Narzędzia

Z Michałem Niezabitowskim, dyrektorem Muzeum Historycznego miasta Krakowa, rozmawia Katarzyna Siwiec

– Może dziś o Rydlu?

– Sama pani widzi, jaką mu zrobili krzywdę.

– Nie rozumiem…

– Ma pani na myśli, jak sądzę, Lucjana Rydla juniora, prawda? Czyli Pana Młodego z Wesela (bo jego ojciec to też Lucjan)? No więc, o tej niezwykle barwnej postaci przypominamy sobie głównie wtedy, kiedy zbliża się kolejna rocznica najważniejszego z polskich wesel, kiedy przed Rydlówką w Bronowicach osadzamy chochoła itd. Patrzymy na Lucjana Rydla (1870–1918) wyłącznie poprzez pryzmat bohatera dramatu Stanisława Wyspiańskiego, pierwowzór Pana Młodego. Zapominamy o poecie, dramaturgu, tłumaczu, no i człowieku o wielkiej społecznej pasji.

– A wielkim poetą był?

– Zadaje pani niewygodne pytania i to już na samym początku naszej rozmowy. Nie był Słowackim, Mickiewiczem ani Norwidem. Daleko mu do wizjonerstwa Stanisława Wyspiańskiego. Ale jako człowiek obdarzonym niespożytą energią był zachłanny na pracę – powiedzielibyśmy dziś, że był pracoholikiem. W dodatku utalentowanym. Tylko że rozrzut zainteresowań miał przeogromny: poezja, teatr, historia sztuki, krytyka literacka, tłumaczenia (za życiowy cel postawił sobie przetłumaczenie Iliady Homera). Pewnie dlatego nie zostawił po sobie jakiegoś jednego wybitnego dzieła, które zapewniłoby mu właściwe miejsce w naszym literackim panteonie.

Betlejem polskie!

– Widzi pani, a jednak… Mimo to uważam, że Lucjan Rydel jest postacią zapomnianą i mocno pokrzywdzoną przez los.

– Zgodzę się, że wielką krzywdę wyrządził mu Boy-Żeleński swoją Plotką o „Weselu”. Zresztą nie tylko jemu.

– Owszem. Boy wykoślawiał rzeczywistość. Ale wszystko przecież zaczęło się od Wyspiańskiego, który, zaproszony na wesele przyjaciela, na kanwie tegoż wydarzenia stworzył narodowy dramat. Wkrótce dołożył swoje zjadliwy karykaturzysta Kazimierz Sichulski. Widziała pani? Bosy Rydel siedzi na malowanej skrzyni krakowskiej, a gęsi z pawimi piórami ciągną go za uszy (miał trochę odstające). Na nosie ma cwikiery (był krótkowidzem), kłódka spina mu usta (aluzja do Rydlowego gadulstwa). Mieszczański tużurek ściska wielki góralski pas. Skądinąd niezła satyra na młodopolską chłopomanię.

Lucjan Rydel jr. był postacią niezmiernie w Krakowie popularną i lubianą. Ale stanowił jednocześnie obiekt żartów, układano o nim zabawne wierszyki i powiedzonka, wyśmiewano się z jego roztrzepania, gadulstwa, niecierpliwości, życia w nieustannym pośpiechu i z tego, że we wszystko angażuje się całą duszą. Poeta i kolega szkolny Maciej Szukiewicz nazwał go „życiożercą”. Tak, to określenie bardzo do Pana Młodego pasuje. Mało jest ludzi tak zachłannych na pracę, na życie, na każdą chwilę.

– Krakówek nie mógł mu darować ślubu z chłopką…

– Takie były czasy. Choć przecież nie był to pierwszy tego typu związek. Identyczny „mezalians” był udziałem Włodzimierza Tetmajera, który poślubił najstarszą z córek Jacentego Mikołajczyka, Annę. Sam Wyspiański też przecież ożenił się z wieśniaczką. Podobny krok uczyniłby zapewne jeszcze jeden pan z miasta – młodopolski malarz Ludwik de Laveaux (zaręczony z Marysią, średnią córką Mikołajczyka), gdyby przedwczesna śmierć nie zabrała go z tego świata. Wracając do Lucjana, sensacja była tak wielka, że pan młody nie mógł się dopchać na własny ślub do kościoła Panny Marii, gdzie wieś Bronowice Małe miała swój ołtarz w bocznej nawie. Tłumy gapiów zapełniły calutki Rynek po stronie kościoła Mariackiego.

Proszę zrozumieć! Z prostą chłopką z Bronowic (w dodatku niebogatą) żenił się przecież syn wybitnego lekarza okulisty, profesora, przez pewien czas rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego! Nie koniec na tym. Lucjan był wnukiem Józefa Kremera, filozofa, rozkochanego w kulturze Włoch historyka sztuki i również rektora UJ. Rydlowie to była zacna rodzina o niesłychanie szerokich horyzontach. W domu rozmawiało się o historii, literaturze, sztuce, filozofii. Lucjan był ogromnie oczytany i w świecie bywały (Berlin, Paryż, Włochy). Miał 30 lat i całkiem spory dorobek; zanim podjął decyzję matrymonialną, próbował sił w Warszawie jako dziennikarz, krytyk literacki i teatralny. Jego wybranka natomiast miała lat 16, dobre serce i urodę. Radczyni w III akcie Wesela pyta wprost: „No, ale o czym wy będziecie mówili / jak tak nadejdzie wieczór długi?”. Chyba cały Kraków zastanawiał się nad tym.

– Tatuś-profesor chyba nie chciał, by jego syn stał się częścią młodopolskiej bohemy?

– Oczywiście, że nie. Posłuszny rodzicom syn studiował prawo, nudząc się niepomiernie. Podobnie było z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, synem równie szanowanej rodziny, który rwał się do literatury, choć kazano mu podjąć studia medyczne. W mieszczańskim Krakowie liczył się zawód pewny, dający stabilizację finansową. Młodopolskie peleryny takiej stabilizacji nie zapewniały. Rydel, mówiąc szczerze, studiował prawo w wolnych chwilach. Zaczął pisać bardzo wcześnie, już w gimnazjum św. Anny zdradzał niemały talent w tym kierunku. Jego pasją zawsze była historia, zwłaszcza starożytna, co później zaowocowało rozłożonym na wiele lat tłumaczeniem Iliady. Interesowała go też prasłowiańszczyzna. Profesor Lucjan Rydel nie doczekał kontrowersyjnego ślubu swego syna. Na szczęście, jeszcze za jego życia, Lucjan zdołał ukończyć znienawidzone prawo.

 Nawiasem mówiąc, ojciec Lucjana Rydla, to również postać, której warto byłoby poświęcić więcej uwagi. Wybitny okulista, wykształcony m.in. w Wiedniu, opracował cenione w Krakowie „krople do ócz”, które firmował swoim nazwiskiem jako „wody doktora Rydla”. Ma też zasługi na polu… słowotwórstwa. Wymyślił mianowicie słowo: zakraplacz. Jeśli starczy nam czasu, opowiem pani świetną anegdotkę związaną z ojcem Pana Młodego.

– Jakim ojcem był profesor Rydel?

– Powiedzielibyśmy dziś, że nadopiekuńczym. Wiemy z listów pisanych do dorosłego już syna, jak bardzo martwił się, napominał Lucjana, by się nie przemęczał, nie biegał po schodach, zdrowo się odżywiał, postępował rozważnie. Ale też pamiętajmy, że Lucjan jr. nie był okazem zdrowia i fizycznej tężyzny. Od dziecka często zapadał na zdrowiu, w dojrzałym wieku poważnie chorował na nerki (jedną z nich prof. Maksymilian Rutkowski musiał mu usunąć). Dożył ledwie 48 lat. Był emocjonalnym nadwrażliwcem i ojciec dokładał wszelkich starań, by stonować te jego wybujałe emocje i nieustanny pośpiech.

Sporo detali z życia rodziny Rydlów (również Lucjana jr. i Jadwigi Mikołajczykówny) przekazała Aleksandra Czechówna, zaprzyjaźniona z matką Lucjana pamiętnikarka, będąca skarbnicą wiedzy z tego okresu.

– Wróćmy do ambicji literackich Lucjana Rydla. Moim zdaniem, z tą swoją Iliadą on trochę nie pasuje do Młodej Polski. Nie dostrzegam też u niego cienia dekadentyzmu.

– Jakżeż nie pasuje? Jeśli przyjmiemy, za Boyem, interesujący podział Młodej Polski na tatrzańską i szatańską, to Rydel bardzo zdecydowanie wpisywał się w ten pierwszy odłam. Uwielbiał oddychać górskim powietrzem, zachwycał się górami, często jeździł do coraz bardziej modnego Zakopanego. Przeczuwał, jaka moc tkwi w góralach, w wiejskim ludzie. Prostych ludzi przeciwstawiał zblazowanym inteligentom z miasta i dobrze się wśród nich czuł. Tak dobrze, że zdecydował się pojąć za żonę prostą dziewczynę z podkrakowskich Bronowic Małych. Jego wybór doskonale rozumiał Włodzimierz Tetmajer, ale i… Eliza Orzeszkowa.

– Orzeszkowa?

– Korespondowali ze sobą przecież. W tamtych czasach ludzie sporo do siebie pisali, pozostawiali tomy korespondencji. Trudno byłoby znaleźć znaną osobę, z którą towarzyski i wylewny Lucjan Rydel nie wymieniał listów. Odnalazł w autorce Nad Niemnem bratnią duszę. Kanwą tejże powieści jest sytuacja odwrotna jak ta znana z Krakowa. Tam lepiej urodzona Justyna Orzelska wychodzi za mąż za chłopa Jan Bohatyrowicza.

– Chłopomania u Rydla nie była tylko młodopolską pozą, kaprysem?

– Ależ bynajmniej. Ja wyczuwam w nim prawdziwe dążenie do prostoty, do świata podstawowych wartości. Proszę spojrzeć na liryki, które pisał do żony. On tę kobietę musiał kochać naprawdę. Nawet Czechówna to potwierdza, zresztą z upływem lat zdecydowanie zmienia się jej stosunek do małżonki Lucjana. Od dezaprobaty do szczerej sympatii. Bo też łagodny charakter i dobroć najmłodszej córki Jacentego Mikołajczyka rozbrajały ponoć niejednego. Jadwiga była niesłychanie oddana mężowi i rodzinie. Szczęśliwie przeżyli razem 18 lat.

 Lucjan, obok pracy literackiej, uprawiał ziemię, sadził, kosił, zbierał. Wydaje się, że eksploatował się ponad miarę, by zapewnić byt rodzinie. Żyło im się bowiem niebogato. Zanim zamieszkali w odkupionym od szwagra Włodzimierza Tetmajera domu (dzisiejszej Rydlówce), wynajmowali domek w Bronowicach Wielkich, a potem dworek w Toniach, który niegdyś należał do Franciszka Paszkowskiego, adiutanta Kościuszki. To tam właśnie, w stodole w Toniach, odbywały się przedstawienia teatralne z aktorami – chłopami, na które przyjeżdżało towarzystwo z Krakowa. Rydel zorganizował też coś w rodzaju biblioteki dla swoich wiejskich sąsiadów i dosłownie pękał z dumy, zwłaszcza przy gościach z miasta, kiedy jakiś Jasiek czy inny Franek pytał o Piotra Skargę albo zapisywał się do kolejki po Trylogię Sienkiewicza.

– Rydlówką nie zdążył się nacieszyć…

– To prawda. Rydlówkę małżonkowie nabyli w 1912 r., a tuż po wybuchu I wojny światowej przenieśli się do czeskiej Pragi i Pardubic. Osobny bowiem rozdział w życiu Lucjana Rydla, którego nie zdążymy już chyba teraz omówić, to związki z Czechami wynikające z jego przyjaźni z wielkim fanem Polski i Polaków, tłumaczem naszej literatury na język czeski Franciszkiem Vondračkiem.

– Prawda to, że Lucjan Rydel sprzedawał z żoną jarzyny na targu w Krakowie?

– Tego na pewno nie wiemy. Wiemy za to, że dojeżdżał ze wsi do miasta na kursy Baranieckiego dla kobiet, gdzie przez lata wykładał. Gromadził też tłumy na swoich wykładach o sztuce starożytnej Grecji na krakowskiej ASP. Wymarzona podróż do kraju ukochanego Homera (1907), gdzie z zapałem chłonął wszystko; sztukę, zabytki, krajobrazy, to jego ostatnia dłuższa podróż.

– Lepiej mu się po powrocie tłumaczyło Iliadę na polski?

– Tylko że nigdy tego tłumaczenia nie ukończył. Żaden wydawca nie odnosił się do jego pracy z należnym entuzjazmem, choć, z całą pewnością (co potwierdzali znawcy), był to przekład znakomity. Ale cóż, może nie był to dobry czas na Iliadę? Sądził, że przekład ów będzie dziełem jego życia, że właśnie dzięki niemu będzie zapamiętany. Nie wierzył bowiem, że o pamięci potomnych mogłaby zadecydować na przykład baśń dramatyczna Zaczarowane koło albo Betlejem polskie czy też – tym bardziej – bajki w stylu tej O Kasi i królewiczu. Wierzył jedynie w Iliadę i trylogię dramatyczną o Zygmuncie Auguście.

