Ukazała się niedawno książka profesora Jana Ostrowskiego Barok – romantyzm – kresy. Ten zbiór artykułów i esejów jest, jak przyznaje autor, efektem „uporządkowania i utrwalenia rzeczy już zrobionych” , efektem spojrzenia wstecz, skoro „więcej już było niż będzie”. W tym spojrzeniu wstecz nie mogło zabraknąć kresów, którym profesor poświęcił wiele lat swego życia.

„Kresy”. Już nawet bez przymiotnika „wschodnie”, bo i tak wiadomo, że o nie chodzi, są ciągle źródłem naszych wzruszeń i naszej tęsknoty. Są też przedmiotem zbędnych sporów z sąsiadami. Dla pokolenia naszych rodziców czy tym bardziej dziadków były one najściślejszą ojczyzną, krainą ich dzieciństwa i młodości, krainą grobów bezpośrednich przodków. Dla naszego pokolenia kresy to tereny znane już tylko z opowiadań, a później, gdy już można było swobodnie tam jeździć, konfrontowane z tymi opowiadaniami. To miejsca wielu ważnych w naszych dziejach wydarzeń. Swoją drogą „kresy” dziś znaczą jednak trochę coś innego, niż znaczyły jeszcze przed wojną. Nie sądzę, by międzywojenny mieszkaniec Lwowa uważał się za mieszkańca kresów. Kresy były gdzieś dalej na wschód, „za kordonem”, jak to się wtedy mówiło. Żytomierz, Winnica, Kijowszczyzna, a dalej na północ Myhylów czy Mińsk, ale już na pewno nie Wilno. Kresy przesuwały się na zachód w ślad za wędrującą w tym kierunku granicą państwa.

Polskie słowo „kresy” denerwuje dziś Ukraińców, Białorusinów czy Litwinów i szczerze mówiąc, nie dziwię im się. Obawiam się, że jedną z przyczyn naszego szczególnego stosunku do kresów są niestety nasze kompleksy. Tęskniąc do kresów, tęsknimy do wielkiej Polski, dominującej kulturowo, potężnej, rozległej. Ta tęsknota będzie tym większa, im gorzej uda się nam urządzić tę Polskę, w której teraz żyjemy.

Poddając się tym emocjom, zapominamy zwykle, że my Polacy ani nasze odrodzone po 1918 roku państwo nie jest jedynym dziedzicem dawnej wielkiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Takim dziedzicem są na równi z nami Ukraińcy, Białorusini czy Litwini i ich niepodległe dziś państwa. Według prawa spadkowego, spadkobierca może spadek przyjąć lub odrzucić. Po pierwszej wojnie światowej Ukraińcy czy Białorusini, nie mając swych państw, nie mieli możliwości wypowiedzenia się w tej kwestii. My ten spadek przyjęliśmy w 1918 roku i przez wiele lat byliśmy jedynymi dziedzicami. Byliśmy nimi tak długo, że do tej roli przywykliśmy, a o innych uprawnionych do spadku zapomnieliśmy. Faktem jest, że za naszą wschodnią granicą zostało wiele ważnych dla nas pamiątek. Ważnych dla naszej historii. Dla naszej wspólnej historii. To prawda, że bardzo często zaniedbanych, zrujnowanych, w czasach sowieckich nieraz celowo niszczonych. Inwentaryzacja tych zabytków, dokonana w ostatnim ćwierćwieczu przez zespół profesora Ostrowskiego, jest dziełem bezcennym i wiekopomnym[1]. Tego dzieła nie byli w stanie z wielu różnych powodów wykonać Ukraińcy czy Białorusini. Profesor Ostrowski wyręczył ich. Zrobił pierwszy krok. Co innego jednak zinwentaryzować zabytki, co innego je konserwować i utrzymywać. Tu już nikogo nie wyręczymy, choć możemy przy tym dziele współpracować i pomagać. Zabytki te ocaleją, gdy obecni gospodarze tych ziem uznają je także za własne. Gdy uznają, że są to nasze wspólne zabytki. Wspólne, czyli należące także do ich dziedzictwa.

Zamiast ich do tego przekonywać, jakże często traktujemy te zabytki jako świadectwa naszego panowania, świadectwa naszej wyższości kulturalnej. Wystarczy posłuchać, co mówią nasi turyści we Lwowie czy Wilnie, poczytać „patriotyczną” prasę, posłuchać niektórych polityków. Takie podejście jest nie tylko politycznie głupie, obraźliwe dla sąsiadów, ale przede wszystkim historycznie nieprawdziwe. A dla zabytków za wschodnią granicą, na których nam podobno zależy, zabójcze.

To wspólne dziedzictwo jest też powoli uświadamiane sobie za wschodnią granicą. Mam przed sobą kupioną w Mińsku książkę Ilustrowana historia krainy Białoruś autorstwa Ułazimira Arłowa. Książka bogato ilustrowana, pięknie wydana. Na okładce między innymi kartusz z Orłem i Pogonią, portret Radziwiłła Panie Kochanku, Matka Boska Ostrobramska, sarkofag Zygmunta Starego z kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu, plakieta Bierpfaffa z trumny Władysława IV (z najbardziej antymoskiewską sceną), rewers krzyża Virtuti Militari (z Pogonią!). A w środku? I królowie (tak, wspólni), i Kościuszko, i Mickiewicz, i Lelewel, Traugutt i Moniuszko… Nie wiem, w jakim stopniu ta książka oddaje poglądy białoruskich elit, ale jest legalnie sprzedawana w Białorusi. Sądząc po tym, co można kupić w mińskich sklepach z pamiątkami (kopie pasów słuckich, figurki husarzy itp.), nie jest na pewno czymś odosobnionym i nietypowym.

Przy okazji trzeba wspomnieć wielokrotnie wznawiany, po litewsku, polsku, angielsku, a bodajże także po niemiecku, przewodnik po Wilnie Tomasa Venclowy pokazujący wspólne, polsko-litewskie dziedzictwo tego miasta.

Gdybyśmy chcieli i potrafili ideę wspólnego dziedzictwa upowszechniać, myślę, że za wschodnią granicą znaleźlibyśmy bez trudu godnych partnerów. Obawiam się jednak, że chyba niespecjalnie staramy się ich szukać.

A sprawa jest oczywista. Pomników obcego panowania nikt nie szanuje i nie pielęgnuje. Pomniki wspólnego dziedzictwa, przetrwają. W naszym interesie jest, by zostały uznane za wspólne.

 

Jan Widacki

 

Jan Ostrowski: Barok – romantyzm – kresy, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2017.

 

[1]  Por. wielotomowe wydawnictwo pod redakcją i we współautorstwie J. Ostrowskiego, Materiały do dziejów sztuki sakralnej na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczypospolitej.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, styczeń 2018.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl



Wakacje z „Krakowem”

Smocze jajo: Skromni i gościnni
- Mieczysław Czuma

Polecamy

Witryna fotoreporterów