Ile godzin spędził Pan za pulpitem przewodniczącego obrad 41. sesji Komitetu Światowego Dziedzictwa UNESCO?

– Na pewno nie mniej niż 50 godzin, ale i nie więcej niż 70. Ale to pytanie nie wyczerpuje problemu. Prowadząc obrady przez cały dzień, zaledwie z dwugodzinną przerwą obiadową, musiałem nie tylko udzielać głosu i pilnować czasu wypowiedzi, ale jednocześnie prowadzić prace redakcyjne nad poszczególnymi decyzjami czy dokumentami, które przyjmowaliśmy. Nie życzę nikomu tak ciężkiej pracy bez możliwości wstania i odejścia od stołu prezydialnego, choćby na chwilę.

Ile razy zmieniał Pan garnitur?

– Codziennie miałem inny.

Kiedy dzień był trudny, występował Pan w ciemnych kolorach, kiedy lżejszy w jaśniejszych...

– To raczej zależało od pogody...

Sesja Parlamentu Europejskiego w Strasburgu trwa 4 dni, przewodniczący ma 17 zastępców, a przewodzący obradom niczym krupierzy przy stole do rulety zmieniają się co 45 minut. Pański przypadek to chyba rekord świata. Księga Guinnessa się kłania?

– Tego nie wiem, natomiast regulamin obrad Komitetu Światowego Dziedzictwa UNESCO jest okrutny, on wprawdzie przewiduje możliwość zastąpienia przewodniczącego...

... nominalnie miał Pan przecież pięciu zastępców, chociaż nie nazwanych z imienia i nazwiska, ale z nazwy kraju, który reprezentują...

– ...wiceprzewodniczący nie byli skłonni do zastępowania mnie, bo to jest bardzo ciężka i odpowiedzialna robota. Wymagająca wielotygodniowych studiów nad omawianymi dokumentami, które niczym dyrygent partyturę trzeba znać praktycznie na pamięć. Komitet generalnie podejmuje decyzje poprzez konsensus wszystkich 21 członków. A dochodzenie do konsensusu było bardzo praco- i czasochłonne. Sama mechanika obrad była bardzo skomplikowana i moi znakomici zastępcy w osobach ambasadorów Portugalii i Republiki Korei – bo w regulaminie Komitetu wyraźnie powiedziano, że precedencja, czyli kolejność zastępowania przewodniczącego przez delegatów z poszczególnych krajów, wynika z alfabetu (po Polsce jako kraju, który przewodniczył) – zastąpili mnie tylko w tych dwóch wypadkach, gdy regulamin wyłączał mnie jako Polaka, czyli wtedy, kiedy omawiane były sprawy polskie...

Jedna była przyjemna, czyli wpisanie na listę światowego dziedzictwa Kopalń Cynku i Ołowiu w Tarnowskich Górach, a druga mniej przyjemna: wycinka drzew w Puszczy Białowieskiej...

– Obie sprawy były jednakowo ważne i były zaledwie dwoma z ponad dwustu pięćdziesięciu znajdujących się w porządku obrad tego krakowskiego maratonu. Natomiast emocje, zwłaszcza wokół sprawy Białowieży, kumulowały się na zewnątrz sali obrad. Mieliśmy do czynienia zarówno z manifestacjami, jak i kontrmanifestacjami; nie miały one zresztą najmniejszego wpływu na decyzje, jakie zapadły. Projekt decyzji w sprawie Białowieży został przygotowany i publicznie ogłoszony przez Centrum Światowego Dziedzictwa w Paryżu już 2 czerwca. Był więc dobrze znany zarówno rządowi RP, jak i licznym organizacjom pozarządowym, ekologom, którzy byli dokładnie odwrotnego zdania niż minister środowiska...

Występował Pan niczym monarcha...?

– Władza przewodniczącego we wszystkim tym, co wiąże się z przygotowaniem i prowadzeniem sesji, jest na swój sposób absolutna. W regulaminie zapisano, że to przewodniczący otwiera i prowadzi obrady, zapewnia przestrzeganie regulaminu Komitetu, udziela głosu, zarządza glosowania i ogłasza decyzje oraz orzeka w kwestiach formalnych. Kompetencje przewodniczącego są spore także w wymiarze merytorycznym. Wymaga to znajomości wszystkich dokumentów, które wpłynęły znacznie wcześniej do centrum w Paryżu. Musi znać wszystkie sprawy będące przedmiotem obrad, jest odwiedzany przez ambasadorów poszczególnych krajów na długo przed rozpoczęciem sesji. Ja też miałem liczne spotkania z ambasadorami krajów, których nie wymienię z nazwy, a które mają, np. ze sobą konflikt. Przychodzili jedni, a zaraz następnego dnia drudzy...

Więcej ich było niż te dwa kraje, które wszyscy mamy na myśli?

– Ależ oczywiście! Lista Światowego Dziedzictwa po sesji krakowskiej liczy 167 krajów, które mają swoje wpisy. Nieustannie poszerzamy spektrum geograficzne, a wraz z tym natrafiamy na nieoczekiwane konflikty, np. graniczne. Dzisiaj takich konfliktów w krajach obszaru Azji i Pacyfiku jest kilka, zarówno lądowych, jak i morsko-oceanicznych. I one paradoksalnie były częścią moich zajęć jako przewodniczącego. Kiedy w październiku ubiegłego roku obejmowałem funkcję przewodniczącego, zapowiedziałem, że moim głównym celem, co brzmiało zapewne naiwnie, będzie ochrona konwencji, Listy i samej sesji przed upolitycznieniem. Natomiast to upolitycznienie jest na swój sposób nieuchronne. Konflikt bliskowschodni jest stałym fragmentem urozmaicającym wszystkie kolejne sesje. To, co wydarzyło się w Krakowie, było niewątpliwie kulminacją, choć do drastycznych scen dochodziło już wcześniej w Bonn, Stambule i Paryżu. UNESCO dla takiego kraju jak Palestyna jest jednym z nielicznych narzędzi i okien do manifestowania na arenie międzynarodowej swoich interesów. Palestyna nie jest członkiem ONZ, więc wiele kwestii politycznych w sposób naturalny wnosi poprzez UNESCO na forum międzynarodowe. Niezależnie od dwóch gorących politycznie dni – wtorku (4 lipca) i piątku (7 lipca) – obrady krakowskie były bardzo merytoryczne, tu wszyscy goście dobrze się czuli, odpowiadała im atmosfera i klimat miasta. Ta sesja także z perspektywy UNESCO była niezwykle udana. Była przełomowa w wielu aspektach. Dla mnie osobiście najważniejsze było znalezienie płaszczyzny porozumienia między samą Konwencją i jej międzyrządowym charakterem, a społeczeństwem obywatelskim. Wszyscy jesteśmy użytkownikami dziedzictwa, możemy powiedzieć: „Dziedzictwo to my, ludzie to dziedzictwo tworzący”. Po raz pierwszy wszystkie organizacje pozarządowe z całego świata, które zarejestrowały się na tę sesję, otrzymały głos. Więcej, doprowadziłem do pierwszego spotkania Komitetu Światowego Dziedzictwa z przedstawicielami największych organizacji pozarządowych zajmujących się zarówno ekologią, jak i ochroną zabytków. W finale krakowskiej sesji udzieliłem głosu przedstawicielce tych organizacji. Jej wnioski są częścią dokumentu końcowego. I to jest wskazówka, by na kolejnych sesjach równowaga pomiędzy częścią rządową a społeczną była utrzymywana. To jest mój osobisty sukces. Podkreślono to nawet w dokumencie końcowym krakowskiej sesji, że kwestie udziału przedstawicieli trzeciego sektora w realizacji Konwencji procedowano z inicjatywy jej polskiego przewodniczącego. Kolejna polska inicjatywa to forum zarządców miejsc wpisanych na listę światowego dziedzictwa. Łatwo było się w 1978 roku wpisać na listę...

To przyszło wtedy prawie samo...