– A stało się inaczej.

– Tak. Jasełka Betlejem polskie (z 1904 r.) wystawiane są wyjątkowo często. Rydel miał świetne wyczucie sceny (w latach 1915–16 piastował stanowisko dyrektora Teatru im. J. Słowackiego). Od wczesnej młodości fascynował go Szekspir. Był też wytrawnym tłumaczem. Aktorzy woleli ponoć jego tłumaczenia niektórych francuskich sztuk niż tłumaczenia Boya, które oczywiście były filologicznie znakomite. Ale te Rydlowe były po prostu dla aktora wygodniejsze.

Trzeba zaznaczyć, że jego Betlejem polskie to pierwsza nasza szopka polityczna, gdzie scenie narodzenia towarzyszy osobliwa oprawa: rozpoznajemy znajome kłótnie, swary oraz postaci znane z historii Polski (Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło, Jan III Sobieski itp.), a także te przypisane Krakowowi, jak choćby Pan Twardowski. Pastorałka Leona Schillera pojawiła się dużo później.

Pamiętajmy więc, że szopkę polityczną jako gatunek stworzył nie kto inny, tylko Lucjan Rydel, który tym właśnie utworem dał światu do zrozumienia, że Pan Jezus urodził się w Krakowie…

– A nie?

– Rozumiem, że panią też skutecznie zaraziła rozwijająca się od czasów Lucjana Rydla nauka zwana krakauerologią. Jako dyrektor Muzeum Historycznego, które w tym roku po raz 75. będzie organizatorem konkursu szopek krakowskich, powinienem przytaknąć. Otóż, Lucjan Rydel, którego wspomniana krakauerologia powinna uczynić swym patronem, był nieprzytomnie zakochany w naszym mieście. Zapomnieliśmy już, że niczym lew bronił Bramy Floriańskiej.

– Przed czym?

– Przed urzędnikami, którzy bramę zapragnęli powiększyć, by zmieścił się w niej tramwaj. Rydel wytapetował miasto ulotkami w obronie bramy. Skutecznie. Drogę na odcinku biegnącym pod bramą obniżono i tramwaj mógł przejechać bez przeszkód. A mury bramy jak stały, tak stoją, nikt ich nie ruszył.

– Pan Młody nie doczekał niepodległości.

– Ostatecznie powaliło go ciężkie zapalenie płuc w kwietniu 1918 r. Zmarł dokładnie ósmego kwietnia, co wiąże mnie z nim osobiście, bo dokładnie 44 lata później przyszedłem na świat. Do tego moi rodzice, wówczas studenci, otrzymali przydział mieszkania w takim małym baraczku przy… ul. Lucjana Rydla. Dzisiaj stoi tam gęsto zasiana deweloperka. Widzi pani, jak głębokie ślady w moim życiorysie wiążą się z Lucjanem Rydlem.

Jadwiga z Mikołajczyków Rydlowa przeżyła męża o lat 18. Zmarły osierocił dwoje dzieci: Lucjana i Helenkę. W testamencie prosił, by nie sprzedawać Rydlówki; pragnął, by pozostała w rękach rodziny.

– Nie kończmy tak smętnie. Poproszę o obiecaną anegdotkę na zakończenie.

– Jej bohaterem jest, przypominam, ojciec Pana Młodego, prof. Lucjan Rydel – jeden z wybitnych przedstawicieli krakowskiej medycyny. Jak wspomniałem, wymyślił słowo „zakraplacz” mające zastąpić obco brzmiącą pipetkę. Rydlowski neologizm nie podobał się językoznawcom, na jego dźwięk alergicznie reagował zwłaszcza prof. Malinowski (też Lucjan), argumentując, że nie ma w języku polskim słowa oznaczającego jakiś przyrząd i zakończonego na -acz. Otóż, pewnego razu, kiedy Malinowski siedział szczelnie otulony białym kołnierzem ochronnym u fryzjera, a jego twarz pokrywała piana z kremu do golenia, do zakładu fryzjerskiego wparował prof. Rydel. A że padał wtedy deszcz, wycelował parasolkę w samą grdykę Malinowskiego, po czym wypalił: pogrzebacz!

I z triumfalnym uśmieszkiem wyszedł…

 

Rozmawiała Katarzyna Siwiec

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, grudzień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl