Prawo i obyczaje

Parę słów o kulturze. Politycznej i prawnej

Poziom kultury politycznej i prawnej jest u nas skandalicznie niski. Właśnie ponosimy tego skutki. Niezrozumienie elementarnych zasad demokracji jest powszechne. Od polityków po „ciemny lud”, aby użyć szczerej terminologii Jacka Kurskiego. Ten „ciemny lud” bywa też nazywany ostatnio „suwerenem”, co podoba się mu tak bardzo, że można z nim zrobić wszystko i to rzekomo w jego imieniu. Demokracja przedstawiana jest „suwerenowi” jako rządy większości. Wystarczy, że tę „większość” wybrano w demokratycznych wyborach. Ten wynik wyborów, przekonują partyjni demagodzy reprezentujący „większość”, daje mandat do swobodnego rządzenia. Wybrana większość może więc robić co chce. Takie pojęcie demokracji jest najbardziej prymitywne z możliwych, jest prymitywne tak dalece, że stanowi tej demokracji niemal zaprzeczenie.

Gdyby tak rozumieć demokrację, to większość sejmowa w głosowaniu mogłaby pozbawić mandatów posłów sejmowej mniejszości, a nawet uchwalić ich internowanie. Albo uchwalić, że każdy, kto nie podpisze lojalki, że będzie przestrzegał zasad obmyślonych przez większość i uznanych przez nią za obowiązujące, będzie deportowany. Zgadzamy się na tak pojętą demokrację?

Demokracja to nie tylko rządy większości. Demokracja to rządy większości, ale sprawowane w pewnych ramach. Szerokość tych ram zależy od wyniku wyborów. Jeśli jakaś partia zdobywa w wyborach zwykłą większość, może rządzić w ramach zakreślonych przez konstytucję i umowy międzynarodowe, takie jak na przykład zabezpieczająca prawa człowieka Europejska Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, których przestrzeganie pozwala na udział w strukturach międzynarodowych, takich jak Rada Europy czy Unia Europejska. Od pilnowania, by ram konstytucyjnych nie przekraczano, jest prezydent, który stoi na straży konstytucji, i Trybunał Konstytucyjny. Ten ostatni pilnować ma szczególnie, czy ustawy uchwalane przez parlamentarną większość są zgodne z konstytucją.

Jeśli jakaś partia lub koalicja partii w wyborach zdobywa tak zwaną „konstytucyjną większość” (u nas jest to 2/3 głosów), może konstytucję w przewidzianej, dość skomplikowanej i długotrwałej procedurze zmienić. Innymi słowy, może sobie ograniczające ją konstytucyjne ramy rozszerzyć.

Nie trzeba przypominać, że PiS w ostatnich wyborach takiej konstytucyjnej większości nie zdobył. Zatem „suweren” pozwolił PiS-owi rządzić w ramach określonych konstytucją. PiS niewiele sobie z tego robi, uchwala co rusz jakąś ustawę niezgodną z konstytucją, skutecznie sparaliżował Trybunał Konstytucyjny, więc może to robić bezkarnie.

„Suweren” tego może nie rozumieć, ale powinny to rozumieć środowiska prawnicze, tak zawodowe, jak i naukowe. Coś tam nieśmiało poprotestowały, nawiasem mówiąc też nie jednogłośnie. Nie rozumieją, że niszczone jest państwo prawa? Nie widzą, że paraliż Trybunału jest zniszczeniem ostatniego hamulca przed zupełną samowolą rządzących? Nie wiedzą, że demokracja bez ram konstytucyjnych nie jest już demokracją? Niedawno pewien profesor prawa przekonywał mnie, że zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego nie dotyczy zwykłych ludzi! Nie, że „zwykli ludzie” nie rozumieją, iż dotyczy to właśnie ich. On twierdził, z całym przekonaniem, że to dotyczy tylko elit, nie zwykłych ludzi! Dotyczy tymczasem nas wszystkich. Zadaniem tych, którzy to rozumieją, którzy znają mechanizmy władzy, pojmują istotę demokracji, jest tłumaczyć to tym, którzy tego nie rozumieją. Po ćwierćwieczu budowania demokracji w Polsce znaczny procent Polaków nie rozumie jednak istoty demokracji. Dlatego nie potrafi jej bronić. Czyja to wina? Tych, którzy rozumieli, a nie tłumaczyli tym, którzy nie zrozumieli. Czy tu środowiska prawnicze, naukowe, dziennikarskie spełniły swoją społeczną rolę? Nie.

Z kulturą prawną jeszcze gorzej niż z polityczną. Gdyby była ona ciut wyższa, jeden publiczny występ ministra Ziobry albo jego zastępcy, niejakiego Jakiego, pogrążyłby PiS w sondażach. Nie pogrąża. Mało tego, buduje mu autorytet i poparcie. Lud chce surowych kar. Lud nie ma nic przeciwko karze śmierci i jej powrót przywitałby z radością. Lud nie lubi bogatych i chętnie by usłyszał, że do majątku doszli przez złodziejstwa, które właśnie zostaną surowo ukarane. „Suweren” nie wie, co to domniemanie niewinności i najchętniej każdego, kogo wskazano jako podejrzanego, zamykałby do kryminału, i to na długo. Władza może wyczyniać co chce z prawem i wymiarem sprawiedliwości, „suweren” ją poprze. Ale czy tłumaczył mu kto, co to domniemanie niewinności, tłumaczył, co to elementarne zasady humanitarnego prawa karnego, znane co najmniej od czasów oświecenia?

Ostatnio w „Gazecie Wyborczej” przeczytałem duży wywiad ze znanym warszawskim adwokatem. Zaczyna się dobrze. Adwokat ubolewa nad upadkiem etyki adwokatów, narzeka na ich społeczną bierność (wszystko święta prawda!). Uczy też kultury prawnej. Przekonuje na przykład, że „prawo nie dzieli ludzi na dobrych i złych. Każdy, kto wchodzi do sądu, jest z mocy prawa niewinny. Adwokat, który podejmuje się obrony, ma zapewnić mu uczciwy proces”. Święte słowa! Rzecz jednak w tym, że pan mecenas-moralista chyba ich sam nie rozumie albo nie wierzy w nie. Zapytany przez dziennikarza, czy są sprawy karne, w których nie podjąłby się obrony, wylicza natychmiast: „nie podejmuję się obrony sprawców przemocy seksualnej i spraw, w których pokrzywdzonymi są dzieci. Nie mam ochoty bronić faceta, który skrzywdził dziecko albo kobietę. Nie broniłbym też sprawców mowy nienawiści”. To oskarżony o przemoc seksualną, o krzywdzenie dzieci, o mowę nienawiści, wchodząc do sądu, nie jest „niewinny z mocy prawa”? Nie przysługuje mu domniemanie niewinności? A może jest naprawdę niewinny, a może jest niepoczytalny? Nie przysługuje mu uczciwy proces, na straży którego ma stać adwokat? Tyle otwartym tekstem. A w podtekście: „jestem zbyt moralny (delikatny?), by bronić w takiej obrzydliwej sprawie. Wiem, należy się panu obrońca. Idź pan do mojego kolegi, on jest mniej moralny (delikatny, wrażliwy?). Może się podejmie”.

To się nazywa, zdaje się, „faryzeizm”. A może taka adwokacka „klauzula sumienia”?

Niektórzy filozofowie twierdzili, że wszystko co jest, jest po coś. Z każdego zła wynika jakieś dobro. Czyli każde zło jest na swój sposób pożyteczne. Emil Durkheim twierdził na przykład, że przestępczość jest w tym sensie pożyteczna, że ostrzej zakreśla granice akceptowalnych zachowań.

Być może łamanie zasad państwa prawa, gwałcenie demokracji przyczyni się do tego, że lepiej zrozumiemy, na czym one mają polegać, lepiej zrozumiemy ich ideał i będziemy je lepiej realizowali w przyszłości?

 

Strona 8 z 10