– Ale znacznie trudniejsze jest zarządzanie tymi zasobami, które poddawane są najprzeróżniejszym presjom. To nie tylko konflikty zbrojne, nie tylko trzęsienia ziemi i inne kataklizmy naturalne. Dzisiaj to jest przede wszystkim presja cywilizacyjna. Dokonany w Krakowie wpis Wiednia* na listę „dziedzictwa w zagrożeniu” jest sygnałem, że UNESCO jest instytucją wiarygodną. Jeżeli są jasne kryteria i czyste standardy przesądzające o tym, że konkretny wpis reprezentuje nadzwyczajną, powszechną wartość, to Komitet Światowego Dziedzictwa musi je konsekwentnie egzekwować. Jeśli pojawia się ktoś, kto tę wartość chce naruszyć, uszczuplić i unicestwić, i jeżeli to czyni – a była to oficjalna decyzja władz Wiednia wyrażających zgodę na wielką inwestycję w miejsce hotelu InterContinental przy Am Heumarkt, dokładnie pomiędzy Stadtpark, a Wiener Koncerthaus – to narusza reguły przyjęte w sprawie Listy Światowego Dziedzictwa. I to jest bardzo ważny sygnał, jaki wyszedł z Krakowa. Jest on adresowany nie tylko do władz austriackich. W ten sposób Komitet zwraca uwagę, że dzisiaj poza zwalczaniem upolityczniania najważniejszą rzeczą – i mówię to z całym przekonaniem jako przewodniczący, który nadal ten mandat sprawuje – jest egzekwowanie standardów, jeśli chodzi o zarządzanie często rozległymi obszarami wpisu na Listę UNESCO. To są nie tylko wielkie parki narodowe, ale tak złożone obszary urbanistyczne jak np. Sankt Petersburg. Kraków powierzchniowo wcale nie jest największym spośród wszystkich wpisanych zespołów architektonicznych, ale świetnie wiemy, jakie konflikty w ciągu ostatnich lat wstrząsały i wstrząsają nadal naszym miastem, jeśli idzie o samą strefę wpisu. Skuteczne rozwiązywanie konfliktów, jakie dziś zagrażają naszemu wspólnemu dziedzictwu, wymaga też szeroko pojętej edukacji. Dlatego za bardzo istotne uznaję owoce krakowskiego Forum Młodych. Już tydzień przed inauguracją 41. sesji na Wawelu zaczęliśmy od bardzo intensywnego programu przygotowanego przez Międzynarodowe Centrum Kultury i Polski Komitet ds. UNESCO dla młodych ekspertów dziedzictwa z 32 krajów. W tej grupie byli przedstawiciele 21 państw tworzących obecny skład Komitetu UNESCO, a więc reprezentowane były takie kraje, jak np. Burkina Faso, Peru, Indonezja, Zimbabwe, Tanzania, przedstawiciele wszystkich siedmiu naszych sąsiadów, wreszcie uczestnicy z Syrii i Iraku. Efektem ich pracy była deklaracja ogłoszona w pierwszym dniu Sesji, wykorzystująca polskie doświadczenie odbudowy Warszawy, jakże aktualne wobec dzisiejszej tragedii Aleppo. To Polska pokazała światu, że z tak wielkiej tragedii jak zniszczenie przez hitlerowców Warszawy, jest wyjście. Forum Młodych, Forum Organizacji Pozarządowych i Forum Zarządców to były trzy dodatkowe wydarzenia, które będą zapamiętane w historii 41. Sesji UNESCO poza wymiarem jej niezwykłej atmosfery i tego, że Kraków jest fajnym miastem. Dla wielu uczestników były ożywczą nowością w dość sztywnej, konserwatywnej wręcz procedurze i porządku obrad.

Wpisanie Wiednia na listę dziedzictwa zagrożonego było dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Stolica walca z czasem pewnie dołączy do Drezna definitywnie skreślonego już z listy. Jakie z tego wynikają wnioski dla Krakowa?

– Krakowowi skreślenie nie grozi!

Na pewno?! Lada moment dawny kolejowy nasyp ziemny zostanie zastąpiony przez czterotorową żelbetową estakadę, która rozetnie stare miasto.

– Moje rozumienie tego problemu jest zupełnie odwrotne. Ten nasyp – powiem to jako historyk Krakowa – usypano w wielkim pośpiechu, w czasie wojny krymskiej lat 1853–56. Gdyby nie było wojny i nie było pośpiechu, to zapewne już wtedy zbudowano by estakadę, która nie rozrywałaby Krakowa. To ten nasyp na odcinku pomiędzy ulicą Kopernika a wiaduktem nad ulicą Miodową rozerwał dzielnicę Wesoła. Zdezintegrował np. Blich od Librowszczyzny. Po blisko 170 latach prymitywny ziemny nasyp zastąpiony zostanie estakadą, która zreintegruje wreszcie tę część dzisiejszego śródmieścia. Rozwiąże też jakże ważną dla miasta kwestię kolei aglomeracyjnej. Kraków jest pod tym względem spóźniony w stosunku do innych wielkich miast. We wszystkich metropoliach, jakie znam, kolej jest integralną, immanentną częścią układu komunikacji publicznej w mieście. W Krakowie tego nie ma! To jest paradoksalne, ponieważ układ kolejowy Krakowa jest przecież rozbudowany. Ja bym się więc z powodu likwidacji wału, który sztucznie podzielił nasze miasto, specjalnie nie martwił, myślę, że jest to wręcz nadrobienie historycznej zaległości.

Polska ma w tej chwili 15 wpisów obejmujących 28 obiektów na Światowej Liście Dziedzictwa Kulturowego i 5 obiektów czekających w kolejce na krajowej Liście Informacyjnej. Czy powinniśmy zabiegać o kolejne wpisy, czy – jak czynią to niektóre kraje – skupić się wyłącznie na skrupulatnej ochronie osiągniętego stanu posiadania?

– Polska ma jeszcze spory potencjał. Doświadczenie Tarnowskich Gór jest tutaj dobrym przykładem, bo inicjatywa tego wpisu wyszła od społeczności lokalnej. Patrząc na Polskę „z lotu ptaka”, zdumiewa mnie tak wielka u nas asymetria pomiędzy wpisami kulturowymi a brakiem, poza dość wcześnie wpisaną Białowieżą, jakichkolwiek wartości przyrodniczych. Lasy Bukowe figurują już w rejestrach UNESCO w innych krajach, co oznacza, że Bieszczadzki Park Narodowy niejako z definicji powinien być wpisany, skoro po słowackiej i ukraińskiej stronie dokładnie ta sama struktura jest już na Liście. Dolina Biebrzy, Wielkie Jeziora Mazurskie, Pieniny i przełom Dunajca – tutaj trzeba by się dogadać ze Słowakami, bo wpisy transgraniczne są bardziej preferowane...

Jako miesięcznik „Kraków” przed sesją lansowaliśmy właśnie Pieniny z przełomem Dunajca...

– I słusznie. Miesięcznikowi „Kraków” wyznam, że z mojej wiedzy człowieka głęboko zatopionego w tej problematyce wynika, iż aż się prosi, aby Nowa Huta wraz z Mińskiem, stolicą Białorusi i kilkoma jeszcze innymi układami z epoki socrealizmu – została wpisana na listę. Skoro Brasilia jako układ funkcjonalny jest wpisana, to także ten etap cywilizacji euroazjatyckiej XX wieku powinien zostać utrwalony.

Ja od kilku lat ze wszystkich swoich sił lansuję kopalnię ropy w Bóbrce – miejsce, z którego ropa naftowa zaczęła zwycięski podbój świata. Rok temu podczas Targów Sztuki Ludowej cały dzień „pracowałem” nad prezydentem Krosna, by go przekonać do działań w tym kierunku.

– I bardzo dobrze, bo inicjatywy obywatelskie czy samorządowe mają szansę powodzenia. Wśród „cudów techniki” dałbym jednak pierwszeństwo Kanałowi Elbląskiemu!

Na liście mamy już znaczną „nadprodukcję” układów urbanistycznych, zwłaszcza średniowiecznych.

– Od kilku już lat preferowane są – i to jest fantastyczne – wpisy transgraniczne i wpisy seryjne. To wprawdzie utrudnia później egzekwowanie wszystkich kryteriów, ale to jest istota misji UNESCO. To wyzwala i wzmacnia potrzebę współpracy międzynarodowej ponad granicami i nierzadko sąsiedzkimi animozjami.

Porozmawiajmy o przegranych. Przed sesją na liście kandydatów do wpisu było 28 pozycji, z czego „pewniaków” było 11, ostatecznie wpisano 21 miejsc. Przepadł np. stary port w Dubaju, który osobiście darzę sporą sympatią.

– On nie przepadł. On ma szansę. On wróci. Tylko musi zostać inaczej zdefiniowany zarówno w wymiarze uniwersalnych wartości, jak i integralności oraz autentyczności tego miejsca. Globalizacja i spektakularny sukces cywilizacyjny Dubaju odcisnęły już tam swoje piętno. W trakcie dyskusji jego status został podniesiony z pozycji „nie do wpisania” to poziomu „referal”. Pozwala to władzom Dubaju na rozważenie przygotowania lepszego wniosku. Z bólem serca np. musieliśmy skreślić gruzińską katedrę Bagrati, ponieważ nadgorliwość miejscowych opiekunów tej katedry, ich nieprofesjonalizm w wymiarze działań konserwatorskich, odebrały autentyczność temu średniowiecznemu miejscu.

Nadal jednak mamy sytuację, w której połowa wszystkich wpisów z każdej sesji to Europa. Niemcy – mówię to bez zazdrości, bo jestem fanem tego kraju – co roku pragmatycznie wpisują jeden albo dwa obiekty.

– To nie jest zdrowa sytuacja i mamy tego świadomość. Panuje w tej chwili zasada, przyjęta już jakiś czas temu, że jeden kraj może złożyć jeden wniosek rocznie. One się czasami kumulują, bo jeden wniosek rozpatrywany jest przykładowo trzy lata, a drugi dwa i dlatego w tym roku Niemcy miały dwa wnioski. Nie zmienia to faktu – co podkreśla się także w dokumentach wypracowanych w Krakowie – że istnieje potrzeba szukania parytetu. Wiele krajów afrykańskich właśnie na sesji w Krakowie mówiło wprost, że dla nich wielkim problemem jest poprawne i prawidłowe przygotowanie wymaganej dokumentacji. Bez doradców i ekspertów zagranicznych nie są w stanie napisać dobrego wniosku. W ten sposób UNESCO może więc tworzyć płaszczyznę dla współpracy i dialogu w wymiarze sąsiedzkim i w wymiarze globalnym.

Widziałem wielką radość przedstawicieli Angoli i Erytrei z powodu swoich pierwszych wpisów. Mamy 193 kraje sygnatariuszy Konwencji i 167 krajów, które mają swoje obiekty wpisane na listę. Zostaje 26 krajów jeszcze bez wpisu, czekających ciągle na swoją radość...

– Dzisiaj – po sesji w Krakowie – nasze myślenie o liście światowego dziedzictwa jest w zupełnie innym punkcie niż w roku 1972. Tu nie chodzi o stworzenie odgórnego kanonu, którego autorem będzie grupa mędrców, bo wtedy mielibyśmy katalog zabytków – natomiast mówimy o liście dziedzictwa. I to jest ta fundamentalna różnica – zabytek jako dziecko epoki jest immanentnie związany z przeszłością, natomiast dziedzictwo oznacza wykorzystanie przeszłości do współczesnych celów. To daje wspaniałe możliwości interpretacji i odkrywania wartości, które wychodzą poza europejski kanon. Pietyzm wobec przeszłości był wynalazkiem Europy XVIII i XIX wieku. Dzisiaj Europa dzieli się tym pietyzmem wobec patrymonium, dumą i radością z jego odkrywania i posiadania, ze wszystkimi innymi kontynentami. To wcale nie było łatwe i dlatego dzisiaj możemy mówić o sukcesie UNESCO. Dzisiaj kładziemy nacisk nie na ranking największych i najpiękniejszych miejsc, a przede wszystkim na to, aby poszerzyć grono państw, które chcą współtworzyć listę światowego dziedzictwa, proponując wspólnocie międzynarodowej swój świat wartości, który podlega następnie weryfikacji w wymiarze uniwersalnym. Przecież bardzo wiele propozycji „nie przechodzi”. Są odrzucane...

Jakie znaczenie ta sesja miała dla Pana, jako dla Jacka Purchli, człowieka który – przypomnijmy to – u progu nowej epoki w 1991 roku organizował Sesję Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE) w Krakowie?

– Wtedy było to otwieranie Krakowa na Europę i ponowne odkrywanie Krakowa dla Europy.

Dzisiaj jesteśmy zupełnie w innej fazie i w innym miejscu. Mogłem to sobie dopiero w pełni uzmysłowić siedząc w ICE, we wspaniałej architekturze, na którą zdobyło się miasto Kraków. Dzisiaj łatwiej zrozumieć, że spotkania międzynarodowe to jest już nasza funkcja metropolitalna. W lipcu 2017 roku przewodniczyłem wydarzeniu otwierającym być może nowy etap w historii Krakowa. Dzięki sesji UNESCO Kraków stał się centrum debaty międzynarodowej w wymiarze globalnym. Dostrzegły to również światowe media. Po raz pierwszy Kraków wybił się też na tak bardzo trudną technologicznie konferencję i wyszedł z tej próby zwycięsko. Ten lipcowy maraton pokazał, jak ważną rzeczą jest budowanie wizerunku Polski poprzez kulturę, jak ważną rolę w budowaniu wizerunku Polski poprzez kulturę odgrywa Kraków.

Słyszałem – bo na uroczystość zakończenia sesji w zajezdni Muzeum Inżynierii Miejskiej na Kazimierzu dziennikarzy nie wpuszczono – że Pańskie zaledwie pięciominutowe przemówienie końcowe było 6 razy przerywane owacją na stojąco...

– Nie da się ukryć. Odebrałem to jednak nie jako miarę swojego osobistego sukcesu, a raczej jako wyraz uznania dla Krakowa i dla Polski... Dodam, że nieobecność dziennikarzy w tym kulminacyjnym momencie Sesji była dla mnie niezrozumiała.

A co takiego Pan w zajezdni powiedział?

– Żadna tajemnica. Było trochę frywolnie, trochę dowcipnie... W powietrzu wisiało coś, co Jan Paweł II kiedyś określił słowami „żal wyjeżdżać”.

W jaki sposób będą wyłaniani nowi członkowie Komitetu na zwalniające się miejsca?

– Mamy obecnie 193 kraje będące sygnatariuszami Konwencji w sprawie ochrony światowego dziedzictwa kulturalnego i naturalnego, które aspirują i walczą o to, by być w Komitecie. Polska sześć razy zabiegała o miejsce w Komitecie. Pamiętam, jak dokładnie 10 lat temu na 8 wolnych miejsc uzyskaliśmy zaszczytną 9 „niebiorącą” lokatę przy dwudziestu kilku krajach znajdujących się na „krótkiej liście”. Z europejskiego punktu widzenia nam się tylko wydaje, że jesteśmy piękni, wspaniali i wszyscy nas kochają. Dopiero UNESCO uczy pokory i szacunku wobec innych regionów świata czy kontynentów. W głosowaniu trzeba zdobyć bezwzględną większość, te głosowania trwają dwa, trzy dni po kilka tur dziennie. I dobrze zapamiętałem wtedy kolejność. Za pierwszym razem tylko jedno państwo uzyskało większość... Które ?

Nie mam pojęcia! Stany Zjednoczone?

– Chiny! Potem była Brazylia, dalej Nigeria, czyli zadziałała solidarność afrykańska, ogólnie rzecz ujmując, krajów rynków wschodzących. Potem Tajlandia i trzy kraje arabskie: Egipt, Jordania i Bahrajn. Polska, Rumunia i Ukraina, które wtedy zabiegały o członkostwo, odpadły. Aby zdobyć większość, trzeba się także od strony dyplomatycznej mocno napracować, nachodzić i nazałatwiać... To pokazuje, że świat jest inny, niż nam się tutaj w Krakowie wydaje. Nie jesteśmy pępkiem świata. Dzisiaj mogę się cieszyć, że ponad dwa lata temu udało mi się jako przewodniczącemu Polskiego Komitetu ds. UNESCO starania o powierzenie Krakowowi roli gospodarza sesji zainicjować. Dostaliśmy tę szansę i wykorzystaliśmy ją, odnosząc sukces wielowymiarowy. I zostaniemy zapamiętani jako miasto sukcesu! Tego sukcesu nie byłoby jednak bez zrozumienia znaczenia takich wydarzeń dla Krakowa przez prezydenta Jacka Majchrowskiego i zaangażowania kolejnych rządów RP.

Dlaczego w Krakowie nie ogłoszono, kto będzie gospodarzem następnej sesji? Nie było więc symbolicznego przekazania pałeczki!

– Sprawa jest delikatna, z reguły państwa ostro ze sobą rywalizują o organizację sesji Komitetu Światowego Dziedzictwa UNESCO. To przecież olbrzymi prestiż oraz wymierne korzyści polityczne i ekonomiczne. Ale gospodarzem Sesji może być wyłącznie państwo, które jest członkiem Komitetu. A w tym roku upływa kadencja aż 12 członków Komitetu, więc 15 listopada w Paryżu, zanim złożę swój urząd przewodniczącego, czeka nas jeszcze przeprowadzenie wyborów tak wielu nowych członków. Dopiero wtedy będziemy mieli pełną paletę możliwości. Tym razem powinno być to państwo z rejonu Azji i Pacyfiku. Państwo, które jest w stanie podołać organizacyjnie i logistycznie. A także (nie ukrywajmy) jest skłonne wyłożyć z budżetu – tak jak uczynił to polski rząd – ekwiwalent mniej więcej 20 mln zł. Przy czym ta inwestycja już się Polsce zwróciła z nawiązką!

Dziękuję za rozmowę i życzę owocnych wyborów w Paryżu.

Rozmawiał i fotografował Jacek Balcewicz

Tekst z miesięcznika „Kraków”, wrzesień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl