Mój mąż nigdy nie miał poczucia własności, jest bardzo hojny” – tak Adama Karola Czartoryskiego określa jego libańska żona Josette Calil w wywiadzie, jakiego książę udzielił hiszpańskiemu dziennikowi „ABC” w styczniu bieżącego roku. Czytając ten wywiad, nie znajdujemy jednakże dowodów na poparcie tych słów. Wręcz przeciwnie – Adam Karol Czartoryski wyraźnie podkreśla kilkakrotnie, że kolekcja i budynki były jego własnością, otrzymaną w spadku. To silne poczucie własności miał nadal po roku 1991, kiedy to utworzył Fundację i aktem notarialnym przekazał jej zbiory. Nadal czuł się ich właścicielem, mającym decydujący wpływ na ich losy. Tak jakby utworzenie Fundacji było jedynie trikiem prawnym.

Dlatego w grudniu ubiegłego roku mógł – jak sam mówi – zbiory Czartoryskich „podarować” państwu polskiemu (a może sprzedać? co w istocie uczynił: darował czy sprzedał?) – chociaż nie był ich właścicielem już od ćwierćwiecza. Wbrew słowom Czartoryskiego o darze kolekcja została zakupiona za 100 milionów euro. Darowane natomiast są budynki. Nieprawdą jest, że „prasa źle zinterpretowała” to, co stało się w grudniu 2016, przecież sam Czartoryski podpisał w imieniu Fundacji umowę sprzedaży zbiorów.

W wywiadzie mówi o kwocie stu milionów euro jako o „rekompensacie” – nie precyzując zresztą za co. Pieniądze te, twierdzi, chce przeznaczyć „na stworzenie fundacji, która zajmie się różnymi sprawami społecznymi, kulturalnymi…”. Nasuwa się pytanie: po co tworzy nową fundację, skoro ma tak złe doświadczenia ze starą, jak sam mówi: jest „zmęczony walką”, borykał się najpierw z „reżimem komunistycznym”, a „przez ostatnie 26 lat” z „rządem polskim, który bardzo mi przeszkadzał w prowadzeniu Fundacji”. Chyba że ta nowa fundacja miałaby powstać poza granicami Polski, choć z polskich pieniędzy.

Notabene, nikt w niczym Czartoryskiemu nie przeszkadzał, przeciwnie: państwo polskie za pośrednictwem Ministerstwa Kultury, a ono z kolei poprzez Muzeum Narodowe w Krakowie łożyło od wielu dziesiątków lat wysokie sumy na zbiory i budynki Czartoryskich. Rocznie utrzymanie Muzeum i Biblioteki Czartoryskich kosztowało około 4,5 miliona złotych, ponadto na remonty przeznaczono w sumie około 200 milionów, natomiast kwot wydawanych na opiekę, konserwację, opracowywanie i upowszechnianie kolekcji nie sposób obliczyć – to grube miliony.

Adam Karol Czartoryski mówi: „nie zarobiłem na tym [na opiekowaniu się majątkiem Fundacji – Z.G.] ani jednego euro”. I to też nie jest prawdą, gdyż przez parę lat sprzedawał Fundacji swoje depozyty i pozyskał z tego tytułu kilka milionów złotych. Natomiast opiekę nad zbiorami i nieruchomościami sprawowało Muzeum Narodowe w Krakowie, a nie on, ani też nie Fundacja. Utrzymywała się ona z opłat za wypożyczenia obrazu Leonarda, z czego miała też pieniądze na wykupy depozytów od Czartoryskiego, oraz z czynszu, jaki – z woli Ministerstwa – MNK było zmuszone płacić jej co miesiąc za użytkowanie gmachów, w których nieodpłatnie zajmowało się jej majątkiem.

Przekłamań i półprawd jest w tym wywiadzie więcej. To nie Adam Karol Czartoryski „rozpoczął remont Pałacu”, lecz ówczesny zarząd Fundacji i jego prezes Adam Zamoyski, i to bynajmniej nie „zgodnie z wymogami ministerstwa”, lecz z własnej woli i inicjatywy. Czartoryski oburza się, że nie dostał pieniędzy na zakończenie prac remontowych, wysuwając sugestię, że był to rodzaj nacisku czy nawet szantażu ze strony władz. Prawda jest taka, że Fundacja rozpoczęła remont z funduszy norweskich, ale bez zabezpieczenia finansów na całość zadania, licząc, że ministerstwo się ugnie i dołoży pieniędzy, skoro prace już trwają. Do szczęśliwego wykorzystania norweskiej dotacji i zakończenia etapu „stan surowy zamknięty”, co było poważnie zagrożone, doprowadziło troje pracowników Muzeum Narodowego, którzy przez parę miesięcy stanowili zarząd Fundacji. Ich wysoce profesjonalna praca i wielki wysiłek oddaliły groźbę niezakończenia tego etapu remontu, co skutkowałoby koniecznością zwrotu Norwegom około dwudziestu milionów złotych. To za czasów prowadzenia Fundacji przez Olgę Jaros, Leszka Bednarza i Janusza Czopa z MNK między innymi naprawiono niektóre błędy projektowe, pięknie przeszklono dziedziniec Pałacu, a także przygotowano scenariusz nowej ekspozycji w Muzeum Czartoryskich, nawiasem mówiąc zaakceptowany przez Adama Karola i jego żonę.

Z kolei walkę o odzyskanie wspomnianego w wywiadzie tzw. kobierca polskiego prowadził głównie ówczesny dyrektor MNK Tadeusz Chruścicki, a odzyskanie zabytków z muzeum w Los Angeles kolekcja zawdzięcza profesorowi Zdzisławowi Żygulskiemu.

Czartoryski źle mówi o członkach poprzedniego Zarządu Fundacji, którzy w grudniu podali się do dymisji. Twierdzi, iż oni „głupio myśleli, że Fundacja należała do nich”. To wyjątkowo niesprawiedliwe słowa, gdyż panowie prezesi, Marian Wolski i Rafał Ślaski, z pewnością byli w pełni świadomi, że Fundacja do nich nie „należy”, ale wiedzieli równocześnie, iż są odpowiedzialni za zarządzanie nią i czynili to w miarę możliwości jak najlepiej – dla dobra jej majątku, czyli kolekcji i budynków. Starali się równolegle z MNK o upowszechnianie zbiorów, a także o zdobywanie funduszy na kontynuację remontu. Adam Karol Czartoryski dobrze zresztą wie, że Zarząd podał się do dymisji, nie chcąc własnymi nazwiskami legitymizować transakcji, co do zgodności z prawem której nie było stuprocentowej pewności, a opiewała na wielkie sumy i dotyczyła majątku o narodowej wartości.

Tu dochodzimy do najcięższego zarzutu, jaki pada w wywiadzie wobec rządu polskiego. Czartoryski mówi, że został w istocie zaszantażowany przez ministerstwo, które zagroziło konfiskatą majątku. Mówi: „mogli mi skonfiskować wszystko” i obraźliwie, lecz bezsensownie przywołuje porównanie do „czasów nazizmu i komunizmu”. To słowa nie do przyjęcia, lecz mówione świadomie i celowo, i to do konkretnego środowiska.

Nadal nie poznaliśmy wprawdzie szczegółów grudniowej transakcji, ale o żadnej konfiskacie nie mogło przecież być mowy, skoro zbiory i budynki znajdowały się od niemal 70 lat pod dobrą opieką Muzeum Narodowego. Zapewne chodzi o znowelizowaną w 2016 roku ustawę o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami oraz o powstałą wówczas „Listę Skarbów Dziedzictwa”. Daje ona wprawdzie państwu możliwości kontrolne wobec obiektów z tej listy, ale wywłaszczenie przyjęto jako absolutną ostateczność, tylko wówczas gdy obiekty są źle przechowywane i wyraźnie zagrożone, i to za odszkodowaniem. Tu zaś taki przypadek – jak się rzekło – nie zachodził. Niezrozumiałe jest więc stwierdzenie Czartoryskiego, że informacja o niebezpieczeństwie skonfiskowania dóbr „została mi bardzo jasno przekazana”.

Na początku wywiadu napisano, że Adam Karol Czartoryski „po raz pierwszy opowiada »ABC« wszelkie szczegóły transakcji”. Chyba jednak nie „wszelkie”. Lektura tego tekstu pozostawia nadal wiele niejasności, a nawet wprowadza nowe. Może zniknęłyby one, gdybyśmy mogli zapoznać się z jakąkolwiek reakcją ministerstwa na tak poważne zarzuty stawiane przez Czartoryskiego, który jakże inaczej zachowywał się i wypowiadał publicznie w Zamku Królewskim w Warszawie przy uroczystym podpisywaniu umowy.

Warto byłoby zareagować, bo niedobrze jest, gdy w Europie ludzie czytają o komunistycznym rządzie polskim, o szantażowaniu – polskiego z pochodzenia – arystokraty, który wprawdzie nie mówi po polsku, ale zrobił darowiznę jako „akt miłości wobec Polski”, co uczynił zmuszony groźbą konfiskaty majątku (choć nie swojego już od 26 lat), wiedząc jednak, że nawet po wieloletnich walkach „w Brukseli przed sądem” zapewne „niczego bym nie odzyskał” (a co chciałby osobiście odzyskać? majątek nie swój już, a Fundacji?).

Dziwne i niezrozumiałe jest zatem, dlaczego Czartoryski, który uważał borykanie się z majątkiem Fundacji za zupełnie nieopłacalny, natomiast wielki ciężar, nie poddał się tej rzekomej konfiskacie – zarówno on, jak i córka mogliby otrzymać odszkodowanie, a ten straszny kłopot mieliby „z głowy”. Jeżeli natomiast – jak twierdzi – został zaszantażowany przez rząd polski, to czemu nie zwrócił się do prokuratury, a potem ewentualnie do instancji europejskich, gdzie zapewne by wygrał, a taki proces byłby z radością nagłaśniany – zamiast tego skarży się tylko hiszpańskiemu dziennikarzowi?

Czy kiedyś my – podatnicy, z których pieniędzy dokonano transakcji – poznamy „wszelkie szczegóły” tej sprawy?

 

Zofia Gołubiew

 

Tekst z majowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl