Polityka historyczna

Po 1989 roku Polska negocjowała traktaty z sąsiadami. Ich podpisanie miało znaczenie nie tylko w stosunkach dwustronnych, ale było też niepisanym, a nawet wyraźnie nie wypowiedzianym, ale oczywistym warunkiem przystąpienia do NATO. Było jasne, że NATO we własnym interesie nie przyjmie do swego grona kogoś, kto ma konflikt z sąsiadami.

W kształtującym się nowym ładzie europejskim po zjednoczeniu Niemiec i rozpadzie Związku Radzieckiego przyjęto, że granice ukształtowane po 1945 roku są niezmienne. Choć nigdzie tego nie zapisano, ale było to oczywiste dla wszystkich rozsądnie myślących polityków europejskich. Zdawano sobie sprawę, że granice te, wyznaczone przez sprzymierzone mocarstwa w Jałcie i Poczdamie, nie zawsze były słuszne, że w wielu przypadkach w chwili ich wytyczania były dla niektórych państw krzywdzące. Ale uwzględniano to, że po pierwsze, po 44 latach, na ziemiach przez jednych utraconych, przez drugich uzyskanych, urodziło się i dorosło już jedno pokolenie, a nawet zdążyło już urodzić się drugie, i te nowe pokolenia ziemie, na których się urodziły i wychowały, mają już prawo uznawać za własne. Po drugie, zdawano sobie sprawę, że zakwestionowanie którejkolwiek z granic z 1945 roku pociągnie za sobą lawinę nie do opanowania. Prawica w Polsce (wtedy jej głównym przedstawicielem był ZChN - czy ktoś jeszcze pamięta tę partię, której pełna nazwa brzmiała Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe?) miała inny pomysł. Oprotestowywała przyjęcie tej zasady przez rząd polski, krytykowała, że zbyt pochopnie uznano granicę polsko-litewską jako nie podlegającą dyskusji i stałą. Politycy prawicy twierdzili, że uznanie tej granicy może nastąpić, ale jako ewentualny punkt dojścia, a nie niepodlegający dyskusji punkt wyjścia w rozmowach z Litwinami. Sugerowali, że Polska może tę granice ostatecznie uznać, gdy Litwini spełnią nasze żądania względem ich państwa. Czyli zgodzą się na polską autonomię w rejonie solecznickim i wileńskim i na rejestrację polskiego uniwersytetu. Na marginesie trzeba przypomnieć, że do autonomii dążyli (a w czasie moskiewskiego puczu nawet ją ogłosili) prosowieccy działacze polscy, a uniwersytet nie dysponował kadrą pozwalającą choćby na utworzenie porządnego liceum. Nawiasem mówiąc, uznanie tych żądań, byłoby punktem wyjścia do żądań kolejnych. Działacze kresowi w Polsce, wspierający ideę uniwersytetu polskiego nie kryli, że jeśli tylko Litwini go zarejestrują, ten zaraz ogłosi się kontynuacją przedwojennego Uniwersytetu Stefana Batorego i wystąpi z żądaniem zwrotu budynków przedwojennej uczelni, aktualnie użytkowanych przez litewski uniwersytet, który także uważał się za kontynuację tego założonego przez Batorego. Czego domagaliby się w następnym kroku autonomiści trudno przewidzieć. Pamiętać jednak trzeba, że to z ich środowiska wypłynęła idea, jak wiele na to wskazuje wspierana przez Moskwę, utworzenia z dawnych polskich kresów wschodnich Wschodniopolskiej Republiki Rad, na złość niepodległej Litwie, Ukrainie i Białorusi, na której nie rządził jeszcze pro moskiewski Łukaszenka.

Odpowiedzialni za ówczesną polską politykę zagraniczną w te awanturnicze i niebezpieczne gry nie dali się na szczęście wciągnąć.

Było to i racjonalne i moralne. W najwyższym stopniu zgodne z polską racją stanu. Pomijając względy moralne (choć w polityce i one nie powinny być obojętne, bo – wciąż mocno w to wierzę – polityka naprawdę może być moralna), ale biorąc pod uwagę tylko względy pragmatyczno-polityczne, jak można domagać się polskiej autonomii na Litwie a równocześnie przeciwstawiać się niemieckiej autonomii na Opolszczyźnie? Jakich argumentów użyć przeciw tej ostatniej, wspierając równocześnie tę pierwszą?

W negocjacjach nad traktatami z państwami ościennymi nie poruszano więc kwestii granic. Uznano je za ostateczne i nie podlegające dyskusji. Nie zastanawiano się, czy były one przed blisko półwieczem słuszne czy nie. Nie dano się wciągnąć w dyskusje historyczne. Litwini na przykład przez długi czas upierali się, by w traktacie polsko-litewskim potępić „akcję Żeligowskiego” i faktycznie uznać, że w okresie międzywojennym Wileńszczyzna była pod polską okupacją. Przekonywano Litwinów i na koniec przekonano, że historię należy zostawić historykom i na płaszczyźnie historycznej spierać się o status Wileńszczyzny w latach 1921-39. To na tej płaszczyźnie można i trzeba było wyciągać argumenty, że „bunt Żeligowskiego” i utworzenie Litwy Środkowej zostało zalegalizowane w późniejszych wyborach powszechnych, które wykazały wolę ludności, że granica nieuznawana przez Litwę została uznana przez Radę Ambasadorów Ligi Narodów, a na koniec przez Stolicę Apostolską, która dopasowała kształt diecezji do ukształtowanej granicy. Ale to były argumenty polskich historyków, w dyskusji z litewskimi. Nie przedmiot sporu dzisiejszych dyplomatów i polityków.

Europejski ład ukształtowany po zjednoczeniu Niemiec i rozpadzie ZSRR pierwszy zakwestionował Putin anektując Krym i wspierając irredentę we wschodniej Ukrainie. Za to spotkały go międzynarodowe sankcje. Putin anektował, bo miał militarną siłę. Ale podobną jak Putin ideologię wyznają też różni liderzy Europy Środkowej i Wschodniej, uprawiając politykę historyczną. Od Putina różni ich jednak to, że nie dysponują porównywalną do niego siłą militarną.

Polityka historyczna to w płaszczyźnie metodologicznej pomieszanie historii z polityką. Historia wyznacza znów polityczne cele, politycy spierają się o historię. Rzecz w tym, że w naszej części Europy polityka historyczna poszczególnych państw Europy Środkowej i Wschodniej jest nie do pogodzenia. Jak pogodzić politykę historyczną polską i ukraińską? Polską i litewską? Polską i niemiecką czy rosyjską? Uprawianie tej polityki rodzić musi nierozwiązywalne konflikty. Narzucić swoją narrację historyczną sąsiadom można by tylko siłą. Wojny nie będzie, ale będzie ciągnące się latami jątrzenie, skutkujące psuciem stosunków dwustronnych i osłabiające Unię Europejską. Ale taka teraz idzie moda. Co więcej, ludziom płytko myślącym lub zgoła bezmyślnym, takie hasła się podobają, ba!, uchodzą za patriotyczne. Trump chce uczynić Amerykę „znów wielką”. Orban chce uczynić znów wielkimi Węgry. Ale jak uczynić Węgry „znów wielkimi” (jak przed I wojna światową) bez konfliktu ze Słowacją czy Rumunią? Jak uczynić Polskę „znów wielką” bez konfliktu z Litwą, Białorusią, Ukrainą, Słowacją (Spisz i Orawa!), Czechami? A co będzie jak jakiś lider niemiecki zechce uczynić Niemcy „znów wielkimi”, albo jakiś lider ukraiński zechce „wielkiej Ukrainy”?

Na razie Polska staje się „znów wielka” przez żądania reparacji od Niemiec i Rosji, przez pomysł drukowania w paszportach widoku Ostrej Bramy i Cmentarza Orląt. Skarlałe umysły nie wymyślą Polski wielkiej. Doprowadzą tylko do tego, że będzie śmieszna, samotna, anachroniczna, skłócona z wszystkimi sąsiadami, straci oparcie Unii Europejskiej, która jest jej ostoją i jedyną szansą.

 

Jan Widacki

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, wrzesień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl