Pod koniec stycznia „ABC”, znany hiszpański dziennik o profilu konserwatywno-monarchicznym, ukazujący się od 1903 roku, opublikował rozmowę z księciem Adamem Karolem Czartoryskim na temat ubiegłorocznej sprzedaży przez niego rodzinnej kolekcji państwu polskiemu („Po raz pierwszy opowiada »ABC« wszelkie szczegóły transakcji” – reklamuje się dziennik). Ponieważ tekst ten naszym zdaniem wymaga polemiki, chcieliśmy przedstawić go naszym Czytelnikom w całości. Niestety, do chwili skierowania tego numeru „Krakowa” do druku nie otrzymaliśmy zgody „ABC” na przedruk. Dlatego przedstawiamy poniżej omówienie wywiadu z obszernymi cytatami.

We wstępie do tekstu redakcja „ABC” informuje swych czytelników, że 29 grudnia poprzedniego roku w warszawskim Zamku Królewskim podpisano porozumienie między polskim rządem reprezentowanym przez ministra kultury Piotra Glińskiego a Fundacją Książąt Czartoryskich, reprezentowaną przez jej prezesa Adama Karola Czartoryskiego. W efekcie na własność państwa polskiego przeszły zbiory tej rodziny, „jedna z najważniejszych prywatnych kolekcji na świecie: ponad 86 tys. dzieł sztuki i artefaktów (wśród nich Dama z łasiczką Leonarda da Vinci), biblioteka z ok. 250 tys. książek i rękopisów (w tym oryginał Konstytucji 3 Maja) oraz budynki: pałac, klasztor i zbrojownia. Całość jest wyceniana na ok. 2 mld euro. Transakcja opiewa jednak tylko na 100 milionów euro”. Chęć poznania szczegółów transakcji oraz narodzin kolekcji skłoniły „ABC” do poproszenia o wywiad księcia Czartoryskiego, który na rozmowę pojawił się w towarzystwie swojej libańskiej żony Josette Calil.

Pierwsze pytanie dziennikarza dotyczyło tego, na ile motto przyświecające muzeum Czartoryskich, „Przeszłość przyszłości”, wpłynęło na decyzję darowania tych zbiorów Polsce. Co znamienne, w całym tekście książę konsekwentnie unika słów „sprzedaż”, „kupno”, „zapłata” – jak można podejrzewać w celu tzw. optymalizacji opodatkowania. Hiszpańska skarbówka słynie z bezpardonowego ściągania należności podatkowych, próby uchylenia się od ich płacenia omal nie skończyły się karą więzienia dla słynnego piłkarza Leo Messiego, a dla jednej z córek króla (i jej męża) konsekwencją było m.in. pozbawienie prawa do sukcesji.

W odpowiedzi Adam Karol Czartoryski przypomina, że w roku 1991, w wyniku zmiany systemu politycznego Polski, zwrócono mu muzeum: nieruchomości oraz kolekcję jego przodków. „Układ, jaki zawarłem wtedy z władzami polskimi, zakładał, że odzyskiwałem dobra mojego ojca, ale oddawałem je do dyspozycji państwa polskiego, a ono zajmowało się stroną ekonomiczną, ponieważ nie zwrócono mi wszystkich majątków rodzinnych”. Jak wyjaśnia w sposób lekko zawoalowany utworzenie Fundacji Książąt Czartoryskich, jakie wtedy nastąpiło, było rodzajem legalnego wybiegu: „myślałem, nie wiem, czy słusznie, że dużo lepiej mieć wszystkie te tak ważne zbiory w fundacji niż we własnych rękach”. Dalej skarży się, że władze polskie przeszkadzały mu w prowadzeniu fundacji wedle własnego widzimisię: „oddano je [zbiory], ale nadal kontrolowano. Na początku wszystko układało się dobrze, później zaczęło się pogarszać i doszło do sytuacji, że nie dało się dalej pracować. Od 2011 roku rozmawiałem z różnymi ministrami kultury. Rozpocząłem prace renowacyjne w siedzibie muzeum, aby zmodernizować ją zgodnie z wymogami ministerstwa. Rozpoczęliśmy prace, ale nie otrzymaliśmy na nie pieniędzy. Prace zostały zawieszone. Nie wiem, czy to był sposób powiedzenia mi: »Pan nie jest w stanie udźwignąć spraw i my je przejmiemy«. Powiedziałem, że jeśli nie otrzymamy pieniędzy, zamknę muzeum. I tak uczyniłem”. W efekcie, o czym Czytelnicy „K” wiedzą, część zbiorów została wypożyczona różnym polskim muzeom (m.in. Dama z łasiczką trafiła czasowo na Wawel, więcej o tym na str. 90), które zajęły się ich utrzymaniem i zabezpieczeniem. Propozycja odkupienia zbiorów miała paść ze strony polskiej „jakieś pięć miesięcy temu”, a zatem na przełomie sierpnia i września 2016 r. „Odpowiedziałem: »cała przyjemność po mojej stronie«”.

Hiszpański dziennikarz drąży wątek ogromnej różnicy między kwotą transakcji a szacunkową wartością kolekcji. Odpowiedź Czartoryskiego nie jest zbyt klarowna: „Państwo polskie zwróciło w 1991 roku moją spuściznę, ale nadal ją kontrolowało. Gdy wychodzi się z reżimu komunistycznego po ponad 40 latach… Mam już swoje lata i jestem zmęczony walką. Moja córka [Tamara Laura, owoc pierwszego małżeństwa z Norą Picciotto – przyp. ABC] chce ułożyć sobie życie i nie jest gotowa przejąć tej spuścizny. Ciosy, jakie otrzymałem od życia, nauczyłem mnie wiele przez ostatnich 26 lat. Nie zarobiłem na tym ani jednego euro. Pomyślałem więc sobie: »Skoro nie dadzą mi tyle, ile jest warta, zrobię darowiznę w imieniu własnym i moich przodków«”.  Dziennikarz „ABC” zadaje niewygodne pytanie:

Mówi się, że była to sprzedaż za symboliczną kwotę 100 milionów.

– To zostało źle zinterpretowane przez prasę. Zaproponowałem rządowi, że jeśli zrobię darowiznę, wymyślę jakąś kwotę jako kompensatę na stworzenie Fundacji, która się zajmie różnymi sprawami: społecznymi, kulturalnymi… takie było to porozumienie.

Czy ta fundacja już działa?

– Już się finalizuje. To jest skomplikowane. Stara fundacja się rozwiązuje, gdyż zbiory są już własnością państwa [polskiego]”.

Czartoryski dodaje, że sprzedaż nazywana przez niego darowizną była przejawem miłości do Polski jego rodziny, która zawsze była patriotyczna, choć nie zawsze za to dobrze jej odpłacano.

Kolejne pytanie dziennikarza dotyczyło protestacyjnych dymisji, jakie złożyli niektórzy członkowie władz Fundacji na wieść o sprzedaży kolekcji poza ich plecami. Książę inaczej widzi motywy dymisji: „Bali się polityki polskiej”. A w dalszym ciągu tej samej odpowiedzi zaprzecza sobie samemu: „Ci członkowie zarządu głupio myśleli, że Fundacja należała do nich. Ten problem istniał od samego początku”. Bagatelizuje kwestie wybiegów prawnych, jakich trzeba było dokonać w celu sfinalizowania sprzedaży (nazywajmy rzecz po imieniu). I wytacza swój argument koronny, również na użytek sporów wewnątrz rodu Czartoryskich:

„Państwo polskie, w świetle prawa, ma możliwość skonfiskowania wszystkiego, co uzna za mające dla kraju znaczenie historyczne, o ile jest to źle utrzymywane. Ja miałem nad głową miecz Damoklesa: mogli mi skonfiskować wszystko. I wówczas powtórzyłaby się historia z czasów nazizmu i komunizmu. Rząd polski chciał zamknąć umowę przed końcem roku z racji na rozliczenia krajowe. W ciągu jednego miesiąca na gwałt dokonano tego, co powinno zająć sześć miesięcy.

Wrażenie jest takie, jakby Pan czuł się zmuszony do uczynienia tej darowizny.

– Zmuszony…? Nie było innego wyjścia, gdybym tego nie zrobił, mogliby (nie mówię, że tak by zrobili) skonfiskować wszystko. Mają możliwość zrobienia wszystkiego. Pewnie skończyłoby się to 20 latami sporów przed sądem w Brukseli, co by mnie kosztowało fortunę, a nie jest pewne, czy bym coś odzyskał. W moim wieku nie opłacało mi się.

Rzeczywiście istnieje dziś w Polsce niebezpieczeństwo konfiskowania dóbr?

– Zostało mi to bardzo jasno przekazane. Rząd ma takie prawo. Darowiznę uczyniłem, ponieważ nie było innego wyjścia. Oni nie kupiliby zbiorów za ich prawdziwą wartość, a ja nie chciałem ich sprzedać za 100 milionów euro. Więc zrobiłem darowiznę, a oni przekazali mi środki na inną fundację”.

Na następnych stronach komentarz Zofii Gołubiew do tych słów biednej ofiary polskiego reżimu. Prowadzący wywiad nie skomentował ich, ostatecznie Polska PiS nie ma dobrej prasy w Europie i zapytał, czy żona i córka Czartoryskiego zrozumiały powody rozdania rodzinnego majątku? Siedząca obok Josette Calil mówi: „Oczywiście, że tak. To praca dla przyszłości. Mój mąż nigdy nie miał poczucia własności, jest bardzo hojny. On zrobił to wszystko dla rodziny, nie dla siebie. Najważniejsze są zbiory, a nie my. Naród jest wieczny”. A sam Czartoryski mówi, że miał szczęście (więcej, był to cud), iż zwrócono mu tę spuściznę po ponad czterdziestu latach komunizmu. „W dniu, kiedy odejdę, zrobię to ze spokojem, wiedząc że ta spuścizna zostanie zachowana per saecula saeculorum zgodnie z wolą mojej rodziny”. Przyznaje też, że utrzymanie muzeum, w którym było zatrudnionych 130 osób, w istocie przekraczało jego możliwości: „Nie dało się utrzymać tylu osób”.

Kolejny wątek wywiadu dotyczy losu rodziców Adama Karola Czartoryskiego w czasie wojny. Jak podsuwa prowadzący wywiad, w 1939 r., po zajęciu Polski przez Niemców, książę Augustyn Czartoryski i Dolores de Borbón y Orleans „zostali aresztowani i internowani w obozie koncentracyjnym.

– Przeszli przez więcej niż jeden obóz i nieraz stanęli przed plutonem egzekucyjnym. Mój dziadek, Infante Don Carlos de Borbón, ojciec mojej matki, poprzez generała Franco poprosił ambasadora hiszpańskiego w Berlinie, by coś zrobił. Znaleziono ich w obozie koncentracyjnym na Ukrainie i przetransportowano do Włoch. Król Humberto II wysłał ich statkiem do Kadyksu. Statek został storpedowany, ale nie utonął. Moja matka była wtedy ze mną w ciąży. Dotarli do Hiszpanii w grudniu 1939 roku, a ja się urodziłem w styczniu 1940 w Sewilli. (...) Moi rodzice przybyli z pustym rękoma. Dziadkowie kupili im posiadłość w Dos Hermanas”.

W tej wypowiedzi, w jej „polskim” fragmencie – poza faktem okupacji Polski i tym, że Czartoryscy byli aresztowani przez Niemców, a uwolnienie zawdzięczają arystokratycznym koligacjom – mało co się zgadza: jesienią 1939 r. Ukraina w wyniku paktu Ribbentrop- Mołotow była pod panowaniem sowieckim, na ziemiach polskich Niemcy nie zdążyli jeszcze zorganizować ani jednego obozu koncentracyjnego – może chodzi o obozy internowanych? – nie bardzo też wiadomo, kto miałby storpedować cywilny statek włoski lub hiszpański... Ale rozmówca „ABC” zna te wydarzenia tylko z przekazów matki (ojciec zmarł, gdy chłopak miał 6 lat), prostujemy gwoli ścisłości, nie aby czynić zarzuty. Wątek II wojny światowej służy jednak  dziennikarzowi do pytania o tę część kolekcji (razem 840 eksponatów, w tym Portret młodzieńca Rafaela), która została w czasie wojny zagrabiona lub zaginęła:

Czy one zostały również uwzględnione w darowiźnie?

– Tak, zostały. Przez 26 lat odzyskałem zaledwie cztery eksponaty. Pewnego dnia zadzwonił do mnie kolega: „Dlaczego wystawiasz na sprzedaż Polkę (bardzo ważny kobierzec) na aukcji w Christie’s w Londynie? Jestem antykwariuszem i sam bym ją kupił”. Nie wiedziałem, o czym mówi. Kobierzec wylicytował kolekcjoner z Australii. Skontaktowałem się z prezydentem Wałęsą. „Wesprze Pan nas?” – zapytałem. Dał mi carte blanche. Procesowaliśmy się w sądzie przez 6 lat, póki go nie zwrócili. Odzyskaliśmy także tapiserię islamską przekazaną przez muzeum w Los Angeles, relikwiarz i jeszcze coś.

Czuje się Pan Polakiem?

– Zacząłem czuć się Polakiem w latach 90. Gdy miałem 8 lub 10 lat, spędzałem wakacje z hrabiami Barcelony oraz ich dziećmi w Villa Giralda w Estoril. Kuzynka zapytała mnie: – Ty jesteś Polakiem? A ja z akcentem mocno sewilskim odpowiedziałem: »Bóg tego nie chce!«”.

Ostatnie pytanie, niezbyt już dla naszych spraw istotne, dotyczyło relacji Czartoryskiego ze swoim kuzynem, królem Hiszpanii. Okazuje się, że kontaktów osobistych między nimi właściwie nie ma, choć książę czuje do kuzyna szacunek za sposób, w jaki spełnia swe królewskie obowiązki.

 

(lsz)

 

Tekst z majowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl