Polecamy

Od Friedmanna do Szydłowskiego

Email

Teatr Variete ma już rok

Pierwszy teatr rewiowy w Krakowie powstał nie w 2014 roku mocą uchwały Rady Miasta Krakowa za pieniądze krakowskich podatników, a blisko 120 lat wcześniej, za prywatne pieniądze kelnera z Kobierzyna.

Była to świadoma decyzja, podjęta przy jak najbardziej, zdrowych zmysłach. Zwłaszcza, że znany zakład leczniczy w Kobierzynie pierwszych pensjonariuszy miał przyjąć dopiero za 20 lat. Zaledwie 7 lat po otwarciu paryskiego Moulin Rouge dokładnie w 1896 roku na pustej, jeszcze wtedy, działce przy ulicy Zielonej, dzisiaj noszącej dumnie nazwisko wiceprezydenta Józefa Sarego, pod numerem 17 rozpoczęto z dużym impetem budowę, której inwestorem był Adolf Friedmann, zaś projektantem wzięty krakowski architekt Benjamin Torbe, autor projektów rozlicznych krakowskich kamienic w tym także modlitewni Lednitzerów i przebudowy synagogi Tempel. Od frontu był to piętrowy, siedmiotraktowy budynek o charakterze pałacowym i elewacji frontowej zwieńczonej tympanonem, łączący się bezpośrednio z wysokim ale jednokondygnacyjnym pawilonem w podworcu. Pomyślanym jako sala restauracyjna mieszcząca 300 osób, z zacisznymi gabinetami po bokach oraz bogatymi lożami na balkonach. Całości dopełniała szeroka na 8, a głęboka na 4 metry scena z garderobami znajdującymi się bezpośrednio za nią. Z owalnego plafonu przyozdobionego motywami roślinnymi zwisał potężny gazowy żyrandol korespondujący z dostojnymi, aksamitnymi kotarami. Pełen przepychu, złota i purpury wystrój wzorowany był na oddanym 3 lata wcześniej wnętrzu Teatru Miejskiego przy placu św. Ducha.

Ètablissement Friedmanna

Cały obiekt otrzymał obcobrzmiącą nazwę Ètablissement Friedmann. We Francji określenie Ètablissement tłumaczono jako prywatne, a więc nastawione na zysk przedsiębiorstwo o charakterze rozrywkowo-rekreacyjnym łączące funkcje widowiskowe z konsumpcją. Jednak w 1902 roku Adolf Friedmann przemianował swój, jak już wtedy się mówiło, kabaret na bardziej mile dla ucha brzmiące Colosseum. Być może wiązało się to z tym, iż w bliższym nam obszarze niemieckojęzycznym określenie Etablissement zaczynało w swoim znaczeniu przechylać się w kierunku przybytku zwanego raczej domem publicznym. Tak czy owak „Ilustrowany Kurier Codzienny” pisał o „Colosseum Friedmanna” jako o najpopularniejszym lokalu rozrywkowym Krakowa, przez którego scenę miały przewijać się „pierwszorzędne siły kabaretowe i tinglowe, słynne z powodzenia i urody”. Tancerka Lola Martinez od Friedmanna pojawia się w autobiograficznej powieści „622 upadki Bunga” Witkacego. A wcześniej w 1898 roku „Życie” pod rządami  Ludwika Szczepańskiego okupiło konfiskatą swój 12 numer, gdyż „pozwoliło sobie zwrócić uwagę na nieraz niewłaściwe zachowanie się przedstawicieli c. k. armii czynnej, piechotnej, kawaleryjskiej i artyleryjskiej w „Odeonach”, „Friedmanach” i tym podobnych przybytkach podkasanej muzy”. W 1904 roku Firedmann sprzedał jednak kamienicę, w której mieszkał z rodziną, pozostając jedynie dzierżawcą kabaretu. Trudno dzisiaj odgadnąć czy było to podyktowane kiepską kondycją całego biznesu czy też przemyślnym wyprzedzeniem dalszego biegu wypadków, który w 1905 roku zaowocował wyprowadzeniem austriackiego garnizonu, który stacjonował na Wawelu, a więc przewidywaniem utraty najbardziej lukratywnej klienteli. Ostatecznie „Colosseum” funkcjonowało jeszcze do 1912 roku, do momentu, aż dostało wiosną niespodziewane wypowiedzenie. W jego miejsce miała wejść francuska firma słynąca z tradycji wytwarzania szampanów z planami urządzenia pawilonu szampańskiego połączonego z teatrem rozmaitości. Jednak nie weszła, zaś kabaret przerobiono na kinoteatr Apollo, później funkcjonujący pod nazwą „Opieka”, który w 1924 roku ostatecznie spłonął. Friedmann miał pozostać wierny swojej artystycznej pasji, ale co do dalszych jego losów źródła są podzielone. Jedne twierdzą, że przeniósł swój biznes do Lwowa pozostając przywiązanym do nazwy Colosseum. Boy w przypisach do „Słówek” opowiada, jak pewna lwowianka w Rzymie, spytana, czy widziała już Colosseum, odrzekła: „Ja w takich lokalach nie bywam”. Inne mówią, że Friedmann pozostał w Krakowie i prowadził jeszcze w latach 20. XX wieku w hotelu City (dzisiejszy przebudowany Royal) przy ul. św. Gertrudy kabaret Moulin Rouge.

Po drugiej wojnie światowej pojawiły się w Krakowie restauracje z dancingiem urozmaicanym programem typu variete składającym się z pokazów tanecznych, popisów ekwilibrystyczno- żonglerskich, występów parodysty lub iluzjonisty czy też prestydygitatora, a od początku dekady Gierka, który otworzył nas na zachód także ze striptizem, za którym przepadali zwłaszcza przybysze zza wschodniej granicy, odwiedzający wtedy Polskę w ramach „pociągów przyjaźni”. Takich miejsc w Krakowie było kilka: „Cyganeria” przy Szpitalnej, „Kopciuszek” przy Floriańskiej, „Feniks” na rogu Rynku i św. Jana, „Warszawianka” (przedwojenny Bisanz) przy ul. 1 Maja, dzisiaj Dunajewskiego i oczywiście restauracja hotelu „Cracovia”, którą wraz z programem utrwalił w kultowym już filmie „Wodzirej” Feliks Falk, a także „Pani TVardowska” na Krzemionkach u stóp wieży telewizyjnej. Wszystkie poza „Feniksem” zniknęły już z mapy kulturalnego i kulinarnego Krakowa.


Kraków nie miał jednak nigdy rozrywkowej sceny z prawdziwego zdarzenia. Opera wraz operetką gnieździła się przez całej dziesięciolecia w dawnej ujeżdżalni zamienionej na Dom Żołnierza, odnajmując tylko na co lepsze występy scenę Teatru im. Słowackiego. Wprawdzie cyrkowcy skupieni w Zjednoczonych Przedsiębiorstwach Rozrywkowych swojego czasu chcieli przy Błoniach wybudować stały cyrk. Ale Kraków się temu opierał i… i dobrze na tym, wyszedł, gdyż podobny obiekt zbudowany według bułgarskiego projektu na warszawskim Powiślu, został przez strażaków zaraz po premierze na stałe zamknięty. Okazało się, że w wyniku nienaprawialnego błędu projektowego czas obiegu płomienia wokół budynku w razie pożaru, był krótszy niż czas ewakuacji wszystkich widzów. Stanowiąc dla tych ostatnich śmiertelną pułapkę. Krakowianie tylko z zazdrością patrzyli jak w Gdyni buduje się Teatr Muzyczny, zaś we Wrocławiu dawne kino Śląsk mieszczące niegdyś Operetkę przekształciło się w mocno rozbudowany muzyczny wracając do przedwojennej nazwy Teatr Capitol czy za sprawą Telewizji Polskiej ery Macieja Szczepańskiego powołano do życia w Chorzowie Teatr Rozrywki. Nie przeszkodziło to jednak temu, by na deskach „Słowaka” na początku latach siedemdziesiątych XX wieku nie pojawiła się z oszałamiającym sukcesem śpiewogra (żeby nie używać zachodniego słowa musical) „Na szkle malowane” Ernesta Brylla i Katarzyny Gaertner, którą potem przyswoili sobie jako dzieło wręcz narodowe Słowacy. Zresztą tradycje musicalowe w Teatrze Słowackiego pozostały do dzisiaj. Wystarczy wspomnieć „Ziemię obiecaną” czy „Braci Dalcz”, a także „Pinokio” dla dzieci. W 1977 roku Teatr STU w cyrkowym namiocie rozstawionym na placu przy ul. Rydla w Bronowicach wystawił „Szaloną lokomotywę” na motywach Witkacego z muzyką Marka Grechuty i Jana Kantego Pawluśkiewicza.

Wielki świat w Krakowie


Zauroczony komercyjnymi w większości teatrami londyńskiego West Endu (7 z nich zarządzanych jest przez spółkę należącą w całości do kompozytora barona Andrew Lloyd-Webbera) Janusz Szydłowski, aktor, reżyser („Tajemniczy ogród” w „Bagateli”, „Mały Lord” w Operze) pedagog po powrocie z zagranicy zaczął zabiegać o utworzenie w Krakowie teatru dla nieco lżejszej muzy. Komisja Kultury RMK pod przewodnictwem Stanisława Handzlika w 2003 roku apelowała do prezydenta Jacka Majchrowskiego by wsparł idee utworzenia nowej sceny. Nikt nie protestował. W podmiocie domyślnym wisiało przeświadczenie, że tego rodzaju sztuka bez problemów zarobi na siebie, a może nawet przyniesie zyski Tym bardziej, że w tym czasie działał już w Warszawie prywatny Teatr Buffo Janusza Józefowicza i Janusza Stokłosy oraz Teatr Sabat Małgorzaty Potockiej. Po dwóch latach ta sama komisja sprawdzała czy Prezydent nie zapomniał i dopytywała się o dalsze losy idei. Pomysł przypadł do gustu także krakowskim kołom biznesowym skupionym wokół Izby Przemysłowo-Handlowej. Wsparcie ze strony tych ostatnich było jednak bardziej moralne, niż finansowe. A tymczasem kablowa telewizja UPC wystawiła na sprzedaż zbędny już dla siebie budynek dawnego kinoteatru „Związkowiec” na Grzegórzkach obok Zakładów Budowy Maszyn Zieleniewskiego. Zbudowany w 1938 roku w obowiązującym wówczas stylu modernistycznym, został w latach 1948-52 rozbudowany według projektu Zbigniewa Solawy – autora Planetarium Śląskiego i niezrealizowanego projektu pierwszego kościoła w Nowej Hucie. Asumptem do ulokowaniu właśnie w tym miejscu „pierwszego muzycznego teatru Krakowa” było to, iż oprócz produkcyjnych narad w „Związkowcu” działał niegdyś Teatr Satyryków, występowała także m. in Maria Koterbska, zaś w nowych już czasach po obaleniu „cenzury” zorganizowano tu pierwsze mistrzostwa Polski w striptizie. Wpisywało się to znakomicie w politykę decentralizacji i dyslokacji krakowskiej kultury. Jednak żaden anonimowy mecenas z walizką pieniędzy nie pojawił się i budynek ostatecznie kupiło miasto za 4,3 mln zł. Zakładano , że na dalszym etapie pojawią się pieniądze z ministerstwa kultury, SKOZK-u ( budynek został w międzyczasie wpisany na listę zabytków) czy też funduszy unijnych. Nie pojawiły się jednak. Miasto z konieczności zaczęło brnąć w kolejne wydatki. Doliczono się w sumie 30 mln zł. Budynek „Związkowca” poza swoją skorupą i stylowym holem wraz z efektownymi schodami kompletnie nie nadawał się na potrzeby teatru - par excellence - rewiowego. Trzeba było nie tylko odgrzybić i osuszyć fundamenty, przebudować scenę, ale przede wszystkim widownię. W starym „Związkowcu” twarde krzesła rozmieszczone były płasko na podłodze parteru i na obszernym balkonie. W sumie było ich ok. 800. Zlikwidowano balkon, budując w to miejsce amfiteatralną widownię wypełniona komfortowymi fotelami. Mimo, że pozostawiono zabytkowe loże po lewej stronie liczba miejsc skurczyła się do 394 miejsc. (Moulin Rue ma 850 miejsc, a Lido 1150). I tu dochodzimy do pytania podstawowego: czy taka widownia będzie w stanie opłacić wpływami z biletów przygotowanie i późniejszą eksploatację kosztownych ze swojej natury widowisk rewiowych ?

Legalna blondynka

Janusz Józefowicz zaproszony do wyreżyserowania polskiej prapremiery „Legalnej blondynki” inaugurującej działalność krakowskiego Teatru Variete dawał za przykład swój Teatr „Buffo”, który przy podobnej widowni wychodzi finansowo na swoje.  Niemiecka firma GOP prowadząca teatry typu variete w Bad Oeyhausen, Bremie, Essen, Hanowerze i Műnster także dysponuje salami mieszczącymi nie więcej niż 400 osób w każdej z lokalizacji. Jednak produkcje artystyczna wspomagana jest tam działalnością gastronomiczną. Widzowie siedzą przy stolikach i podczas spektaklu jedzą i piją. Podobnie jest w Krystallpalast w zaprzyjaźnionym z Krakowem Lipsku. Dobra kuchnia jest tam tak samo ważna jak dobrze tańczący balet, bo stanowi drugą mocną nogę całego przedsięwzięcia. W Polsce występowanie „do kotleta” przez wielu artystów traktowane jest prawie jak obelga. Zapewne dlatego w krakowskim teatrze Varierte nie ma stolików, zaś bufet zaczął funkcjonować po roku, od otwarcia.


Na otwarcie Janusz Szydłowski wybrał „Legalną blondynkę”, musical oparty na amerykańskim obsypanym nagrodami filmie muzycznym o tym samym tytule. Wprawdzie zapewnił sobie prawo polskiego prawykonania, ale okupić to musiał jako pierwszy jego tłumaczeniem (Krystyna Podleska) i poetycką adaptacja tekstu na scenę (Michał Zabłocki). Reżyserię powierzył Januszowi Józefowiczowi licząc zapewne po cichu, że krakowski spektakl choć w części dorówna sukcesowi „Metra”.  Już wtedy okazało się po raz pierwszy, że scena przy Grzegórzeckiej jest po prostu mała, gdyż nie największego „Cadillaka” trzeba było przeciąć na…pół by się na niej zmieścił, a muzykę grać „z puszki”, bo dla muzyków nie było już oficjalnie miejsca. Rzecz ciekawa, że w mniej więcej w tym samym czasie na scenie „December Palast” czyli ówczesnego Centrum Kultury Katowice przygotowano i wystawiono „Prześliczną wiolonczelistkę” opartą na przebojach krakowianina Andrzeja Zielińskiego napisanych przed laty dla „Skaldów”. Była to polska odpowiedzią na słynny musical „Mamma Mia" na motywach muzyki Abby.

Nocne marzenie z „Lido”

Latem przy Grzegórzeckiej „po raz pierwszy od czasów zakończenia drugiej wojny światowej Kraków mógł podziwiać prawdziwą paryską rewię!” Tu pojawiła się Aleksandra Kędzierska - Fontaine zapowiadana przez dyrektora Szydłowskiego jako występująca m. in w „Lido”, „światowej sławy artystka rewiowa ze swoim paryskim zespołem, która przedstawi rewię na najwyższym poziomie”. Jej tytuł brzmiał Le Rêve (Marzenie). Na premierze miał się pojawić nawet Lech Wałęsa wszak pani Aleksandra pochodzi z Gdańska. Miejscowi paparazzi spekulowali nawet czy były prezydent przyjedzie z małżonką, sam czy też, z którąś z córek. Spektakl dość szybko jednak szedł z afisza i jesienią już nikt nie chciał rozmawiać o jego powrocie. Za to  – dokładnie na Halloween - pojawił się na scenie „Przerażony na śmierć” Rona Aldridge’a w reżyserii samego autora oraz w tłumaczeniu Krystyny Podleskiej i Anny Wołek, z efektami iluzjonistycznymi Jędrzeja Bukowskiego. Zanim to się jednak stało Rada Miasta stanęła przed koniecznością wysupłania 450 tys. zł dodatkowej dotacji na dokończenie realizacji spektaklu. (Tłumaczono to tym, iż w minionym roku teatr zwrócił do budżetu część nieskonsumowanych pieniędzy, a na początku bieżącego nie otrzymał tyle ile zapreliminował). Na pierwszą rocznicę istnienia Teatru Variete pojawiały się, aż dwa widowiska ze słowem „variete” w tytule. Pierwsze to Variete Film Show według scenariusza i w reżyserii (sam do tego go usilnie namawiałem) dyrektora Janusza Szydłowskiego zawierające 25 najlepiej rozpoznawalnych melodii światowego kina (osobiście wolałbym, aby były to melodie polskiego kina – wtedy tantiemy zostałyby przynajmniej w kraju) i nocna Rewia Variete z przeznaczeniem dla widzów dorosłych.

Rewia ze Szczecina

Tym razem widowisko było już krajowego chowu przygotowane przez szczecińską grupę eventową Rising Stars Revue należącą do Konrada Bikowskiego, który wspólnie z Krzysztofem Tyszko przygotowali spektakl na miarę swoich marzeń, ambicji i możliwości. Były schody (trzynaście !!!), lśniący opadający księżyc, striptiz w kieliszku Martini a la Dita von Teese, klatka na wyłowionego z publiczności nieszczęśnika, napowietrzne akrobacje i przejście przez tancerki schodami w dół wśród publiczności zaczerpnięte z berlińskiego Friedrischstadt Palast, diva a la Marilyn Monroe, w którą wcieliła się Olga Szomańska  i blisko setka bogatych kostiumów zaprojektowanych i w większości uszytych przez Konrada Bikowskiego, a wartych po kosztach własnych ponoć co najmniej 700 tys. I znowu okazało się. że teatr przy Grzegórzeckiej, na takie produkcje jest po prostu za ciasny. W swoim pierwotnym założeniu był bowiem kinem. Osiem tancerek w rewiowych kostiumach z trudem zmieściło się w świetle sceny i tylko dlatego, że dziewczyny ustawiły się po skosie. Na scenę z widowni wiodą tylko jedne schody, więc o symetrii nie mogło być mowy, gdy w grę wchodziła parada wśród publiczności. Podczas premiery nie do końca wypełniona publicznością sala zgotowała jednak artystom i twórcom widowiska owację na stojąco. Niestety dźwięk momentami walił po uszach, a światło – co zauważył wieloletni przewodniczący Komisji Infrastruktury w Radzie Miasta Krakowa – Grzegorz Stawowy, nie zawsze dobrze oświetlało bogate w szczegóły stroje tancerek. Widowisko zostało jednak skonstruowane bardzo poprawnie, zgodnie z kanonami tej akurat sztuki. Jednak, jedna z recenzentek napisała, że tancerki były za mało anorektyczne (bzdura, najnowsze trendy kładą nacisk na rozmiary XL na wybiegu), że burleska była mało burleskowa. Przedstawiciel wysokiej kultury kręcił nosem, że było nie równo (było) i to ogólny kicz. I tu dochodzimy do sprawy zasadniczej. Wprawdzie rewia jest sztuką dla wszystkich, ale nie wszyscy muszą akurat w niej gustować. Tak jak nie wszyscy marzą o tym, by zobaczyć przynajmniej raz w życiu karnawał w Rio i nie wszyscy kochają cyrk, atmosferę wesołego miasteczka oraz orkiestry wojskowe. Tak jak nie wszyscy lubią zapiekanki z placu Nowego i uliczne dania jedzone brudnymi rękami z food trucków. Problem w tym, że rewia ze swojej natury jest drogą zabawką. I nie wszystkich na nią stać.

Friedrischstadtpalast jak Las Vegas

Berliński Friedrischstadtpalast w produkcję, „The Wyld – nie z tego świata” która zeszła już z afisza po dwóch latach eksploatacji włożył w 2014 roku rekordową kwotę 10,5 mln euro. Zbudowany za czasów NRD z wielkiej płyty zaledwie w ciągu 39 miesięcy teatr, mieści największą scenę świata o powierzchni 2 854 m kw. i liczy dokładnie 1895 miejsc na widowni. Przez dwa lata widowisko grano dokładnie 478 razy, zaś 780 tys. widzów za bilety zapłaciło 40,8 mln euro. Nie było tu wprawdzie gwiazd typu Celine Dion czy Adele, ale kostiumy projektował francuski kreator mody i autor zapachu „Angel” - Thierry Mugler znany także z oprawy plastycznej widowisk „Cirque du Soleil”. W najnowsze widowisko „THE ONE Grand Show” włożono 11 mln euro, zaś 500 ekstrawaganckich kostiumów zamówiono u samego Jean-Paul Gaultiera. Nic też dziwnego, że jeszcze przed oficjalną premierą teatr ogłosił, że ma już 100 000 rezerwacji na bilety. Dlatego Friedrischstadtpalast bywa nazywany Las Vegas w sercu Europy, zaś New York Times zaliczyło go do 10 miejsc, które w Berlinie koniecznie trzeba zobaczyć. Do każdego widowiska zawsze komponowana jest oryginalna muzyka, którą na żywo wykonuje 17 osobowy zespół. Podstawą jest jednak własny balet, który liczy 60 tancerek i tancerzy pochodzących z 26 krajów (w tym z Polski), a jego naturalnym zapleczem jest 250 osobowy zespół młodzieżowy (jugend Ansambl- jA). Ceny biletów zaczynają się od 20 euro, a kończą - nie licząc pakietów vipowskich na 80 euro. Przy czym funkcjonuje mocno rozbudowany system zniżek. Np. bezrobotni płacą 10 euro, a seniorzy tylko 5 euro. Nasz teatr Variete gra przez krótszą połowę tygodnia. Budżet najdroższego spektaklu zamknął się coś w okolicach 250 tys. euro. Obecnie na afiszu są co najmniej 4 spektakle, na widowni są 394 miejsca. Ceny biletów zawierają się od 60 do 130 zł czyli od 15 do 30 euro. Samolot z Krakowa do Berlina lata trzy razy dziennie. A podróż trwa tylko 80 minut.

Tekst i zdjęcia: Jacek Balcewicz

Strona 3 z 3