Narzędzia

Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz to miłość, twórczość i publiczne pasje – zawsze w Krakowie albo z Krakowem w tle.

Wszystkie anegdoty, wrażenia, wspomnienia o nich wydają się ważne – trudno cokolwiek pominąć, a też i często nie wiadomo, od czego zacząć, bo tyle jest historii do opowiedzenia.

Tacy ludzie – zbyt energiczni i zbyt konsekwentni, by nie doprowadzić sprawy do końca, bywają dla wielu niewygodni albo też zazdrości im się siły woli, podziwia za upór. O takich ludziach się nie pisze, a raczej stara się ich „opowiedzieć”. Jednym z niezwykłych rozdziałów wspólnej drogi Wajdów są obywatelskie inicjatywy i trudna walka o ich realizację w niełatwych pierwszych latach wolnej Polski.

Przebija się w niej obraz pary, dla której bycie artystą to rodzaj społecznej misji. A w tle zdumiewające historie, które składają się na pejzaż Polski w czasach chaosu i gorączkowo poszukiwanej harmonii. Wajda miał wiele planów na stworzenie ważnych dla Polaków miejsc kultury, żałował, że tylko kilka z nich udało się zrealizować. Wieloletnia batalia o Muzeum Manggha w Krakowie czy Pawilon Wyspiańskiego składają się na opowieść o tym, jak dwoje bardzo nieustępliwych i upartych ludzi zmieniło na zawsze historię tego kraju i uczyniło ją piękniejszą.

Andrzej Wajda obchodziłby właśnie 92. urodziny...

1.

Andrzej Wajda sercem zawsze był w Krakowie. To tu przeżył swoje największe artystyczne zachwyty, za co odwdzięczył się miastu jak mało kto. „Miasto piękne, nie za duże” – mawiał. Spacer po Krakowie śladami Wajdy jest w wielu punktach wycieczką pasjonującą, bo reżyser cenił miejsca zaciszne, skryte, mało uczęszczane przez turystów. Za najbardziej melancholijną dzielnicę uważał Salwator, lubił też Dębniki. Potrafił zwrócić uwagę na detale – za najpiękniejszą rzeźbę sakralną w Polsce uznawał dzieło Xawerego Dunikowskiego zdobiące fasadę kościoła Jezuitów przy ul. Kopernika.

Wajdowie wtopili w Kraków swoje przeżycia i największe dzieła. Pozostawili w nim też ślady swoich osobistych pasji – wyjątkowe miejsca kultury, bez których dziś nikt nie wyobraża sobie mapy miasta.

Często wracał do kościoła Franciszkanów, by podziwiać witraże Wyspiańskiego i olśniewające stacje Męki Pańskiej namalowane przez Józefa Mehoffera. Cenił okazały gmach Teatru Słowackiego – uważał, że to przepiękna budowla, która znakomicie nadaje się na siedzibę opery. Artystyczna optyka Wajdy, jego gotowość do poszukiwań rzeczy wartościowych sprawiały, że zwykłe z pozoru miejsca nabierały nowego znaczenia. Zarówno on, jak i Krystyna studiowali na krakowskiej ASP. Wajda w samym budynku Akademii na placu Matejki dostrzegał dostojeństwo, które narzucało wszystkim, studentom i profesorom, pewien rygor. Podkreślał rolę samego malarza: „W prowincjonalnym mieście, jakim był Kraków, Matejko uruchomił podniosłą wizję przeszłości, przywołał duchy królów, wskrzesił pamięć o latach dawnej wielkości. Rzeźby, które stoją na pierwszym piętrze, gipsy – wszystko razem tworzy podniosłą atmosferę”. Jednym tchem Wajdowie wymieniali Piwnicę pod Baranami – z oczywistych względów. Tu się poznali, a Piwnica była dla nich drugim domem. Lubili też Noworola w Sukiennicach. „Widzę pomnik Mickiewicza, kościół Mariacki, czuję, że jestem w środku świata. A jeszcze w kawiarni nie ma hałaśliwej muzyki, można spokojnie porozmawiać” – opowiadała Krystyna.

Był też Stary Teatr, miejsce dla Wajdów szczególne – tu przepracowali kilkadziesiąt lat, odnosząc wielkie sukcesy artystyczne. Wajdowie, którzy wtopili w Kraków swoje przeżycia i największe dzieła, pozostawili w nim też ślady swoich osobistych pasji – wyjątkowe miejsca kultury, bez których dziś nikt nie wyobraża sobie mapy miasta.

2.

Andrzej Wajda miał umysł, który nigdy nie spał – całe życie drobiazgowo notował. Fragmenty rozmów, opinie, pomysły reżyserskie, nazwiska, historie i historyjki, które być może rozwiną się w coś większego. Te zapiski to wspaniała kronika – nie tylko życia Wajdów, ale i historii Polski od kulis, ujętej w żartach, anegdotach, mikroopowieściach – Wajda potrafił spuentować wszystko w doskonałym, reportersko-żartobliwym stylu. W Warszawie poruszał się głównie samochodem, w Krakowie piechotą, choć bardziej po krakowsku brzmiałoby „na nogach” – gdy szedł przez Rynek, wiele osób go zaczepiało, chciało mu coś powiedzieć, zwierzyć się czy podzielić się pomysłem na film. Wajda zawsze chętnie się zatrzymywał i rozmawiał, był ciekawy ludzi i ich historii. Miał słuch językowy i ten wyjątkowy rodzaj wrażliwości, który sprawiał, że kilkuzdaniowa, zasłyszana gdzieś anegdota rosła w nim, trzymała go mocno, nawet jeśli nigdy nie została przeniesiona na ekran. Wajda potrafił taką anegdotę nie tylko schwytać i schować w swej filmowej wyobraźni, ale opowiedzieć tak, że i inni dostrzegali w niej rodzaj piękna. Na przykład przy różnych okazjach wracała w rozmowach z Wajdą historia o człowieku, który poznał wspaniałą kobietę i spędził z nią noc w jej mieszkaniu na wielkim rosyjskim osiedlu. Rano wyszedł do sklepu i już nie trafił z powrotem do jej mieszkania – zgubił się i nie mógł w zmultiplikowanym moskiewskim blokowisku odnaleźć właściwego adresu. Wajda dostrzegł tu przypowieść o utracie, o zmarnowanej szansie i pewnym bezsensie, o który rozbiła się być może piękna historia o miłości. Czuł, że w tym banalnym przecież zdarzeniu kryje się wielki, uniwersalny temat.

Potrafił też dowcipnie ująć to, co w Polsce. „Chciałbym i robię wszystko, aby mieszkać w kraju, gdzie największą zbrodnią jest nie płacić podatków i przejechać samochodem na czerwonych światłach. Będzie to nudny kraj! Ale ludzie nie żyją po to, by dostarczać tematów do sztuki – to powieści i filmy mają zabawić tych znudzonych obywateli szczęśliwych krajów” – notował w 1990 roku.

To, co dla wielu ludzi jest marzeniem, dla Wajdy było sprawą do wykonania. Potrafił być cierpliwy – na realizację mnóstwa swoich zamierzeń czekał przecież wiele lat, bo atmosfera w Polsce przed ’89 nie sprzyjała jakimkolwiek przedsięwzięciom. Gdy jednak tylko nadarzyła się okazja, był natychmiast gotowy do działań, jakby pracował nad danym przedsięwzięciem skrupulatnie, analizując jego każdy aspekt przez wiele lat.

3.

Właśnie tak było – Wajda nie odkładał spraw na potem, a raczej wciąż nad nimi pracował, czekając na odpowiedni moment do realizacji.

Gdy Wajda otrzymał Kyoto Prize, opiewającą na sumę, za którą w tamtych czasach można było kupić kamienicę na krakowskim rynku i postanowił przeznaczyć ją na budowę japońskiego muzeum, niektórzy pukali się w głowę.

Miał zapiski, notatki, nazwiska, wyliczenia, projekty – wszystko, co potrzebne, by od razu przejść do działań. Tak, jakby wszystko już było dawno zaplanowane. Czy tacy ludzie jeszcze istnieją? Chyba nie. Jest na odwrót – cierpimy na prokrastynację, a więc odkładanie wszystkiego na później. Powstały nawet podręczniki, które mają pomóc ludziom radzić sobie z tym szkodliwym zjawiskiem. Tymczasem Wajda był człowiekiem, który nie znał pojęcia „urlop”, opowiadała o tym Krystyna Zachwatowicz – u Wajdów nawet podczas wakacyjnych wyjazdów pracowało się non stop do późnych godzin: reżyser wciąż czytał, czegoś szukał, coś zapisywał, szkicował, odpisywał na listy, sporządzał plany...

4.

Wajda uważał, że czasem trzeba odwiesić na hak bycie artystą i zająć się ważniejszymi sprawami, które czyni się dla dobra ogółu. Najpierw wrócił w rodzinne strony, gdzie po ’89 roku został senatorem i pomagał zwykłym ludziom z Suwalszczyzny rozwiązywać ich codzienne problemy. Potem zaś – do ukochanego Krakowa i zajął się budową Mangghi, Pawilonu Wyspiańskiego, kiełkowała w nim myśl o szkole filmowej – stworzenie tych wspaniałych miejsc mu się udało, choć projektów na inne centra kultury i edukacji miał o wiele więcej i aż złość wrze, że przez rozmaite polityczne zawikłania i urzędniczy stan umysłu nie zostały zrealizowane. Wajda jednak nie odpuszczał, nie zostawiał rozpoczętych tematów w połowie, bo trudno coś przeforsować albo sprawa wydaje się przegrana – chodził, krążył, drążył, przekonywał, walczył do końca, choć kosztowało go to wiele nerwów (w zapiskach o niektórych posłach i oficjelach mówi wprost „idioci”). Wajdowie oboje byli wybitnymi artystami o naturze społeczników, a definicją patriotyzmu były dla nich działania dla dobra rodaków – sprawa dziś rzadko spotykana.

A przecież ludzie sztuki – rzecz to na artystów naprawdę osobliwa – nie zajmują się błahymi, przyziemnymi i frustrującymi sprawami, jak na przykład sparingi z urzędnikami, których Wajda odbył w swoim życiu tysiące! Nie mówiąc już o korespondencji, a uwielbiał pisać. Wielki reżyser i jego zaangażowanie w misje niemożliwe były więc wielkim problemem dla wielu urzędników i państwowych oficjeli, którzy nie mogli go zignorować, ale też nie dało się go nie lubić. Wajda ujmował poczuciem humoru i życzliwością wobec ludzi – nigdy nie był interesowny, o każdym pamiętał i dla każdego znalazł chwilę na rozmowę.

5.

Gdy otrzymał Kyoto Prize, najważniejszą nagrodę kulturalną Japonii, opiewającą na sumę, za którą w tamtych czasach można było kupić kamienicę na krakowskim rynku, i postanowił przeznaczyć ją na budowę japońskiego muzeum, niektórzy pukali się w głowę. Nie dlatego, że japońskie muzeum było wówczas czymś bardzo egzotycznym, a od czasów wojny nie wybudowano w Polsce żadnego nowego budynku muzealnego. Nawet Amerykanie, dla których altruizm sławnych ludzi jest czymś naturalnym, nie mogli uwierzyć, że Wajda, wspaniały reżyser, ale jednak z biednego kraju, na cel publiczny przeznacza ogromne, prywatne pieniądze! I to pochodzące z tytułu otrzymania tak prestiżowej nagrody. Krystyna z kolei mówiła, że nie życzy sobie futer ani nowego domu i jeśli Andrzej chce wybudować muzeum, to tak właśnie będzie.

Dla Wajdów ważne były też krakowskie przyjaźnie – z Piotrem Skrzyneckim i Jerzym Turowiczem. Bardzo przeżyli ich odejście. Po latach Krystyna mówiła, że Kraków, choć tętni życiem, jest dla niej też miastem cieni i wielkiej tęsknoty.

Dziwiono się także, że będzie to muzeum japońskie w Polsce, a nie poświęcone na przykład samemu Wajdzie lub dorobkowi Polaków. Wajda wydawał się więc człowiekiem pełnym niespodzianek, nieobliczalnym w dzieleniu się swoimi pasjami. Bo przecież wszystko, co po nim mamy i co nam w prezencie przekazał, to jego własne fascynacje i miłości – Wyspiański, sztuka japońska, w końcu edukacja filmowa i szkoła, gdzie młode talenty uczą się od największych artystów tej dziedziny. Finansowa pomoc, stypendia, datki – o nich nie dowiemy się niczego w szczegółach, bo duet Wajda–Zachwatowicz to ludzie na wskroś skromni. Jednak głosy o ich niebywałej hojności do dziś pojawiają się w kuluarach.

6.

W zapiskach Wajdy uderza ogromny samokrytycyzm – nie bał się przyznać, że jakiś pomysł jest słaby i nie ma w nim  głębi. Wajda, który był przecież z wykształcenia malarzem, gdy zobaczył obrazy Wróblewskiego, zostawił malowanie i postanowił znaleźć sobie miejsce gdzie indziej. Uznał, że nigdy nie stworzy czegoś równie doskonałego, a właśnie tak chciał malować. Są też tematy dla Wajdy bolesne: to przewijająca się samotność artysty, opisywana w jego dziennikach po ’89 roku, czuł, że nadchodzą czasy i publiczność, której może nie zrozumieć. Wciąż się zastanawiał, czy ma klucz pasujący do współczesnej rzeczywistości, czasem wpadał w panikę, że gdzieś po drodze utknął. W notatkach postawił sobie cel – oglądać i czytać młodych. W 1995 roku notował: „Samotność, kiedy ekipa spodziewa się po mnie dawnych sukcesów, nic nie robi, nie pomaga, nie ingeruje, tylko czeka na rezultat”. Kto dziś potrafi zdobyć się na taką szczerość?

7.

Na pewno ratunkiem i ukojeniem była dla Wajdy miłość i przyjaźń łącząca go z żoną. Co tu dużo mówić: takie spotkania zdarzają się bardzo rzadko, ale też Wajdowie na to spotkanie trochę czekali – Andrzej miał za sobą trzy związki, Krystyna dwa. Ich życie na zawsze zmienił wieczór w Piwnicy pod Baranami, w której Krystyna występowała w skeczach kabaretowych. Tego wieczoru grała dwie role – w drugiej wystąpiła w czerwonej szmince i wyglądała bardzo elegancko. Wajda przyszedł się przedstawić i pogratulować, a potem dopytywał, „kim była ta druga pani”. Krystyna była już wówczas bardzo cenioną i znaną scenografką – stworzyła świetną scenografię do Ślubu Gombrowicza w reżyserii Jerzego Jarockiego czy kostiumy do słynnych Dziadów Swinarskiego. Oczywiście wiedziała, kim jest Wajda, ale dopiero Piotr Skrzynecki poznał ich ze sobą i polecił Krystynę, gdy Wajda szukał scenografa do spektaklu Biesy. Od tej pory już na zawsze pozostaną duetem fenomenalnym – i w życiu prywatnym, i artystycznym.

8.

Gdy mówi się o Wajdach, nie sposób nie wspomnieć, jak bardzo splotły te dwie niezwykłe biografie doświadczenia wojenne – w centrum tych doświadczeń są dwa traumatyczne dla Polaków wydarzenia: mord na polskich oficerach w Katyniu i powstanie warszawskie. Ojciec Wajdy, kapitan piechoty Wojska Polskiego, został rozstrzelany przez NKWD w Charkowie. Wajda całe życie nosił w sobie tę historię, tak bolesną dla Polaków i przecież bardzo osobistą. W 2007 roku nakręcił Katyń, film o polsko-rosyjskiej ranie, która chyba nigdy się nie zagoi. W Rosji dzieło Wajdy wyemitowano raz – na niszowym, federalnym kanale. W 2010 roku, dzień po katastrofie smoleńskiej, film pokazano na głównym publicznym kanale Rossija. Ta druga projekcja Katynia, spleciona z tragicznymi wydarzeniami pod Smoleńskiem, wywołała w Rosji reakcje szczególne – mówiono o moralnym przebudzeniu, odpowiedzialności zbiorowej za ludobójstwo i wielkiej krzywdzie. Wajda z kolei wyraził nadzieję, że rosyjscy widzowie obejrzą film ze spokojem i właściwie go zrozumieją.

Krystyna urodziła się w Warszawie i jako czternastolatka była uczestniczką powstania warszawskiego. Jak wszystkie wówczas dziewczęta przeszła kurs sanitariuszki, żałowała bardzo, że jest za młoda na noszenie broni. Po latach mówiła głośno, że powstanie warszawskie było błędem. Ciekawe, że zawsze czuła się bardziej związana z Krakowem niż z Warszawą. W Krakowie zakochała się od pierwszego wejrzenia, skończyła tu studia na ASP, projektowała scenografie, grała w spektaklach, była jedną z gwiazd Piwnicy pod Baranami – o mieście mówiła, że ma w sobie tajemną moc, a wawelski czakram, który kiedyś pokazał jej Piotr Skrzynecki, oddziałuje na ludzi w metafizyczny sposób. „Kraków ma tę wspaniałą właściwość, że ludzie trafiają do właściwych miejsc albo miejsca odnajdują właściwych ludzi” – mówiła. Dla Wajdów ważne były też krakowskie przyjaźnie – z Piotrem Skrzyneckim i Jerzym Turowiczem. Oboje bardzo przeżyli ich odejście. Po latach Krystyna mówiła, że Kraków, choć tętni życiem, a ona sama jest pochłonięta pracą na uczelniach, jest dla niej też miastem cieni i wielkiej tęsknoty.  

*

Wajda zawsze dbał, by nie zostawiać Krystyny w tle, choć z jej opowieści wynika, że wcale tego nie oczekiwała. Przyjaciele i znajomi podkreślają, że zawsze była pierwszą instancją, do której Wajda zwracał się po komentarz lub poradę, nie tylko w sprawach artystycznych. Wiele zależało od opinii żony, choć przecież jak w każdym związku – zdarzały się różnice zdań. Ale trudno o bardziej pasujące do siebie osobowości – bliscy tej pary mówią, że była ona dowodem na prawdziwość mitu o dwóch połówkach jabłka czy istnienie yin i yang. Wajda mawiał, że Krysia przynosi mu szczęście, bo każdy jego film, w którym wystąpiła, przeszedł do historii światowego kina.

Wieloletnie batalie o Muzeum Manggha czy Pawilon Wyspiańskiego składają się na opowieść o tym, jak dwoje ludzi może uczynić piękniejszym miasto, a i historię kraju.

Jest taka anegdota o scenie z Kroniki wypadków miłosnych... Krystyna biegnie przez las. Ale rekwizytor dał jej złe okulary, przez które nic nie widziała, więc nieustannie się potykała.

Poirytowany Wajda ciągle na nią pokrzykiwał, a ona podnosiła się i upadała, lecz nie poprosiła o odpowiednie okulary. Nie chciała denerwować reżysera i robić nieprzyjemności pracownikowi, który był odpowiedzialny za pomyłkę. Przyznała się dopiero po premierze.

9.

Wajda uważał się za uciekiniera, tak mówił o sobie w dokumentalnym filmie Kredyt i debet: „Zawsze wydawało mi się, że życie to nie jest to, co się dzieje w tej chwili, to nie jest to miejsce, gdzie jestem, to nie jest ten film, który robię. Mimo że zawsze, każdy z filmów czy przedstawień teatralnych, wszystko, co robiłem, robiłem z przekonaniem, że to jest ważne, że to jest istotne. Ale zawsze myślałem, że coś jest jeszcze przede mną, że trzeba biec, gonić, dążyć do tego czegoś, co... trudno to określić... Myślę, że ta ucieczka to jest najważniejszy motyw całego mojego życia i on ciągle wiąże właściwie wszystkie moje dzieje z tym, co będzie jutro. Myślę, że ta energia, która była w moim ojcu, w braciach mojego ojca, w całej tej rodzinie – to jest właśnie energia, którą i ja czuję w sobie i która, że tak powiem, wymusiła na mnie, żeby tak bardzo intensywnie pracować, żeby tak bardzo uciekać od tego sielskiego krajobrazu.  Może trzeba było całe życie tylko patrzeć na te góry i niczym innym się nie zajmować...”.  Nie! Panie Andrzeju, pani Krystyno – dziękujemy, że wciąż biegliście. Także w Krakowie.

 

* Korzystałam z najnowszej książki Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki, a także wywiadu Katarzyny Janowskiej Miasto piękne, nie za duże, opublikowanym w tygodniku „Polityka”, nr 35 z 31 sierpnia 2002 r.

 

Iga Dzieciuchowicz – teatrolożka i feministka. Współpracowała z „Didaskaliami”, „Notatnikiem Teatralnym”, „Gazetą Wyborczą” i portalem publicystyczno-społecznym Polska Ma Sens. Współautorka biografii Bartoszewski. Droga. Na co dzień marketingowiec i dziennikarka „Codziennika Feministycznego”.

 

 

Na zdjęciach:

1) Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz to miłość, twórczość i publiczne pasje - zawsze w Krakowie albo z Krakowem w tle / Kamil Krajewski; właściciel: Archiwum Manggha

2) Grzegorz Kozakiewicz / za książką Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki

3) Kamil Krajewski / za książką Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki - właściciel: Archiwum Manggha

4) Zofia Nasierowska / za książką Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki

5) Kamil Krajewski / za książką Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki - właściciel: Archiwum Manggha

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, marzec 2018.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl



Wakacje z „Krakowem”

Smocze jajo: Skromni i gościnni
- Mieczysław Czuma

Polecamy

Witryna fotoreporterów