(szept) ... ktoś mi ukradł pół głosu i mówię teraz jak pisarz Konwicki. Pani foniatra twierdzi, że głos wróci po kolejnych chemiach, ale to niepewne...

Jak się dziś czujesz?

– Dokuczały mi bóle i bóliki do trzeciej rano, nie mogłem spać, zażywałem leki... To chyba zależy też od pogody.

Podobno Tadeusz Nowak napisał najlepsze wiersze, kiedy stracił nogę…

– Choroba wyrzuca z orbity przyzwyczajeń, jest ogromnym wstrząsem. Trzeba się na nowo odnaleźć, także artystycznie…

To paliwo?

– Nie dla każdego. Ksiądz Tischner chorował i chyba nie ma po tym śladów w jego twórczości. W 2002 r., kiedy zoperowano mi guza złośliwego na jelicie, a potem przeszedłem chemioterapię – naszkicowałem dwadzieścia pięć wierszy szpitalnych, ale wykończyłem je dopiero, gdy wiedziałem, że wracam do zdrowia. Inaczej może bym zarzucił pisanie?

Teraz historia się powtarza.

– Mój znajomy twierdzi, że choruję na raka co 15 lat. Pierwszy raz znalazłem się na stole operacyjnym dokładnie 13 stycznia, w dniu 55. urodzin. Drugi raz – wykryto chłoniaka w dniach 70. urodzin, to znaczy, że trzeci raz – wyląduję w szpitalu na 85-lecie (śmiech)... Oby nie... Pociesza mnie przykład Sołżenicyna, który dwukrotnie był leczony na raka i to w gułagu, gdzie wiadomo jakie były warunki w szpitalu, a potem żył i żył, aż do dziewięćdziesiątki...

Teraz chodzę na sterydy, biorę chemię... i czuję się w takich dniach strasznie pobudzony, drażliwy, a czasem zbyt wylewny... Ta mieszanina w kroplówkach wywołuje na mnie dziwną presję. Nie mogę spać, wciąż coś zapisuję, poprawiam, nie potrafię się od tego odlepić, to mnie męcząco pobudza.

Zdam Ci pytanie, które zabrzmi naiwnie: kim jest poeta?

– Normalnym, zwyczajnym człowiekiem. Nie cierpię „ufryzowanych artystów”. Wkłada taki na łeb arabski fez, zawiązuje wokół szyi hinduski szalik, nosi koszulę w kwiaty i kolorowe buty. Siada w oknie kawiarni, pali fajkę, ludzie go oglądają i mówią – patrzcie, poeta! A to po prostu upozorowany model reklamowy, który ma przyciągać wzrok naiwnych… Facet zewnętrznie jest upozowany, a w środku pustka... zero. Ja wywodzę się z tych poetów, którzy wkładają czapki niewidki, żyją jak każdy inny, towarzyszę życiu, nie wyprzedzam go.

A może świat nie potrzebuje już prawdziwych artystów i poezji, może wystarczy mu kolorowy facet w kawiarni?

– Taki falsyfikat zamiast prawdziwego? Możliwe...

Kiedy Cię spotkałem po raz pierwszy 40 lat temu, podczas III Krakowskiej Nocy Poetów, Świrszczyńska, korpulentna pani w skórzanym płaszczu, czytała publicznie wiersze miłosne. Było to dla mnie – jeszcze właściwie chłopca – szokujące. Może poeta nie powinien w ogóle występować?

– Myślę, że ten „wewnętrzny” człowiek, który gdzieś tam ukrywa się w poecie, jest dużo mocniejszy i ważniejszy przy pisaniu od „zewnętrznego”. Raczej nie można go sfilmować. Bywa, że przez dwa, trzy tygodnie nic do mnie nie mówi.

Kiedyś poeta miał natchnienie.

– Czyli stan wzmożonej czy nawet chorobliwej uważności podbarwionej silniejszym emocjami? Dałoby się go przyrównać do stanu zakochania... Właśnie niedawno odwiedziła mnie siostrzenica i opowiadała, jak miło słuchało się jej opowieści koleżanki z pracy, gdy ta, świeżo zakochana, dzieliła się swoimi euforiami... „Taki stan jest piękny, ale czy można go przedłużyć, utrzymać na przykład przez całe małżeństwo?” – zapytała Kasia. A ja jej na to, że pisanie poezji to właśnie stan zakochania w świecie, ale tylko przez parę dni w miesiącu. Podczas tych dni wyostrzonej uwagi metafory same wpadają do głowy, coś może mnie olśnić, zachwycić. Ale potem znowu trzeba żyć normalnie. Piszę już od 50 lat i dla mnie samego jest zagadkowe, w jaki sposób utrzymywałem tak długo ten stan miłosny... przerywany.

Stan miłosny... przerywany. Ładne! Ten stan jest trochę niebezpieczny?

– Jeśli będzie trwał permanentnie, to po jakimś czasie umrzesz, spalisz się, spłoniesz. Wojaczek miał 24 lata, gdy popełnił samobójstwo, Stachura, który twierdził, że „wszystko jest poezją”, spłonął w 42. roku życia. Rybowicz zapił się, Grochowiak miał marskość wątroby w wieku 39 lat. Więc jak utrzymać napięcie i nie zginąć? A jeśli nie masz natchnienia przez kilka miesięcy, to przecież strasznie trudno ci potem wrócić do tego stanu zakochania i... pisania.

Czy w młodości ten stan pojawiał się częściej?

– W młodości każdy jest poetą. Na starość już tylko pojedynczy wariaci(śmiech), a i wśród nich są tacy, którym pozostał tylko warsztat: potrafią konstruować wiersze, lecz martwe, puste, jak wypchane ptaki, które nie fruwają...

Miłosz mówił o daimonionie wyskakującym z głowy. Kim on dla Ciebie jest? To dziecko? Outsider? Starzec? Szaman?

– Na pewno też i dziecko, bo wiersze, w moim przekonaniu, to jakby małe odkrycia czy olśnienia kogoś, kto wszystko widzi po raz pierwszy i musi dopiero nadawać nazwy. Jeszcze nie ma dostatecznej wiedzy o świecie, jeszcze jest nieskażone tym, co i jak opowiadają inni, szuka własnych słów, dziwi się, jak w dzieciństwie...

Dzieciństwo czyli baśń, magia… Jakie było Twoje?

– Jako chłopak czytałem mnóstwo baśni. W ogóle dużo czytałem. Przy pasaniu krów połykałem jedną książkę na dzień, a wcześniej chodziłem za wujkami z Bajką o rybaku i złotej rybce i prosiłem żeby mi poczytali. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, nikt w mojej chałupie nie czytał, nie miałem żadnej biblioteczki, wręcz zakazywano mi czytania przy krowach. Do dziś mam w pamięci ilustracje Szancera, które działały na moją wyobraźnię... I faktycznie, po latach, w pierwszych moich tomikach było wiele porównań, przenośni i odniesień do baśni.

Ale w tę baśń wplatał się Bruno Schulz.

– Do dziś zastanawia mnie, dlaczego Artur Sandauer, krytyk tak wybredny i ostry w sądach, gdy dali mu stos tomików młodych poetów w redakcji telewizyjnej „Pegaza”, wybrał właśnie mój debiut? Cholera, może rzeczywiście są jakieś pokrewieństwa z Schulzem (toutes proportions gardées), w którym, jako pisarzu, pan Artur po uszy był aż do śmierci zakochany. Bruno Schulz stworzył „kompletny”, magiczny świat. Mój pierwszy tomik – Nasze najszczersze rozmowy – to też były nie tyle pojedyncze wiersze, co „świat”. Wierzę poetom tworzącym własne światy... Ale dziś, w epoce postmodernizmu, mało kogo na to stać. Powyrywane strzępy, fragmenty, wiersze od Sasa do Lasa...

Twój zmitologizowany Borzęcin jest inny niż Wielopole czy Drohobycz. To jakby realistyczna opowieść o nieistniejącej wiejskiej utopii.

– Studentka polonistyki, mieszkająca w rodzinnej wiosce, która napisała pracę magisterską o moich wierszach, powiedziała: „Ależ proszę pana, nie mogę w tej poezji znaleźć Borzęcina. To nie jest opis prawdziwy. Tam są brudne podwórka, smród, a pan tak pięknie i »nieprawdziwie« wszystko maluje”.

Mieszkała w Raju i go nie zauważyła (śmiech). Jaką wagę mają dla Ciebie pierwsze utwory?

– Myślę, że udało mi się od razu wejść na własną orbitę – zastodolną ścieżkę, zamiast na autostradę, gdzie bym się zagubił. Nie byłem wtedy jeszcze na to przygotowany, żeby politykować jak moi koledzy z Nowej Fali. Borzęcin to było to, na czym się znałem. A potem zataczałem w pisaniu coraz szersze kręgi, aż dotarłem na 6 kontynentów i napisałem Podróże z tego i nie z tego świata; musiało jednak minąć kilkadziesiąt lat.

Na spotkaniach autorskich z udziałem muzyków i aktorów, np. hołubiącej od lat Twoje wiersze Anny Dymnej, Jerzego Treli czy pieśniarki Beaty Paluch, widać że lubisz budować scenariusze na kontrach. Ma być lirycznie i humorystycznie, wzruszająco i ironicznie...

– Chodzi o to, by słuchacz był zaskakiwany. Wielogłosowość sprawdza się na estradzie. Raz oddaję głos prostytutce, potem zakonnicy – z jej światem wewnętrznym, który jest zaprzeczeniem poprzedniego. Innym razem przywołuję filozofa Kanta, a potem Marysię z bufetu na Wielopolu, domorosłą filozofkę... Słuchacz ma być zaskakiwany. Wiersz winien się mienić nastrojami.

Masz też potrzebę zakotwiczenia…

– Do metafizyki dochodzę od strony codzienności. Od dnia powszedniego, zdarzenia zaobserwowanego na ulicy, od realnego człowieka, od konkretu. Wiersz ma startować jak samolot, najpierw toczy się tuż przy ziemi, trzymając się pasa, potem nagle wzbija w górę i leci w przestworza, w wysoki styl.

W tym roku obchodzisz 70. urodziny. W Krakowie i Borzęcinie przygotowano serię jubileuszowych wydarzeń, z których musiałeś zrezygnować. Byliśmy anonimowo na wieczorze Twojej poezji, gdzie nie zostałeś w ogóle rozpoznany. Aktorka czytała list, w którym wyjaśniasz, dlaczego nie możesz być obecny. To było poruszające.

– Czułem się, jakbym oglądał to spotkanie z zaświatów. Ale nie chciałem zdradzać obecności, raz że bez włosów, dwa – bez głosu...

Przeskoczmy na inną orbitę. Czym jest dla ciebie śmierć?

– Tym czym dla ciebie: tajemnicą. Korzeniem religii. Dlatego religii nigdy nie przyłapiemy na oszustwie.

Sandauer pisał, że Bóg jest w Twojej twórczości rekwizytem.

– To dotyczyło początków, gdy pisałem o Bogu rozumianym raczej na ludowo, folklorystycznie i żartobliwie: „U Pana Boga za piecem / na talerzach rosół dymi”. Albo „Ballada o Bogu na emeryturze”...

A potem Bóg się zmieniał.

– Poważniał. Albo znikał w ogóle. Był wszędzie i nigdzie lub Go nie było...

Zacząłeś ożywiać świątka, do którego chłopi modlą się o pogodę…

– Wiesz, chłopi mieli niedaleko do nieba. Dalej im było do Ameryki, do Niemiec, do Anglii. Mieli swoje niebo, piekło, czyściec – przystawiali drabinę i wchodzili. Taki był świat moich przodków.

Jak Bóg zmieniał się w Twojej poezji?

– Z czasem zniknął, przestał być osobowy. Filozof Pawluczuk mawia: Bóg nie istnieje, Bóg się boży. Czyli istnieje inaczej niż wszystko.

Ale Ty do niego przemawiałeś bezpośrednio.

– W wierszu Skarga pytam: dlaczego stworzyłeś nas takich doskonałych. Dałeś nam rozum Bogom podobny, wyobraźnię, fantazję i tak marne ciało, jakie ma pierwszy lepszy chwast, mrówka albo ślimak, byle jakie, kruche. To jest ironia losu. Jakby się Bóg z nas naigrawał. A na końcu nas zgniata, odbiera nam wszystko, pokazuje: Ty jesteś nikim, twoje ciało jest niczym, takie samo jak psa albo kota…

Nie ma w Twoich spotkaniach z Bogiem perspektywy radosnej.

– Różnie bywa. Uczucia religijne to też stan miłosny... przerywany. Raz odczuwasz jego obecność i widzisz sens wszystkiego, ale są dni, gdy wydaje ci się, że to bajka wymyślona na pocieszenie... W zasadzie nie potrafię się modlić i myślę sobie po cichu, że prawdziwymi modlitwami są moje wiersze.

Tak właśnie piszesz w wierszu.

– Ale w innych wątpię w istnienie Istoty Najwyższej, bo poeta to nie jest liczba doskonała albo logik. Poddaje się najróżniejszym, często sprzecznym nastrojom.

Nie miałeś pokusy wyobrazić sobie życia po życiu? Bo ja tak. Będąc na Saharze, wśród Tuaregów, zrozumiałem nagle, że ich przodkowie są obecni wśród nas. Granica między światami jest tam cienka jak z folii, niemal widziałem duchy stojące przy ognisku.

– Pewnie afrykański czy aborygeński świat duchowy jest o wiele bogatszy i głębszy niż nasz, materialistyczno-europejski. Szamani potrafią zaklinać przyrodę i przywoływać deszcz, rozmawiać z duchami przodków. My, Europejczycy, staliśmy się płytkimi materialistami. Dostałem ostatnio telefon od wielbicielki z Niemiec. Mówi: „Panie Józefie, cały czas się za Pana modlę, trzymam kciuki, niech się pan nie martwi, ma pan taką dobrą aurę w poezji”. Powiedziała mi, że ona nie odczuwa lęku przed śmiercią, uważa, że człowiek jest zanurzony w wieczności, czas jest alinearny, wszystko się odradza. Stwierdziła, że wyczytała to z moich wierszy (śmiech). Może rzeczywiście śmierć jest tylko pozorem, zasłoną, za którą rozpoczyna się inny wymiar? Przyjmuję najbardziej niewiarygodne wersje i scenariusze. Bo nic nie wiem.

Tak jak Twoja mama.

– Mama, gdy miała ponad 95 lat, mówiła: „Nikt, nic nie wie”. Ani ksiądz, w którego tak mocno wierzyła, że wyganiała mnie w każdą niedzielę do kościoła, ani „profesór”, ani Ty, ani „jo”. Nikt nic nie wie. Nikt nic nie wie, kurwa mać! Z tym, że jedni – prości – nie wiedzą mniej, drudzy – uczeni – nie wiedzą więcej...

Co mówił na ten temat ks. Twardowski?

– Nie wierzył w piekło. Mówił, że może jest, ale bezludne… Mnie się też wydaje, że byłoby okrucieństwem Boga, gdyby stwarzając człowieka na krótkie 80 lat, skazał go potem, za jego grzechy, na całą wieczność. Więc piekła chyba nie ma. Nikt nie zostanie potępiony. Bóg umarł przecież za nas na krzyżu… No tak, ale co zrobić z Hitlerem? Co zrobić z komendantem w Oświęcimiu Hessem, któremu pod koniec życia zakonnik udzielił komunii? Co oczywiście budzi kontrowersje, ale może perspektywa boska jest kosmicznie inna od ludzkiej?

W ten sposób wracamy do Tuaregów.

– Ty znasz się lepiej na Tuaregach, bo wędrowałeś z nimi… Dla mnie nie ulega wątpliwości, że umarła wspólnota, rytuały, tańce i że zaniknął zmysł udziału, który łączył nas z naturą. Wspólne rytuały pochłonął indywidualizm, pożarła cywilizacja. Zyskaliśmy wiele, ale to i owo straciliśmy. Za karę musimy samotnie umierać. Wspólnota wiejska sprzed 100 lat, podobnie jak Twoi Tuaregowie, doświadczała jeszcze świata nadprzyrodzonego. Odczuwała tożsamość z naturą, niebieskie duszyczki fruwały po Borzecinie, a o zmarłych nie mówiło się źle, bo mogli dokonać zemsty. Duchy potępionych wałęsały się nocą po zastodolach i brzęczały łańcuchami. Gdzie one są teraz?

Wypłoszyła je elektryczność (śmiech). Kiedy zacząłeś pisać?

– W studium nauczycielskim w Krakowie. Dokładnie pięćdziesiąt lat temu, w 1967.

Dość późno.

– Wcześniej pamiętam tylko jeden przebłysk liryki w szkole górniczej w Wałbrzychu. Pisałem listy miłosne dla kolegów, z którymi mieszkałem w internacie. A w rewanżu koledzy pomagali mi w rysunku technicznym i douczali z matematyki.

Uczyłeś się uwodzenia czytelnika na listach miłosnych, a potem uwodziłeś w tomikach czytelników.

– Bardzo trafna uwaga. Pisanie jest sztuką uwodzenia.

Potem przyjechałeś do wielkiego Krakowa.

– Trafiłem na dobry czas. Moim kolegą z ławy studenckiej był Adam Ziemianin, chłopak niby z tego samego pnia, z podobnego kręgu kulturowego, chociaż z innego domu, letniskowego, a to są różne światy. Znał Harasymowicza, którego i ja dzięki niemu poznałem: Harasymowicz stał się naszym pierwszym mistrzem wrażliwości i wyobraźni. Bo nie intelektu. Od intelektu byli inni, z którymi zetknąłem się „Pod Jaszczurami”, gdzie założyliśmy grupę Teraz. Julian Kornhauser, Adam Zagajewski, Wit Jaworski… prawie rówieśnicy, ale już po fakultetach. Adam, który mi wtedy bardzo imponował, przepisywał nawet moje pierwsze wiersze na maszynie… A potem napisał w „Studencie” felieton o tym, jak to wielki krytyk przez przypadek odkrył przypadkowego młodego poetę.

Czytałem. Twoi koledzy byli zazdrośni o Sandauera.

– No pewnie. Debiutanta, który jest nauczycielem prowincjonalnym, odkrywa największy krytyk i wprowadza w świat literatury. Kilkanaście lat znajomości, a potem przyjaźni z nim, było dla mnie czymś więcej niż ukończenie paru uniwersytetów... Mówił na przykład: „To jest wielkie, to jest niebywałe!”. A na coś innego, średniego, w ogóle nie zwracał uwagi. Więc ja potem też szukałem „rzeczy wielkich”.

Jeśli wspominamy mistrzów... W tych pierwszych latach bardzo wzmocniła mnie i dodała pewności trwająca sześć lat korespondencyjna przyjaźń z Mrożkiem, który z Paryża pisał do mnie jak do równego sobie. No i to, że „Tygodnik Powszechny”, w osobie redaktora Bronisława Mamonia – od 1972 do 1992 roku – zamieszczał całe kolumny moich wierszy. Marek Skwarnicki zaproponował mi wtedy stypendium w Iowa, odpowiedziałem, że nie znam angielskiego – głupota, bo mogłem się nauczyć i moje życie potoczyłoby się inaczej. Ale czy lepiej?

Były też spotkania z wybitnymi pisarzami – „chłopami z Warszawy”: Myśliwskim, Pilotem, Nowakiem, Berezą, to Cię też formowało.

– Ich idee, ich wypowiedzi o potędze pisarzy nurtu chłopskiego, w swoim czasie nawet zaciążyły zbyt mocno na moich wypowiedziach o literaturze. Szczęściem odtrutkę stanowił Sandauer, którego regularnie odwiedzałem w Warszawie. U niego i u Erny miałem pokój gościnny.

Na pisaniu jednak te teorie nie zaciążyły.

– Na szczęście nie trzymałem się ich kurczowo.

Brałem udział w spotkaniu promocyjnym w Borzęcinie z okazji wydania książki Borzęcin z Twoimi wierszami i moimi zdjęciami. Przyszło ze 200 osób i wszyscy wytrzymali przez niemal 3 godziny. W swojej rodzinnej wsi masz niebywały „odsłuch”.

– Może przyszli tak gromadnie, bo na spotkaniu była także Ania Dymna? Ale fakt, że lubią mnie, co zauważył w reportażu w „Polityce” nawet sarkastyczny zwykle Marcin Kołodziejczyk. Organizują co roku małopolski konkurs recytatorski moich wierszy, przez który przewinęło się kilkuset młodych ludzi. To jest naprawdę wzruszające.

Paliwem Twojej poezji jest wzruszenie. A przeżycie, intelekt?

– Z wierszem jest jak z kobietą: musi działać na twoje serce, na twoją głowę i na twoje podbrzusze. Poeta wzrusza, porusza intelekt, ale musi mieć też jaja, czyli chodzi też o całą sferę zmysłową.

Idźmy dalej w tę poetykę. Wzruszenie, przeżycie, przemyślenie, wyrażenie…

– Intuicyjny błysk – czyli trafia jabłko w głowę Newtona... a potem próba wyjaśnienia sobie samemu, co w tym błysku jest. No i obrabianie wiersza, żmudne rzeźbienie słów, może to trwać latami. Jeden z wierszy pisałem przez 35 lat. Naprawdę...

A jak jest u Ciebie w życiu ze wzruszeniami?

– Miłosz mówił, że poeta, jak chirurg, musi mieć serce z kamienia, bo ciągle by umierał na zawał (śmiech). Wzruszam się, ale niekiedy przed czasem albo po czasie, a w trakcie zdarzenia już nie. Są chwile, gdy nic nie czuję, choć powinienem czuć wiele, i takie, gdy czuję za dużo, choć – nie powinienem nic.

Czy każdy człowiek może napisać dobry wiersz?

– Nasz wspólny kolega z redakcji, znakomity satyryk i felietonista Bruno Miecugow mawiał: „Ja takich wierszy jak ty mógłbym pisać na pęczki. Założymy się Józek?”. Bo miał małpią zręczność imitacji. Odpowiedziałem: „Spróbuj napisać à la Bruno Miecugow, a nie à la Baran”. W poezji trzeba stworzyć własny styl. To jest sztuka.

Wydaje mi się, że każdy ma w sobie takie źródełko prawdy, tylko nie każdy ma odwagę do niego dotrzeć. Mówi się pożyczonymi słowami, przeżywa się pożyczonymi uczuciami, myśli – pożyczonymi myślami. Nie ma czasu, żeby dotrzeć do siebie. Miron Białoszewski, którego poznałem na wspólnym literackim wyjeździe do Macedonii i z którym korespondowaliśmy... ten dopiero miał odwagę bycia sobą bez oglądania się na cokolwiek!

W wierszu chodzi o szczerość?

– Masz się rozbierać, jednak nie do końca... zostawić coś tajemniczego jak tancerka podczas striptizu. Nad tą szczerością musisz się po prostu naharować.

Czyli nie każdy może napisać dobry wiersz?

– Poeta nie zaczyna się wtedy, kiedy napisze wiersz czy tomik. Tylko wtedy, gdy ułoży ze słów całe gospodarstwo czy księstwo wyobraźni, gdzie architektura jest doskonale zakomponowana, są ogrody, sąsiedzi.

Powiedz, jak poeta czyta cudze wiersze?

– Na przykład często wracam do Mirona, który zaskakuje mnie i inspiruje skojarzeniami, choć oprócz arcydziełek „robił” zakalce. Ale nawet te zakalce są interesujące: dają kopa, zapłon iskry, można w jego błyskotliwych i karkołomnych skojarzeniach odkrywać wciąż coś nowego...

A wczoraj wróciłem do wierszy Tomasa Tranströmera, bo są teraz w Krakowie i Katowicach Dni Tranströmerowskie, na których miałem wystąpić, ale, niestety, musiałem zrezygnować... Kiedy wchodzi się w te szwedzkie wiersze, to najpierw odbija się czytelnik jak od ściany, a dopiero potem zaczynają wciągać. Jest w nich jakaś Tajemnica. Zachwycił mnie przy wczorajszym czytaniu tekst Odpowiedź na list. Otóż Tranströmer znajduje list pisany 26 lat temu i kapitalnie komentuje:

„Czasami między wtorkiem a środą rozpościera się przepaść, ale 26 lat może minąć w okamgnieniu. Czas nie jest prostą drogą, raczej labiryntem. Jeśli przycisnąć się do ściany we właściwym miejscu, słychać spieszne kroki i głosy, słychać samego siebie przechodzącego spiesznym krokiem lata temu”.

Właśnie minęło 25 lat od naszego pierwszego spotkania w Västerås, kiedy on był już po wylewie. Czekał na Nobla (śmiech)... i na mnie z Leonardem Neugerem, jego polskim tłumaczem, który dowiózł nas autem ze Sztokholmu. Miałem zrobić z poetą wywiad, ale jak zrobić wywiad z kimś, kto prawie nie mówi, bo po wylewie cierpi na afazję!? A jednak się udało! Przeprowadziliśmy rozmowę za pośrednictwem Leona i Moniki, żony Tomasa. To był pierwszy jego wywiad zagraniczny po chorobie. On tylko przytakiwał albo kręcił głową... Stworzyłem potem kompilację eseju z wywiadem, wydrukowaną w 1992 r. w jego polskim wydaniu małych próz Muzeum motyli.

I ten Tranströmer sprzed 25 lat raptem ożył w mojej pamięci w trakcie wczorajszej lektury jego wierszy. Ożył nie tylko w sensie psychicznym. Tak jakbym, mówiąc jego słowami, „przycisnął się do ściany labiryntu we właściwym miejscu” – zobaczył go naprawdę z kosturem na tej ścieżce przed domem w Västerås... To było niemal fizyczne spotkanie, tym bardziej że i ja teraz jestem chory i mam kłopoty z mówieniem. Podobna sytuacja, więc tym mocniej uwyraźniło mi się to, co zdarzyło się ćwierć wieku temu. Jakbym dziś lepiej go rozumiał niż wtedy... Jego sytuację i sytuację jego żony Moniki opiekującej się nim tak, jak mną przez ostatnie pół roku moja żona Zosia.

Dochodzimy do paliwa, które nazywa się kobieta. Czy gdyby nie było kobiet – istniałaby poezja?

– Nie. Musiał być minstrel i dama serca. Musiał być zakochany rycerz, który chcąc się zbliżyć do wybranki, brał do ręki lutnię…

I przestawał być zwierzęciem.

– Samcem...

A nawet mordercą, bo uczucie do kobiety czyniło z niego człowieka. Odkładał miecz, brał do ręki pióro.

– Składał hołd światu delikatniejszemu, wrażliwszemu...

Kobiety inspirują, ale i są dziś w większości czytelniczkami tomików.

– Tak. Dwie trzecie czytelników poezji to płeć piękna. Zresztą sam poeta też musi mieć w sobie coś kobiecego. Normalni faceci zajmują się czym innym. Jedni jeżdżą autami, inni są informatykami, menadżerami, introwertykami rozmawiającymi z komputerem i żyjącymi w wirtualnym świecie... Czym jeszcze się zajmują faceci – śrubkami, forsą, zdobywaniem władzy…

Kobiety też gonią za władzą, karierą.

– Oczywiście. Ale chodzą do filharmonii, teatru.

Dobrym paliwem dla poety jest podróż. Byłeś chyba na wszystkich kontynentach, w dziesiątkach krajów, zawarłeś setki znajomości. Podróże to osobny temat, wspominam o nich tylko dlatego, bo skonfrontowały mnie ze stereotypem odbioru Twojej liryki. Niedawno pomyślałem – Józek słucha Bacha, rozmawia z Hindusami, lata samolotami, zmienił się, jest kimś innym albo udaje. Ten, którego znałem kiedyś z wierszy, miał dziadka Bacha i chodził po wiejskich dróżkach za krowami.

– Cześć krytyków, niestety, zakończyła czytanie moich wierszy w ubiegłym wieku – na Borzęcinie. Lenie... Powstał w ich głowach krytyczny stereotyp Józia grającego na fujarce. Choć w ostatnich latach wydałem chyba z 10 nowych książek – w tym kilka nowych tomików, cztery tomy dzienników, moją korespondencję z Mrożkiem.

Zmieniłeś się Ty czy horyzont...?

– Na pewno człowiek ma takie podświadome dążenie, żeby odmienić się w podróży. Samolot to magiczna różdżka, która przenosi go tysiące kilometrów. Ale to również część strategii twórczej, żeby ubrać lirykę w nowe szaty. Poszerzyć wachlarz tematyczny, gdy czułem, że zaczynam się powtarzać. Mimo wszystko krąg obsesji własnych pozostaje niezmienny... Ostatnią dużą podróż odbyłem do Singapuru i do Brazylii, gdzie miałem spotkania autorskie na uniwersytetach...

A teraz nie wyjeżdżam, nie podróżuję. Od prawie roku choruję... Moim kosmosem jest mieszkanie M-4. Jak pisał Tranströmer: „podróż sama do mnie przychodzi”.

Co to znaczy?

– To znaczy tyle co w moim niedawno napisanym wierszu Odkryłem, że jestem teraz ślimakiem z kosmosem mieszkania na plecach.

 

Rozmawiał: Jakub Ciećkiewicz

 

Józef Baran (rocznik 1947) ma w dorobku ponad 30 książek, jest poetą obecnym w podręcznikach, a także w krajowych i zagranicznych antologiach poezji polskiej XX wieku. Tłumaczony na ponad dwadzieścia języków – wydał osobne tomy w USA, Rosji i Hiszpanii. W bieżącym roku obchodzi jubileusz pięćdziesięciolecia twórczości.

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, lipiec-sierpień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl