaty miejscowe – nie nazywajmy ich uzdrowiskowymi – pobierane od nocujących w hotelach i nikomu to nie przeszkadza, że krakowianie śpiący we własnym łóżku tych opłat nie wnoszą.

Jedziesz samochodem – płacisz za paliwo. Stoisz – też płacisz za samo zetknięcie opon z nawierzchnią świętego krakowskiego asfaltu czy bruku. Na szczęście Kraków ma jedną z lepiej rozwiniętych sieci komunikacji publicznej. Na razie jednak mało parkingów typu park and ride w pobliżu pętli tramwajowych czy dworców autobusowych na przedmieściach. W najgorszej sytuacji jest północna część miasta, bo linii rzeki Białuchy w tej części miasta szyny tramwajowe nie przekraczają, zaś autobusy, mimo wyznaczonych dla nich buspasów, i tak co jakiś czas utykają w korkach.

Byłem niedawno na bałtyckim wybrzeżu Niemiec. Po polskiej stronie granicy, w Świnoujściu, strefa płatnego parkowania w dzielnicy nadmorskiej ma identyczne z Krakowem parkomaty i identyczne z naszym miastem opłaty za postój. Po stronie niemieckiej w kurortach też stoją automatyczne punkty poboru. Ale w nich wnosi się opłatę uzdrowiskową (do 3 euro na dzień), która gwarantuje również bezpłatne miejsce na piętrowym parkingu nadziemnym. Dlatego w centrum niemieckich nadmorskich miasteczek nie widać samochodów parkujących na uliczkach. Może zanim rozszerzy się strefę płatnego postoju w Krakowie i podniesie opłaty za nią, warto wreszcie przy granicy strefy zacząć budować piętrowe parkingi? Z betonowych elementów, łatwych w montażu i prostych do demontażu w razie ewentualnej rozbiórki. Myślę, że trzeba to zrobić w miarę szybko, bo krakowski smog rodzi się zimą w niewłaściwie opalanych piecach, ale latem powodują go samochody. I to nie tylko za sprawą spalin wydobywających się z rury wydechowej, ale także w wyniku ścierania gumy opon na suchym, szorstkim asfalcie. Dlatego w wielu miastach Europy myje się ulice nawet kilka razy w ciągu dnia, by usunąć resztki startej gumy. W Krakowie natomiast polewaczki służą w zasadzie do schładzania szyn tramwajowych, by nie wyginały się w upalne dni (co zresztą też ważne).

Problem strefy płatnego parkowania w Krakowie (największej w Polsce w stosunku do powierzchni miasta) i działań zmierzających do stopniowego wygaszania ruchu pojazdów z silnikami spalinowymi wart jest chłodnego, a nie emocjonalnego rozważenia przez radnych miejskich.

 

Wojciech Machnicki

 


 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, lipiec-sierpień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl