Krakowski rynek tętni życiem przez okrągły rok. Trudno by było inaczej, skoro właśnie tu, wokół Sukiennic, Mariackich wież i Ratusza najmocniej bije serce miasta. Bije tak od paru stuleci; już w średniowieczu krzyżowały się tutaj drogi handlowe, spotykali się kupcy z różnych zakątków świata, sycąc oczy mieszkańców egzotycznym i niepospolitym towarem.

Jest taki czas, kiedy skrawek Ziemi pomiędzy Sukiennicami a Ratuszem zamienia się w wyjątkowo rozśpiewane i roztańczone, a do tego najbardziej chyba barwne miejsce w całym kraju. To czas Międzynarodowych Targów Sztuki Ludowej, organizowanych co roku (w tym – po raz 41!) przez Biuro Międzynarodowych Targów Sztuki Ludowej Fundacji „Cepelia” Polska Sztuka i Rękodzieło. Uczestnicy wydarzenia to pasjonaci: twórcy ludowi, rękodzielnicy, artyści, kupcy, a ponadto liczne zespoły ludowe z kraju i zza granicy, które biorą w posiadanie estradę w sąsiedztwie Ratusza, by prezentować rodzimy folklor oraz dorobek innych (niekoniecznie europejskich!) regionów. Na płycie rynku wyrasta wtedy kilkadziesiąt jasnych parasoli z charakterystycznym zielonym kogutkiem. Logo „Cepelii” to, można powiedzieć, gwarancja jakości. Tam, gdzie figuruje ów znak, spotkamy wyroby autentycznie ludowe bądź sztuką ludową inspirowane. Bez tanich podróbek i panoszącej się coraz częściej bylejakości. Bo to właśnie „Cepelia” i skupione w jej strukturach spółdzielnie, choć niezbyt łaskawe okazały się dla nich czasy ustrojowej transformacji, stoją na straży piękna i tradycji.

Największym bogactwem TSL są twórcy, którzy uparli się tkwić przy ulubionym zajęciu przekazywanym w rodzinie z dziada pradziada. To na przykład garncarze, koronczarki, hafciarki, kowale, ludowi malarze i rzeźbiarze. Nierzadko reprezentują zawody już zanikające, pasje niedochodowe, żmudne, pracochłonne i – zdawałoby się – nijak nie przystające do dzisiejszego świata, w którym liczy się sukces (zwłaszcza finansowy); świata, który wydaje się przyspieszać coraz bardziej i pędzić nie wiadomo po co i dokąd.

Warto zatem odwiedzić krakowski rynek, kiedy na kilkanaście sierpniowych dni (10 – 27 VIII 2017) zagości na nim sztuka ludowa i rękodzieło. Spotkają się tam bowiem wszyscy ci, dla których przywiązanie do tradycji i rodzimej kultury nie są tylko pustymi słowami, lecz obowiązkiem wykonywanym z przyjemnością.

Któż bowiem lepiej niż Jerzy Mika z Wadowic wytłumaczy, na czym polega praca przy kole garncarskim? Nie przerywając przy tym wyczarowywania z kawałka gliny kolejnych dzbanków, kubeczków i innych cudów? Któż z większą cierpliwością niż pochylona nad najprawdziwszym warsztatem tkackim Lucyna Batko nie wyjaśni różnicy pomiędzy gobelinem a kilimem? Mirosława Grochocka w przyciągającym wzrok barwnym stroju z Łowicza krok po kroku pokaże, jak powstaje tradycyjna wycinanka łowicka, a znany nowohucki rzeźbiarz Franciszek Wiercioch (również jeden z targowych weteranów!) pozwoli uczestniczyć w kolejnych etapach powstawania świątków czy aniołków – od kawałka drewna, po strzegącą domowego zacisza uroczą kapliczkę albo szopkę. Andrzej Ferenczak z Kościeliska opowie, dlaczego z takim upodobaniem rzeźbi ikony, a inny rodowity góral Florian Walkosz Berda, zakopiański człowiek orkiestra, który zarówno rzeźbi, maluje, jak i muzykuje oraz szefuje góralskiej kapeli – z pewnością coś zagra na swoich złóbcokach (to rodzaj góralskich skrzypiec), a może i coś ciekawego opowie.

Przyjrzyjmy się zatem paru sylwetkom innych jeszcze ludowych twórców.

