Rzeźba – dostojny brodaty starzec z brązu – i prawdziwy chłopczyk obok rzeźby. Jest takie zdjęcie. Pulchny chłopczyk, blondynek z dyskretnymi rumieńczykami, w szarej marynarce i zielonym krawacie do koszuli koloru myszy. W spojrzeniu niebieskich oczu, zamarłym na wielkim wysokim czole nad brodatą twarzą, odrobina dziecięcej dumy. To dziesięcioletni, może dwunastoletni Olivier Dickens. Który to rok? Niedawny – zdjęcie pochodzi z naszych czasów. Palcami prawej dłoni Olivier ostrożnie dotyka metalową skroń swego prapradziadka Karola Dickensa patrzącego na ułomny świat. Dickens wiktoriański, wielki Dickens zamarły w gigantycznym znaku z brązu. Niewiele więcej jest go w pierwszym rozdziale powieści Richarda Flanagana Pragnienie (Wydawnictwo Literackie, Kraków), na tych dwóch stroniczkach prologu, które całe są zlepkiem informacji niewiele żywszych od encyklopedycznych haseł.

Oto wyspa na południowej półkuli, pomiędzy Ziemią Van Diemena a Australią. Oto koniec wojny białych z aborygenami. Oto szkicowa notka biograficzna „małego prezbiteriańskiego stolarza i kaznodziei”, zarazem Protektora wyspy. Oto kilka zdań o planie uczłowieczania, cywilizowania pokonanych dzikich. W końcu informacje o czasie i ważkich zdarzeniach na świecie. Że mamy rok 1839, że pierwsza fotografia człowieka powstała, że dżihad przeciwko Francuzom ogłoszony, a na półkuli północnej „Charles Dickens zyskał jeszcze większą sławę niż dotąd za sprawą powieści Oliver Twist”. I tyle, już prawie wszystko. Garść suchych przekazów. Tak, wszystko, lecz jednak nie do spodu. Tuż po słowach Oliver Twist Flanagan dokleja do encyklopedycznych wypisów grudkę ciepła. Układa zdanie, które jest niczym zawrotnie żywy mały grzybek, który nocą cudem jakimś niepojętym wyrósł na suchym pniu.

„To nie do pojęcia, pomyślał Protektor, zamykając rejestr po sporządzeniu kolejnego raportu z sekcji zwłok i powracając do przygotowania notatek na wykład o pneumatyce”.

Tak właśnie i właśnie tym – „pneumatyką” – Flanagan naciska klamkę i otwiera furtkę. Po drugiej stronie – opowieść jego, wędrówka przez stron 249 ścieżką fantastycznie się wijącą, ale też nieciągłą, rwącą się, ścieżką nagle przeskakującą przez spore połacie czasu i przestrzeni. Dodając fundamentalną Arktykę i śmierć na dnie statku niespiesznie miażdżonego krami – po drugiej stronie furtki w zasadzie wciąż jest, co jest podane w prologu: wyspa obok Australii, Londyn Dickensa, uczłowieczanie barbarzyńskich aborygenów przez szlachetnych przedstawicieli wysoce cywilizowanego Imperium Brytyjskiego. Lecz ciepło, z każdą kolejną stroną intensywniejsze, ciemniejące powoli, coraz bardziej bezlitosne – obrasta te orientacyjne punkty. Huba smakowitych zdań Flanagana rośnie na ażurowej strukturze początku, wrasta w nią. Opowieść cała pęcznieje we wszystkie strony niczym finał pierwszego rozdziału, gdzie fraza „To nie do pojęcia” powiększa się o raport z sekcji zwłok i notatki o pneumatyce, tak jakby miało czegoś boleśnie brakować, gdyby dopisało się tylko „Pomyślał Protektor” i postawiło kropkę. A czy brakowałoby czegoś boleśnie, gdyby w Martwych duszach scenę powitania, które podjeżdżającemu pod dom Koroboczki Cziczikowowi zgotowały psy, Mikołaj Gogol wcisnął w tylko jedno zdanie: „Tymczasem psy aż się zanosiły od szczekania na wszystkie możliwe tony”? Owszem, tego oto brakowałoby boleśnie.

„Tymczasem psy aż się zanosiły od szczekania na wszystkie możliwe tony: jeden, podniósłszy łeb do góry, zawodził tak przeciągle i z taką gorliwością, jak gdyby otrzymywał za to Bóg wie jaką pensję; inny odszczekiwał niby ministrant; pomiędzy nimi dzwonił, niby dzwonek pocztowy, niezmordowany dyszkant, prawdopodobnie młodego szczeniaka, a wszystko to zamykał wreszcie bas, być może, psa sędziwego albo też obdarzonego wybitną psią naturą, dlatego że chrypiał, jak chrypi bas na chórze, gdy koncert jest w całej pełni: tenory podnoszą się na palcach, pragnąc usilnie wydobyć wysoki ton, i wszystko, co żyje, wspina się do góry, wyciągając głowy, a on jeden, wsunąwszy w kołnierzyk nieogolony podbródek, przysiadłszy niemal do samej ziemi, wydaje stamtąd swój ton, od którego szyby się trzęsą i brzęczą”.

