Narzędzia

Mowa nienawiści to nie tylko słowa, lecz także czyny. Za słowami idą zachowania społeczne i działania państwowe. W normalnej sytuacji państwa starają się bronić obywateli przed mową nienawiści.

Jedne państwa czynią to drogą zakazów prawnych, inne – zostawiając tę obronę organizacjom obywatelskim.

Ale co robić, gdy mową nienawiści przemawia władza?

Co robić gdy zaczyna się urzędowe piętnowanie i represjonowanie politycznych przeciwników z użyciem państwowej propagandy i aparatu ścigania? Gdy nagina się lub uchwala pod tym kątem prawo?

Wtedy atmosfera robi się duszna. Smog propagandy zatyka płuca. Chce się uciekać z własnego kraju. Opozycja zaczyna oglądać się za siebie, czy aby nie jest śledzona. Czy ktoś nie napadnie, nie uderzy, nie wybije okna kamieniem. My w Polsce mówimy: robi się jak w marcu ’68. Marcowy klimat, polityczna marcowa pogoda. I to jest ponure skojarzenie. Gdy państwo sięga po przemoc przeciwko opozycji, robi się mrocznie. A w mroku demokracja umiera. Takie motto pojawiło się na pierwszej stronie „The Washington Post” po wygranej Trumpa.

Dla ludzi z mego środowiska i pokolenia Marzec ’68 to była piękna rzecz: walka o wolność słowa to fundament liberalnej demokracji obywatelskiej. Ale z drugiej strony Marzec to także festiwal zorganizowanej nienawiści pod nadzorem państwa zmonopolizowanego przez jedną partię na dziesięciolecia. Taki poligon doświadczalny, jak rozprawić się z marzeniami o wolności i demokracji oraz po orwellowsku przedstawić je jako antypaństwowy i antynarodowy rokosz inspirowany z zewnątrz.

Głowiński stworzył bezcenną kronikę urzędowej mowy nienawiści w PRL. 8 marca 1968 notuje, że słowo „wichrzyciele” powtarza się w prawie każdym zdaniu. To wrogowie ludu polskiego. Co byłoby dziś odpowiednikiem? „Komuniści i złodzieje”? „Folksdojcze z opozycji”?

Masowy test na to, jakie metody i wzory mogą pomóc w tej orwellowskiej operacji przerabiania znaczeń. Doświadczenie zgromadzone na tym polu przez represyjne państwo było później wielokrotnie wykorzystywane w kolejnych państwowo-partyjnych kampaniach nienawiści przeciwko opozycji demokratycznej, KOR-owi, KPN-owi, przywódcom „Solidarności” w stanie wojennym. Ale przy okazji zatruło też niektóre umysły tak głęboko, że można było je uruchomić nawet w Polsce wiele lat po przejściu na system demokratyczny.

Sam byłem w Marcu licealistą. Jeździłem z kolegami z Zabrza do Gliwic, by zobaczyć na własne oczy, co się dzieje. W Zabrzu nie działo się nic, bo tam nie było uczelni wyższych. Nie udało nam się zobaczyć studenckiego wiecu ani pałowania protestujących. Ale pamiętam, jak bardzo studenci mi imponowali tym wolnościowym zrywem.

Tymczasem sto kilometrów od Zabrza, w Krakowie, dokąd przyjechałem na studia w 1971 roku, doszło tamtego marca do protestów, wieców i zamieszek na dużą skalę, w tym do złamania przez ZOMO miru uniwersyteckiego. Według danych milicyjnych zatrzymano około dwustu osób, głównie studentów, kilku stanęło przed sądem, część dostała kary więzienia, kilkudziesięciu usunięto z uczelni.

Jednym z uczestników protestu był Ryszard Terlecki, dziś poseł i czołowy polityk PiS. Tak opowiadał o lekcji krakowskiego Marca ’68: „Dla wielu studentów to było bardzo pouczające doświadczenie, że na własne skórze odczuli, czym jest dyktatura, czym jest komunizm. Dotąd to było w sferze takiego wyobrażenia, że coś jest złe, a tu doświadczyli na sobie. Doświadczyli tego kłamstwa. Wszyscy widzieli, co się dzieje, a zupełnie co innego pisały gazety. Więc to takie doświadczenie pokoleniowe. Zresztą przez lata całe spotykałem różnych ludzi, którzy byli bądź na studiach wtedy, bądź w szkole średniej, którzy mówili, jakie to było dla nich ważne doświadczenie” (dzieje.pl).

Następne pokolenia, w tym moje, też odebrały swoje doświadczenie tego, jakim złem są rządy ignorujące protesty obywatelskie w słusznych sprawach. Dla mnie Marzec był zrywem w duchu paryskiego maja, który „zabraniał zabraniać”. Ale dla partyjnej propagandy stali za nim „wichrzyciele”, „komandosi”, „syjoniści”, „dajczgewandy”, „bankruci polityczni”, „nosiciele rewizjonizmu”, „politykierzy z tytułami naukowymi”, „wyznawcy kołakowszczyzny i schaffizmu”.

Gdy państwo sięga po przemoc przeciwko opozycji, robi się mrocznie. A w mroku demokracja umiera.

Ich pogromców propaganda przedstawiało jako „patriotów” i „oddanych partii, głęboko związanych z narodem”. I tym odwróceniem znaczeń karmiła się propaganda docierająca do milionów Polaków, bo nie było prasy, radia i telewizji niezależnych od władzy. Była to celowa operacja na świadomości i podświadomości. W Niemczech hitlerowskich nazizm truł umysły przez 12 lat. W Rosji radzieckiej propaganda truła znacznie dłużej. W Polsce po wojnie, ponad 40 lat, z niewielkimi przerwami. Umysły zniewalano masowo i skutecznie. Ocalały niemiecki Żyd Viktor Klemperer, kronikarz nazistowskiego deprawowania języka niemieckiego, cytował w słynnym LTI – notatnik filologa słowa żydowsko-niemieckiego filozofa Rosenzweiga: „Mowa to więcej niż krew”. Bez krwi nie ma życia biologicznego, bez mowy nie ma życia duchowego i umysłowego. Zatruwanie języka kłamstwem i nienawiścią jest więc zbrodnią na człowieku.

Niedługo po stłumieniu protestów marcowych, a przed zbliżającą się 25. rocznicą wybuchu powstania w getcie warszawskim, w prasie partyjnej ukazała się informacja o obradach władz ZBoWiD pod przewodnictwem Mieczysława Moczara. Zdecydowano, że w związku z tą rocznicą ZBoWiD „przejmie patronat nad utrwalaniem pamięci o Polakach ratujących Żydów”.

Czytamy: „Celowość i konieczność dokonania [tego przejęcia – red.] nie wiąże się wcale z koniecznością podejmowania polemiki z aktywnymi ostatnio syjonistycznymi oszczercami naszego narodu. Polemika taka, stwierdzono z naciskiem, uwłacza wręcz godności Polaka. Szerokie i pełne ukazanie poświęcenia ludności polskiej przy ratowaniu współobywateli pochodzenia żydowskiego, jest po prostu – jak podkreślano – spłaceniem długu wobec pamięci tych, o których do niedawna niewiele mówiło się i pisało. Udokumentowanie tych faktów wynika zresztą nie tylko z potrzeby upamiętnienia, ale i przekazania dla potomnych pięknej karty z historii naszego narodu”.

Ówczesny czytelnik nie dowiaduje się, dlaczego do niedawna tak mało się mówiło i pisało, jaki to może mieć związek z protestami marcowymi. Ani dlaczego w okrągłą rocznicę powstania w getcie mamy się skupić nie na jego bohaterach i ofiarach, tylko na Polakach ratujących współobywateli żydowskich. Mamy gotowiec, który zawsze można reaktywować. W tym roku będzie 75. rocznica powstania w getcie.

W machinie obrony prawdy reżimowej chodziło o stygmatyzację przywódców i uczestników studenckich protestów. Miało brzmieć groźnie i ostrzegawczo: nie idźcie tą drogą, bo ręka podniesiona na socjalizm znów zostanie odcięta. Cały wysiłek tej machiny po mistrzowsku opisał Michał Głowiński w Marcowym gadaniu. Książce po raz pierwszy wydanej oficjalnie dopiero po upadku PRL.

Składa się z krótkich haseł-komentarzy o języku ówczesnej propagandy, niektóre przed chwilą przywołałem. Głowiński spisywał je do szuflady w latach 1966–1971. Stworzył bezcenną kronikę urzędowej mowy nienawiści w PRL. 8 marca 1968 notuje, że słowo „wichrzyciele” powtarza się w prawie każdym zdaniu. To wrogowie ludu polskiego. Co byłoby dziś odpowiednikiem? „Komuniści i złodzieje”? „Folksdojcze z opozycji”? Mowa nienawiści zawsze przygotowuje grunt pod uderzenie. Może to być fala aresztowań, likwidacja prasy uznanej za „wrogą” i instytucji niezależnych od władzy, ataki fizyczne.

Tak było po Marcu i po delegalizacji „Solidarności” w stanie wojennym. Głowiński w haśle „Marzec 1968 a język” wylicza, pod jakimi postaciami język Marca wszedł w język zwyczajnych obywateli: nastąpiła reaktywacja języka stalinizmu, języka prawicy i języka prasy przedwojennej prasy brukowej, „apelującej do najniższych instynktów”. Ludzie nie musieli czytać „Trybuny Ludu”, słuchać polskiego radia i oglądać telewizji, by podchwycić język marcowej propagandy, bo część już go znała w przedwojennych wydaniach.

Czasem był też ruch w drugą stronę: frazy opozycjonistów przenikały do języka ówczesnej władzy. Na przykład „dyktatura ciemniaków”. Tej frazy użył Stefan Kisielewski na zebraniu Związku Literatów Polskich 29 lutego 1968 roku. Propaganda ją podjęła i nadała wielki rozgłos, aby zdyskredytować określenie i autora. W polemicznym szale zdecydowano wydrukować w „Życiu Warszawy” artykuł dający odpór Kisielewskiemu. Na tytuł wzięto właśnie „dyktaturę ciemniaków”. Reszty właściwie nie było trzeba czytać. Tytuł musiał się wbić w pamięć, notuje Głowiński 5 września 1968 roku – „krótki, dobitny, świetnie osadzony w ludowej polszczyźnie”. Trafnie przewidywał, że fraza osadzi się w języku jak przedwojenna „drętwa mowa”. Ale Kisiel zapłacił za to ciężkim pobiciem przez nieznanych sprawców.

*

Marcowe gadanie czyta się pół wieku później z przerażeniem. To nie jest kronika oficjalnej mowy nienawiści tylko tamtych czasów. Michał Głowiński uważa, że pojęcie „wroga” jest istotą mowy nienawiści.

Osławiony Marsz Niepodległości jest jednym z przykładów. Niedługo po nim „New York Times” opublikował artykuł Jana Tomasza Grossa. Autor zauważa, że słowa polskich polityków o „naszej cywilizacji opartej na chrześcijaństwie” – brzmią konfrontacyjnie. Nie tak brutalnie jak język skrajnej prawicy, lecz też bulwersująco. Gremialne przypisywanie „choroby” narodom europejskim jest aktem stygmatyzacji. A sugestia, że Polska ma wyznaczyć im drogę do uzdrowienia – aktem pychy. Tak, brzmi w polskich uszach znajomo, mesjanistycznie, lecz ignoruje prawdę.

Trzeba tę marcową mowę bowiem rozumieć szerzej niż tylko język. To także zespół znaków, gestów, zachowań i działań. Dziś mamy w jednym „pakiecie” symbole, hasła, slogany, uniformy, akty przemocy słownej i fizycznej (skopane kobiety niosące baner ,,Stop faszyzmowi’’), akcenty religijne i patriotyczne maskujące prawdziwe przesłanie, agresywnie nacjonalistyczne.

Marcowa mowa wróciła. W istocie była z nami zawsze, tylko na marginesie życia publicznego. Teraz przenika do głównego nurtu.

 

Na ilustracji, Justo (Giusto) le Court, Zawiść (Invidia), około 1670, wys. 55 cm, szer. 46 cm, głęb. 20 cm / w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie (pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie).

 

Adam Szostkiewicz - urodzony w 1952, studiował polonistykę na UJ, działał w opozycji solidarnościowej, internowany, współpracownik prasy podziemnej, porzucił Unię Demokratyczną dla „Tygodnika Powszechnego” (1988–1999), Sekcji Polskiej BBC (1993–1994) i „Polityki” (od 1999 r.); autor przekładów poezji, prozy i eseistyki w języku angielskim.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, marzec 2018.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl



Wakacje z „Krakowem”

Smocze jajo: Skromni i gościnni
- Mieczysław Czuma

Polecamy

Witryna fotoreporterów