 

Klan hafciarski i Anna Koziana

Nie brakuje osób, które goszczą na Targach od wielu lat. Weteranka to Anna Koziana (84 lata), która uczestniczy w tej największej cepeliowskiej imprezie od jej pierwszej edycji w 1973 r. i obecnie zapowiedziała swoją obecność po raz 41. Królowa naszych hafciarek urodziła się i mieszka w Makowie Podhalańskim. Pracowała kiedyś w cepeliowskiej spółdzielni „Makowianka”. Zajmuje się haftem od 17. roku życia, a zajęciem tym zaraziła ją babcia i mama. Na Podhalu to popularne zajęcie i wiele kobiet się nim zajmuje. Jeśli podstaw nie przekażą starsze kobiety w rodzinie, trzeba uczęszczać na kursy. Pani Anna też przyucza młode adeptki, wychowała całkiem spore ich grono. Jej zwinne palce wyczarowują oryginalne obrusy, bluzki, serwety, bieżniki, charakterystycznym makowskim haftem ozdabiają też części strojów ludowych (koszule). A cóż to jest ten haft makowski? To połączenie elementów białego haftu pełnego i ażurowego (dziurek, tzw. pajączków i siateczek), opartego na charakterystycznych dla Podhala motywach roślinnych (osty, szarotki itp.).

Hafty pani Anny nawiązują do starych wzorów, ale artystka wzbogaca je o swoje własne elementy. Uhonorowana licznymi nagrodami Anna Koziana, liderka w polskim hafciarstwie, została m.in. laureatką prestiżowej nagrody im. Oskara Kolberga (1997). Jej prace były prezentowane na wielu wystawach w kraju i za granicą. Prawdę mówiąc, trudno wyobrazić sobie Targi Sztuki Ludowej bez tej ubranej na ludowo, pochylonej nad swoją kolejną robótką i zawsze pogodnej kobiety.

 

Koronkowa frywolność…

jest domeną osoby równie zasłużonej dla naszego rękodzieła, a mianowicie od wielu już lat przyjeżdżającej na krakowskie Targi, urodzonej na Wołyniu Eugenii Wieczorek (79 lat) z Jarocina. Trudną wybrała sobie sztukę, jedną z najtrudniejszych w dziedzinie koronczarstwa, tak zwaną frywolitkę. Z pomocą specjalnego przyrządu, niewielkiego czółenka (bywają drewniane, bywają też z plastiku), służącego do wyrafinowanego splatania nici, artystka tworzy delikatne, misterne, ale przez to niezwykłej urody prace; serwetki, kołnierzyki i najróżniejsze ozdoby.

Frywolitka (skąd ta, urocza skądinąd, nazwa!?) to bardzo stara odmiana koronczarstwa, znana już ponoć w starożytnym Egipcie. W sztuce tej miała gustować sama Kleopatra. U nas upowszechniła frywolitkę królowa Bona, która wprowadziła do swojej nowej ojczyzny nie tylko mało znane u nas jarzyny, ale i przywiozła z Włoch liczne grono przedstawicieli zupełnie nieznanego pod Wawelem rękodzieła. Nie było to zajęcie dla wszystkich. Lepsze gatunki nici były drogie i trudno dostępne, wykonywanie frywolitek wymagało też mnóstwa czasu. Mogły sobie na to pozwolić kobiety dobrze sytuowane, dlatego czółenka szły w ruch głównie na dworach: królewskim, magnackich, szlacheckich, no i w żeńskich klasztorach. Pani Eugenia (z zawodu nauczycielka, a więc osoba obdarzona sporą dawką cierpliwości) chętnie przekazuje swoją wiedzę. Też może pochwalić się zdolnymi uczennicami. Jedną z najpilniejszych jest krakowianka, Renia, która co roku podczas Targów przysiadała na płycie rynku obok pani Eugenii, by przyglądać się jej pracy i przyswajać sobie tajniki tej niełatwej sztuki. Frywolitkę ukochała też córka pani Eugenii – Ewa Kasprzak, należąca, jak jej mama, do Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Eugenia Wieczorek, podobnie jak Anna Koziana, otrzymała nagrodę im. Oskara Kolberga (2013).

 

Nie tylko Bobowa, czyli klocki po krakowsku

Koronka klockowa to dawnymi czasy – tak jak frywolitka – sztuka elitarna. Wszystko wskazuje na to, że i ona przywędrowała do nas z Włoch za sprawą małżonki Zygmunta Starego, królowej Bony. W renesansowej Europie znano koronkę klockową zwłaszcza w Genui, Mediolanie, ale także w belgijskiej Brugii. Jej wcześniejszy rodowód nie jest pewny (Syria?, Grecja?). Polską stolicą koronki klockowej jest niewątpliwie wieś Bobowa w powiecie gorlickim, leżąca pomiędzy Tarnowem a Nowym Sączem. Ale Zakopane i Kraków też mają w kultywowaniu tej sztuki niemałe zasługi. W Zakopanem za sprawą znakomitej aktorki Heleny Modrzejewskiej powołano kiedyś słynną szkołę koronczarską (niestety, już dzisiaj nieistniejącą), gdzie kobiety (choć nie tylko one!) doskonaliły umiejętności w rozmaitych odmianach koronczarstwa, a także w tkactwie. Nic tak nie upowszechnia mody na pewne wyroby, jak lansowanie ich przez celebrytów, znanych z pierwszych stron gazet, sceny albo ekranu. Dlatego Modrzejewska, kochająca wyszukane, przyozdobione koronką stroje (frywolitką albo koronką klockową), występująca w nich w swych słynnych szekspirowskich rolach, zrobiła bardzo wiele dla Zakopanego i dla rozwoju polskiej koronki.

Do bogatych dziejów koronki klockowej dopisał też ważny rozdział Kraków. 26 października 2016 r. krakowska koronka klockowa została wpisana na Krajową Listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Wysiłek zachowania pięknej i wyjątkowej tradycji podjęło grono krakowskich koronczarek z Jadwigą Węgorek na czele. Wyjątkowa to osoba, bez niej i zawsze otaczającego jej stoisko tłumu ciekawskich, trudno wyobrazić sobie krakowskie Targi. Pani Jadzia mówi o sobie, że jest dokładna, cierpliwa, systematyczna i lubi porządek. To niezbędne cechy, by robota się udała. Praca przy koronce klockowej (podobnie jak przy frywolitce) jest bowiem arcytrudna. Wymaga umiejętności, które zdobywa się bardzo długo, ale też skupienia i precyzji.

– Jak czuje się koronczarka w dzisiejszym, hmmm... zwariowanym nieco świecie? – pytam. – Bardzo dobrze – słyszę z ust pani Jadzi. – Mnie ta praca uspokaja, daje wyciszenie, rodzaj dystansu do trudnych spraw. Kocham to, co robię.

– Dlaczego akurat zajęła się pani koronką klockową?

– To było wyzwanie. Sporo osób haftuje, robi na drutach, szydełku. A koronka była mało znana. Nikt nie słyszał o niej w Hrubieszowie, skąd pochodzę. Powiedzmy, że podobał mi się dźwięk tych klocków.

Rzeczywiście, przechodząc obok niektórych targowych stoisk, słychać charakterystyczny stukot, miły zresztą dla ucha. Niełatwo wytłumaczyć, na czym polega wykonywanie tej bardzo skomplikowanej koronki. Najlepiej odwiedzić stoisko pani Jadzi na Targach albo, jeśli ktoś czuje się na siłach, zapisać na kurs, który artystka organizuje już niemal od 20 lat (obecnie w Podgórzu przy ul. Sokolskiej). Najprościej wytłumaczyć to tak: koronka klockowa powstaje przez tkanie nici lnianych nawiniętych na drewniane klocki. Nici zaczepia się o szpileczki wpięte w poduszkę z umieszczonym na niej wzorem, a potem przeplata się je – rzadziej lub gęściej. Zależy, jaką koronkę chcemy wykonać. Proste, prawda? A cóż to jest „krakowska koronka klockowa”? Jakaś specyficzna odmiana? Owszem. Ale pani Jadwiga przy swoim targowym stoisku wyjaśni to zainteresowanym już osobiście...

Jak długo trzeba się tego uczyć? Wszystko zależy od zdolności. Są osoby, które uczęszczają na kurs już 18 lat, ale to nie znaczy, że z takim trudem przyswajają wiedzę. Po prostu ciągle uczą się czegoś nowego i to im sprawia radość. Pani Jadzia twierdzi, że uczy się cały czas. A to przecież, można rzec, królowa koronki klockowej. Zdobycie podstawowych umiejętności zajmuje przeciętnie uzdolnionej osobie ok. 3 miesiące. Adeptki tej sztuki to w większości kobiety. Różnych zawodów i w różnym wieku. Parę lat temu na kurs zapisywało się sporo studentek, dziś przeważają panie pod pięćdziesiątkę. Koronczarstwo to obecnie hobby i to raczej kosztowne. Wkraczają w tę krainę kobiety, które chcą czymś wypełnić swój czas. Pani Jadzia otrzymała kiedyś takiej oto treści kartkę od męża jednej z nich: „Dzięki Ci, Jadziu, że moja żona może wyjść z domu”.

Pytam panią Jadwigę, kto był jej mistrzem. Moja rozmówczyni rozpromienia się i padają dwa nazwiska: Zofia Dunajczan i Olga Szerauc, która niedawno zmarła (w wieku 108 lat!) i niemal do końca wykonywała swe koronki. Cóż, wiele wskazuje na to, że koronczarstwo – albo i cała sztuka ludowa – to może jakiś sposób na długowieczność...

 

Kiedy śpiew ptaków inspiruje

Na pytanie wychowawczyni w przedszkolu, „co robi Twoja mama?”, córeczka Bogusi Leśniak odpowiedziała kiedyś bez wahania: – Jest strugaczką.

Bo stryszawskie ptaszki się struga, nie rzeźbi. Struga się je tam od lat, całe Podbabiogórze to przecież nie od dziś zagłębie zabawkarstwa. Już wiele lat temu rynek w Krakowie zapełniały przywożone przez tamtejszych ludowych artystów cenione przed epoką komputerowych gier drewniane zabawki: słynne klepoki machające skrzydełkami, wózki, koniki, karuzelki, koguty i właśnie kolorowe ptaszki, takie jak te z lasu, z których słynie położona w pobliżu Suchej Beskidzkiej wieś Stryszawa. Struganiem trudni się tam parę rodzin, a umiejętność przechodzi z pokolenia na pokolenie. Barwne wystrugane z drewna ptaszki to symbol Stryszawy.

Pochodząca z Suchej Beskidzkiej Bogusia mówi, że tradycję rzeźbiarską przejęła od rodziny męża. Nazwisko Leśniak zobowiązuje. Artystka właśnie otrzymała nagrodę starosty suskiego za rok 2016 za całokształt pracy twórczej. Rzeźbi nie tylko urodziwe ptaszki, które później maluje, ale też madonny, Chrystusa Frasobliwego i świątki, z których jej ulubionym jest właśnie ten od ptaków i innych zwierząt – święty Franciszek.

Rzeźbiarka kocha swoje zajęcie. Mówi, że nie żyje z niego, ale dla niego. Jest nauczycielką w najmłodszych klasach, jej uczniowie doskonale rozumieją artystyczną pasję pani Bogusi, niektórzy nawet idą w jej ślady. Oprócz nauczania początkowego pani Bogusia krzewi zamiłowanie do regionalizmu. Współpracuje ze szkołami, muzeami, organizuje warsztaty twórcze. Mówi, że chwile w pracowni, kiedy wyczarowuje z kawałka drewna (musi być miękkie, z sosny wejmutki albo lipy) wymyśloną postać, dają jej odskocznię od trudnych chwil, których życie jej nie skąpiło.

 

Wieś, która minęła

Właśnie tak, w ogromnym uproszczeniu, można nazwać świat wyobraźni Eugeniusza Brożka, który w swych nasyconych kolorem, nierzadko tryskających radością życia i dowcipem obrazach stara się zamknąć wieś swojego dzieciństwa. Urodził się we wsi Przełaj niedaleko Sędziszowa (Małopolska). Barwny świat zaczął wzywać pana Eugeniusza, kiedy jako młody człowiek podjął pracę na kopalni. Brakuje wtedy słońca, kwiatów, całej natury, którą zostawiło się na powierzchni. Z tej tęsknoty młody górnik porzucił pracę pod ziemią i stał się artystą. Maluje wieś dawną, sprzed epoki automatyzacji, nie interesują go kombajny i inne rolnicze maszyny. Pragnie utrwalić ludzi przy ich ciężkiej pracy. Chce, żeby zapamiętano, jak kiedyś wyglądały sianokosy, żniwa, kiedy osełką ostrzyło się kosę albo jak szło się do pola z sierpem. Takie obrazki tkwią w jego pamięci.

– Zostałem rzucony od razu na głęboką wodę, bo moja pierwsza wystawa miała miejsce w Muzeum Narodowym. To były lata 80. ubiegłego stulecia. Uwierzyłem w siebie, kiedy otrzymałem pierwszą nagrodę na konkursie wojewódzkim w Kielcach. I potem ta wystawa. Wcześniej dużo malowałem, głównie dla siebie, ale wszystko niszczyłem...

Pytam, jak czuje się artysta, przedstawiciel sztuki nazywanej naiwną, którego obrazy wiszą dzisiaj w znanych muzeach nie tylko w Polsce, ale nawet w Japonii i Australii.

– Specjalnie tego nie odczuwam – odpowiada malarz. – Ale oczywiście cieszę się, że tak dużo ludzi może oglądać moje prace.

Na pytanie o ewentualne inspiracje twórcze, sugestie jakoby jego malarstwo przypominało odrobinę twórczość Jerzego Dudy-Gracza, artysta odpowiada ze śmiechem: – No nie! Duda-Gracz zniekształcał postacie celowo, a ja inaczej malować po prostu nie umiem.

 

Katarzyna Siwiec

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, lipiec-sierpień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl