Narzędzia

W czasach zamierzchłych, czyli w PRL-u, pewien felietonista udowodnił, że przy całym bogactwie języka polskiego właściwie wszystko w nim można wyrazić za pomocą jednego bezokolicznika. Żeby skorzystać z tej szansy, jaką daje mowa ojczysta, trzeba użyć odpowiednich przed i przyrostków. Bezokolicznik zaczynał się na „p”, a dalej następowały kropki, gdyż szalała cenzura. Odkrycie to znalazło szerokie zastosowanie w tzw. komunikacji międzyludzkiej i do dziś uszczęśliwia naród nad Wisłą. Z tą wszakże różnicą, że w czasach pełnej wolności i poszanowania praw jednostki nikt nie stawia w odpowiednich miejscach kropek, tylko wypowiada się pełnym głosem. Być może długo to nie potrwa, bo prezes z trybuny sejmowej zapowiedział, że zamknie wredne mordy, jeśli same się nie zamkną. Na razie jednak jeszcze możemy powiedzieć, żeby się od nas odpier…

Teraz nastała inna moda językowa i w powszechnym użyciu są wyrazy z prefixem „re-”. Ostatnio z ust polityków i żurnalistów nie schodzi słowo rekonstrukcja. Jesienią na ten temat zaczęła coś bąkać pani premier, ale zdaje się przez głowę jej przeszło, że sama będzie ofiarą – w dodatku jedyną – tego zabiegu. W ramach kolejnej dobrej zmiany tylko pani premier z panem wicepremierem zamienili się stołkami. I tak ma być, kochani, bo rekonstrukcja, jak objaśniają słowniki, właśnie polega na wiernym odtworzeniu tego, co było, czyli jest powrotem do stanu poprzedniego. A jeśli poniektórym marzyły się daleko idące zmiany w rządzie, to nie były one możliwe w ramach rekonstrukcji, bo na to jest inna nazwa w rodzimym language’u: rozpierducha, a na nią prezes nie dał imprimatur. W wyniku braku zmiany na ministerialnych stanowiskach pozostało kilku gentlemanów, jak Macierewicz, Ziobro i Szyszko, którzy nigdy nie powinni byli na nich się znaleźć, lecz z woli prezesa je otrzymali. I tylko on ich może zdjąć, a nie kolejny malowany premier Morawiecki.

Z jego nazwiskiem od momentu namaszczenia na szefa rządu łączy się rechrystianizacja Europy, taką bowiem misję – jak oświadczył w mediach Ojca Rydzyka – ma do spełnienia. Morawiecki, choć do polityki przyszedł z banku, z wykształcenia jest historykiem i z tej racji powinien wiedzieć, na czym polegała chrystianizacja nie tylko naszego kontynentu. W każdym razie historia podboju Ameryki, a i naszych Prusów, powinna mu być znana. W jaki sposób chce rechrystianizować Europę, na razie nie zdradza. Gdyby zapatrzył się na tatusia z lat młodości, kiedy ten przewodził Solidarności Walczącej, to stary kontynent nie zazna spokoju. Kornel bowiem był radykałem, który parł do konfrontacji, nie licząc się ze skutkami. Dlatego Wałęsa nie wpuszczał go nawet za próg. Na szczęście dla nas, a i dla synusia także, los Polaków nie był w rękach Morawieckiego seniora.

Z kolei przykładem reaktywacji jest Zofia Romaszewska, dawna opozycjonistka, przez lata żyjąca w cieniu męża, która wyrosła na damę dworu w pałacu prezydenckim i paraduje po nim z Orłem Białym na piersi. To ona podpowiedziała latem prezydentowi, żeby zawetował ustawy sądowe, jesienią zaś wyzbyła się wątpliwości, choć – jak twierdzą konstytucjonaliści – sejm do spółki z prezydentem, uchwalając nowe prawo o KRS i Sądzie Najwyższym, zlikwidował de facto trójpodział władzy, czyli fundament państwa prawa. Ale pani Zofia, z wykształcenia fizyk, może sobie pleść, co chce w zależności od pory roku i nie tylko na temat ustaw. Oto co ma na przykład do powiedzenia o Macierewiczu: „Dużej klasy człowiek. Antka po prostu lubię”. Zdaje się, innego zdania jest pan prezydent, któremu nie podobają się ubeckie metody ministra wojny. Jeśli Duda wziął sobie na społecznych doradców podobnie myślących jak Romaszewska, to należy mu tylko pogratulować trafności wyboru.

W modnym dzisiaj słowniku jest też miejsce dla repetycji. W świecie polityki mamy bowiem nieustającą powtórkę z rozrywki. W mediach rządowych rzecz wygląda podobnie, bo jak się patrzy na program W tyle wizji, to nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać. Zwłaszcza występy pani Ogórek, onegdaj kandydatki SLD (sic!) na prezydenta, a dzisiaj dziennikarki z odzysku, zapadają ludziom w pamięć i to do tego stopnia, że po rozpoznaniu wypraszają ją na przykład ze sklepów. Zdarzyło się to już trzykrotnie w Warszawie, ale podobne przyjemności mogą spotkać panią Magdę także w innych miastach, a i po wsiach dozna być może dowodów uwielbienia, jak się hyr o jej przyjeździe rozniesie. Spośród polityków największą wesołość wzbudza europoseł Czarnecki, który na gościnne występy w krajowych mediach przyjeżdża regularnie z Brukseli. W TVPiS zawsze go przedstawiają jako wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, pomijając drobny szczegół, że jest ich 19 (słownie: dziewiętnastu) i że są wybierani z klucza partyjnego. Pan wiceprzewodniczący, zanim zrobił karierę w PiS-ie, przynależał do pięciu innych partii, z Samoobroną włącznie, toteż z tego choćby powodu wydaje się postacią komiczną. Niestety, w mediach jest źle obsadzany, bo występuje w programach publicystycznych. Wypowiada się ze swadą na każdy temat, choć omija łukiem rodzinę. Może dlatego, że znalazł się w niej poprzez ożenki młodych pewien generał, którego IPN chce zdekomunizować.

Z okazji świąt pojawiły się wszędzie choinki. Z dawien dawna wieszało się na niej bombki. Zaleca się jednak w tym względzie ostrożność, bo dopóki ministrem wojny jest Macierewicz, nawet atrapa może wybuchnąć.

 

 Medioman

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, styczeń 2018.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl



We wrześniowym „Krakowie”


Okiem Beresia:
Magiczne miasto

Smocze jajo: Wyznania wiekowego oseska
- Mieczysław Czuma

Felieton okazjonalny: Krakowskie gołębie
- Andrzej Wyrobiec

Na czerwonym świetle

Witryna fotoreporterów