Banalność zła

Email

Swego czasu Hannah Arendt, obserwując proces hitlerowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna, dokonała straszliwego odkrycia, że zło jest banalne. Eichmann, gorliwy wykonawca hitlerowskiego planu wymordowania całego narodu żydowskiego, podobnie jak Rudolf Höss, komendant obozu Auschwitz, fabryki śmierci, pogardy dla człowieka i ludzkiego cierpienia, odpowiedzialny za metodyczne bestialstwo dawkowane aż do okrutnej do śmierci tysiącom bezbronnych ludzi - nie mieli żadnych cech, które ludzie zwykle przypisują zwyrodniałym mordercom.

Odkrycie Hannah Arendt, że zło jest w gruncie rzeczy banalne, że największe zbrodnie są zdolni popełnić zwykli ludzie, jest równie prawdziwe, jak i przerażające. Posłuszni urzędnicy, zdyscyplinowani żołnierze, mali, banalni ludzie, w imię swych małych, banalnych interesów. Za cenę świętego spokoju, za cenę nienarażania się, za chęć przypodobania, za awans, za pochwałę. Arendt odkrywa jedną z najsmutniejszych prawd o człowieku. Lektura jej Eichmanna w Jerozolimie: rzecz o banalności zła (w znakomitym polskim przekładzie Adama Szostkiewicza) jest lekturą wstrząsającą.  

Również wstrząsającą lekturą, jest wznowiona niedawno Autobiografia Rudolfa Hössa. Lektura Autobiografii spisanej w krakowskim więzieniu przy ul. Montelupich umacnia przekonanie o banalności zła. Poznajemy małego Rudolfa, który w dzieciństwie wykazywał wielka miłość do zwierząt, do psów, do koni. Bawił się razem kolegami, ale był bardzo refleksyjny, uwielbiał spacery ze swym kucykiem Hansem, którego dostał na siódme urodziny od rodziców. Wychowywał go przede wszystkim ojciec, fanatyczny katolik. Razem z ojcem przyszły komendant obozu śmierci jeździł na różne pielgrzymki, odwiedzał „miejsca słynące łaskami” i to nie tylko w Niemczech, ale także Einsiedeln w Szwajcarii czy Lourdes we Francji. Jak wspominał, „z całą dziecięca powagą” gorliwie modlił się i oddawał obowiązkom ministranta.  Rodzina Hössów była pod każdym względem poprawna. Wspominał: „miedzy moimi rodzicami istniał stosunek pełen dobroci, miłości i wzajemnego szacunku”.

Pisał też: „rodzice wpoili we mnie, że do wszystkich dorosłych, a w szczególności osób starszych, winienem odnosić się z szacunkiem i czcią, niezależnie od tego, z jakiego środowiska pochodzą. Szczególnie zwracano mi uwagę, że powinienem bezwzględnie wypełniać życzenia czy polecenia rodziców, nauczycieli, księży i w ogóle osób starszych (…) te zasady weszły mi  w ciało i w krew”. Oj weszły. „W domu każdy miał określony zakres obowiązków” – wspominał Höss.  Tyle, że z czasem rolę rodziców, nauczycieli i księży przejęli przełożeni w SS. On dalej wypełniał swój zakres  obowiązków. Gorliwie, jak umiał najlepiej.

Ostatnio ukazała się książka Patrycji Bukalskiej Krwawa Luna o Lunie Brystygierowej, prominentnej funkcjonariuszce  Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z lat stalinowskich, uchodzącej chyba słusznie za symbol okrucieństwa UB.  Luna Brystygierowa  pochodziła z porządnej inteligenckiej żydowskiej rodziny, przed wojną ukończyła Sorbonę. Jak Pol Pot, chciałoby się dodać.

I znów banalność zła. Być może rację miał Sigmund Freud, który jak nikt przed nim, ani po nim, nie opisał złożonej natury człowieka. Złożonej z „ja zwierzęcego” („id”)  pozostającego jednak pod kontrolą „ja- społecznego” („ego”) i  ja-moralnego, czyli sumienia („super-ego”). „Ja-społeczne”  powstrzymuje „ja-zwierzęce” w zakresie, w jakim może ono spotkać się ze społecznymi negatywnymi  konsekwencjami, a nad tym wszystkim jeszcze panuje „ja-moralne”, powstrzymujące przed działaniami niezgodnymi z sumieniem. Okazuje się, że „ja społeczne” i „ja-moralne”, są nader często wymiennymi segmentami natury ludzkiej. Wystarczy, że  oczekiwania społeczne środowiska, w którym działa  jednostka, wychodzą naprzeciw zwierzęcej naturze człowieka, a ja – moralne zneutralizuje  ideologia... I człowiek staje się zwierzęciem.  Dziką bestią, w dodatku przekonaną, że postępuje słusznie, realizując słuszny cel. Tak było w przypadku nazistów, przekonanych, że służą dobrej sprawie, jaką jest panowanie ich rasy i narodu. Tak było w przypadku bolszewików, przekonanych, że realizują  szlachetny plan budowy nowego, lepszego świata. Tak jest w przypadku najokrutniejszych z wojen, wojen religijnych, w których każda ze stron jest przekonana, że Bóg jest po jej stronie. Tak jest w przypadku wszystkich tych, którzy są przekonani, że Pan Bóg jest członkiem ich partii.

To tłumaczy, dlaczego reżimy totalitarne z taką zaciekłością zwalczają wszystkich,  którzy wykazują zdolność do samodzielnego, krytycznego myślenia. Ich w pierwszej kolejności usuwa się z wodzowskiej partii, później próbuje usunąć poza margines wspólnoty narodowej, w końcu unicestwić. Totalitaryzmy powstają, trwają i mają się dobrze nie tylko dzięki nielicznym fanatycznym liderom, nie dzięki rzeszom fanatycznie im oddanych wyznawców, o zneutralizowanym ideologią sumieniu, ale przede wszystkim dzięki masom  biernych, ostrożnych, nie chcących się narazić, skądinąd porządnych nawet ludzi. Ludzi, którym reżim powoli zniewala umysł, neutralizuje ego a w końcu zneutralizuje  super-ego, sumienie.

Banalność zła jest przerażająca. Jest przerażająca, bo nie jest to właściwość jakiejś dającej się wyizolować, czy choćby wskazać grupy ludzi, wyłączonej ze świata ludzi dobrych i porządnych. To banalne zło jest w każdym człowieku.  Są ideologie i są przywódcy, którzy to zło potrafią zaktywizować.

Jedyne, co może pocieszać, to fakt, że  obok tego banalnego zła, drzemiącego w każdym człowieku, są w nim  też  pierwiastki dobra. Autobiografię Rudolfa Hössa, czekającego na wykonanie wyroku śmierci, kończą jego  dramatyczne i pełne miłości listy do żony i dzieci. Ten jeden z najokrutniejszych zbrodniarzy wojennych, kat tysięcy niewinnych ludzi, gdzieś na dnie swej duszy pozostał człowiekiem.

Luna Brystygierowa pod koniec życia szukała kontaktu ze środowiskiem Lasek i jak pisał ks. Marylski „uświadomiła sobie, ile zła i nieszczęścia wielu ludziom swym nieludzkim postępowaniem sprawiła i stara się obecnie nowym, chrześcijańskim życiem, jeszcze wiele naprawić”. Niektórzy wątpią w prawdziwość tej duchowej przemiany komunistycznej zbrodniarki. A może dobro też jest banalne? Może jego wydobycie, podobnie jak zła, też zależy od środowiska, w którym człowiek czasem przypadkiem się znalazł? Od ideologii, której uwierzył?


Jan Widacki