Gdyby nie huba kapiąca z pióra Gogola – nie weszlibyśmy do cerkwi ledwo żywej pod głosem spasionego basa. Gdyby nie huba zdań Flanagana, rozrastająca się w cztery strony świata i obie strony czasu – nie weszlibyśmy pod oficjalne szaty cywilizowanego, kulturalnego świata, z wyżyn iście boskich litościwie spozierającego na plemiona jakoby ułomne; nie wsunęlibyśmy się w ciemności pod skleconym z truizmów o świętości rodziny, z operetkowej czułości dla biednych i z pokazowej pokornej cnotliwości pancerzem wiktoriańskiej mentalności, pancerzem pucowanym w klubach dżentelmenów, na mszach, balach i strzelistych odczytach. Ale też jeśli ktoś wielbi literaturę Wielkich Idei, prozę Koturnowych Problemów Cywilizacyjnych – niech do Pragnienia Flanagana lepiej nie podchodzi. Ciemności, w które wchodzi ta opowieść, we wszystkie strony świata i czasu rozkwitająca niczym poemat tworzony wedle reguł „układu rozkwitającego” Tadeusza Peipera, to są w ostatecznym rachunku ciemności pojedyncze, ciemności kilku istnień. Nie ma w Pragnieniu bombastycznej panoramy zwarcia pychy kultury z wolnością natury, sztucznej ogłady z nieskrępowanym barbarzyństwem, Olimpu z planktonem prawie zwierzęcym. Jest kilka losów. Tylko tyle. Jest kilka blizn, które zadało kilka śmierci. To wszystko. Jest samotność aborygeńskiej dziewczynki, Mathinny, którą wysłannicy Londynu siłowo uczą chodzić w butach, jest samotność sir Johna Franklina, który wyruszył do Arktyki, by odnaleźć słynne, bez mała mityczne Przejście Północno-Zachodnie, a odnalazł jedynie kry miażdżące jego pełne chrześcijańskiej ogłady ciało, jest samotność lady Franklin walczącej o dobre imię zaginionego męża, posądzanego o grzech przedśmiertnego kanibalizmu, jest samotność powoli stygnącej, starzejącej się aktorki, zapadającej się w mule pamięci o niegdysiejszej sławie, w końcu jest samotność Charlesa Dickensa, samotność, której oficjalnie przecież nie ma.

Oficjalny Dickens – to do dziś jest pocieszenie dla dzieci i podpora wszelkiej maści pań Dulskich. Taki też był za życia, w drugiej połowie XIX wieku, taki był dla Londynu i Anglii całej. Cudowny Moralista! Sumienie Społeczeństwa! Czciciel Miłości oraz Wierności! Kapłan Rodziny! Wzór, Przykład, Doskonałość Etyczna! W swych genialnych powieściach – sędzia bezlitosny dla zła i niezawodny obrońca poniżanych! Tak. Tyle tylko że wszystko to było przejawem jego potwornego w swej wielkości aktorskiego talentu, wszystko to było dzień po dniu reżyserowanym przezeń operowym teatrem bombastycznej dobroci, koturnowego humanizmu i reguł mieszczańskich. U Flanagana Dickens jest z każdą stronicą coraz częściej bez maski. Gardzi żoną, dziećmi. Nic dlań nie znaczą reguły, przykazania, powinności. Nocami łazi po Londynie i niczym świeże powietrze wdycha swąd zgnilizny, rozpadu, próchna. Odwiedza domy wypełnione przyćmionym światłem i potem kobiet, by tam, jak rzeknie towarzysz jego wędrówek, namiętnie „otwierać muszelki”.

Fiodor Dostojewski wspomina, że podczas ich spotkania Dickens wyznał, iż dobrzy, prości ludzie w jego powieściach są tym, czym sam chciałby być, zaś czarne charaktery tym, czym w rzeczywistości jest. I dorzucił: „Są we mnie dwaj ludzie: jeden, który czuje to, co powinien, a drugi wręcz przeciwnie”. U Flanagana – który jest, jak każdy naprawdę wielki opowiadacz, daleki od stawiania komukolwiek jakichkolwiek ocen za życie – Charles Dickens już nie gra. Co więc robi? Schodzą się w nim wszystkie ścieżki opowieści – wyspa koło Australii, los starej aktorki, grzech kanibalizmu, Londyn – a on szuka odpowiedzi...

Szuka sensu odwiecznej, nieusuwalnej, przez Roberta Louisa Stevensona nieomylnie sportretowanej gry doktora Jekylla z panem Hydem. Znalazł? Przemilczę to. Patrzę na zdjęcie pomnika i chłopca. Olivier dotyka brązowej skroni Charlesa. Patrzy spokojnie, ufnie. Jeszcze nie wie, że błyszczące powierzchnie Olivera Twista, Klubu Pickwicka i Davida Copperefielda to nie wszystko, co jest.

 

Paweł Głowacki

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, lipiec-sierpień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl