Narzędzia

Kraków pod Nową Hutą

 

Żeby nie było wątpliwości, mam w tym swój udział. I choć zabrzmi to nieskromnie, wyznaję otwarcie: tak, jestem budowniczym Nowej Huty. Nowej Huty, czyli wzorowego socjalistycznego miasta postawionego na złość Krakowowi. Historii oszukać się nie da, a własny życiorys trzeba szanować.

Otóż jesienią 1952 roku cała nasza klasa 9a przetransportowana została uruchomionym właśnie tramwajem (była to, pamiętam, linia nr 5) na plac budowy któregoś z najpierwszych (Wandy? Na Skarpie?) osiedli w sąsiedztwie powstającego kombinatu. Było więc podawanie cegieł, przekładanie desek, mieszanie wapna i pewnie coś jeszcze. Tak wyglądała wtedy któraś z lekcji wychowawczych sławnego Liceum Nowodworskiego (jako jego absolwent czuję się w obowiązku przypominać przy każdej okazji, że szkoły Władysławowsko – Nowodworskie powstały w roku 1588). Podczas całej tej roboty pracowity radiowęzeł karmił nas dumnymi masowymi pieśniami o bohaterskim trudzie budowniczych nowego miasta. Jedna z tych pieśni brzmiała jednak trochę złowrogo i zasiewała w nas ziarna niepokoju. My, rodowite krakusy, świadome swojego rodowodu (przypominano nam wytrwale, że chodzimy do najstarszej świeckiej szkoły w Polsce), poczęstowani zostaliśmy słowami: „Za lat dziesięć, za trzydzieści / spytasz: – Gdzie się Kraków mieści ? / Odpowiemy z wielką butą: / – Kraków? Tam, pod Nową Hutą!”.

Od tego czasu minęło trochę więcej niż trzydzieści lat, ale tamte emocje odżywają jakby na nowo. Bo we wschodnich dzielnicach słychać głosy o potrzebie uwolnienia się spod kurateli magistratu położonego u stóp Wawelu. Lokalni patrioci za swój cel najwyższy obierają wybicie się na niepodległość. A ci najbardziej rozgorączkowani w tworzeniu odrębnej tożsamości zaczynają fundować wątpliwej jakości wynalazki. Siebie i swoich współbratymców nazywają „nowohucianami” i „nowohuciankami”. Doradzam ostrożność. Ten termin nie wydaje się być językową perełką. Może nie w piśmie, ale za to w mowie przywodzi skojarzenia nazbyt seksualne.

Kraków od samych swoich początków miał czar zniewalania najbliższych sąsiadów. Pierwszy tej sile przyciągania uległ Kazimierz. Założone przez ostatniego Piasta miasto (1335) miało być polskim organizmem równoważącym wpływy zniemczonego krakowskiego patrycjatu. Kazimierski rynek (195 x 195 m) z ratuszem, wagą, kramami sukiennymi niewiele tylko ustępował wielkością stołecznemu (210 x 212 m). Kościół Bożego Ciała, siedziba tutejszej parafii, rozmachem i przepychem dorównywał świątyni Mariackiej. Jedne i drugie obmurowania skutecznie odstraszały nieproszonych gości. Wojny religijne na zachodzie Europy sprawiły, że Kazimierz stał się prawdziwą Mekką dla prześladowanych tam Żydów. Przez długie lata było tu potem jedno z najważniejszych ognisk światowego judaizmu. Rabina tutejszej gminy zatwierdzali królowie.

Po raz pierwszy Kazimierz przyłączony został do Krakowa (wraz z Kleparzem) uchwałą Sejmu Czteroletniego (1791). To postanowienie po dwóch latach cofnęła Targowica. Ostateczne zespolenie dokonało się w roku 1800 za sprawą Austriaków. Wcześniej jednak zaborcy udławili się tym łakomym kąskiem. W pierwszym rozbiorze zagrabili ziemie położone na prawym brzegu Wisły, aż po ujście Sanu. Tyle że w swojej pazerności na naszym odcinku poprowadzili granicę nie głównym (tym obecnym) korytem rzeki, ale boczną odnogą skręcającą przy Wawelu w dzisiejszą ulicę Dietla. W wyniku podjętych zabiegów po czterech latach (1776) musieli zwrócić miasto Rzeczypospolitej jeszcze na całe dziewiętnaście lat. W latach 70. XIX wieku tę odnogę zasypano i Kazimierz przestał być wiślaną wyspą.

Długo i wytrwale przed apetytem Krakowa broniło się Podgórze. Miasto było jednym z większych ośrodków przemysłowych nie tylko Galicji, ale całych Austro-Węgier. Swoje talenty w tej materii objawiały familie żydowskie. Maurycy Baruch uruchomił tu pierwszy w całym zaborze młyn parowy. Piotr Steinkeller w parowej fabryce robił dachówki, kafle piecowe, naczynia ceramiczne. Bracia Thorn swoimi okuciami do kufrów i guzikami zasypywali Japonię, Indie i Amerykę. Pionierska twórczość Bernarda Libana (cement z Bonarki, produkty chemiczne z Borku Fałęckiego) z trudem zaspakajała potrzeby odbiorców. Jego Galicyjską Fabrykę Sody Amoniakalnej przejął (1906) wiedeński Solvay. Warto przypomnieć jeszcze i to, że otwarta przy ulicy Nadwiślańskiej (1900) elektrownia oświetliła Podgórze o pięć lat wcześniej, zanim rozjaśniła ulice po drugiej stronie Wisły elektrownia przy ulicy Dajwór.

Starą rybacką osadę położoną u stóp wzgórza Lasoty (stąd nazwa Podgórze) podniósł do rangi wolnego królewskiego miasta Józef II, najstarszy syn cesarzowej Marii Teresy, zresztą także cesarz. Do czasu połknięcia w trzecim rozbiorze dawnej polskiej stolicy miała to być prawobrzeżna jej konkurencja [historycy dzisiaj już nie są tego pewni – przyp. red.]. Później drożdżami tutejszego rozwoju stał się przemysł. Długo nie było tu zgody na połączenie z Krakowem. Akt zjednoczeniowy trzeba więc było okrasić jakimś prawdziwie szczytnym przesłaniem. Prezydenci obu miast (Juliusz Leo i Franciszek Maryewski) podali sobie 4 lipca 1915 roku ręce na III Moście (obecnie Powstańców Śląskich) w imię scalenia rozgrabionych przez zaborców wszystkich ziem polskich.

Nową Hutę przyłączono do Krakowa 1 stycznia 1951. Bez jej kilkudziesięcioletniej historii tysiącletnie dzieje Krakowa byłyby o wiele uboższe. Ale też i ta najmłodsza sąsiadka nie miałaby należytego blasku bez krakowskiego tła. Wielu przybyszów odwiedzających Kraków coraz częściej zagląda i w te strony. Nowa Huta kręci turystów typowymi dla tego miejsca detalami. Trochę tu podrabianego renesansu, trochę baroku, trafia się i klasycyzm, nie brakuje modernizmu. Wszystko razem tworzy zespół o charakterze ogrodowym, pełen przestrzeni, powietrza i światła. A co najważniejsze, to sztandarowa kompozycja pewnej epoki, perełka socrealizmu. I właśnie to przyciąga najbardziej wyrafinowanych smakoszy osobliwej urbanistyki z dalekich zagranic.

Architektów miejscowej tożsamości namawiam do dobrego uczynku. W Nowej Hucie powinien stanąć pomnik Tadeusza Ptaszyckiego, generalnego projektanta miasta. Wiem nawet, w którym miejscu. Kiedyś stał tam monument pożegnanego już, narzuconego patrona. Pierwszy złożę Ptaszyckiemu u stóp kwiaty, oczywiście zamelduję się przepisowo w stroju krakowskim.

Mieczysław Czuma

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, luty 2018.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl



We wrześniowym „Krakowie”


Okiem Beresia:
Magiczne miasto

Smocze jajo: Wyznania wiekowego oseska
- Mieczysław Czuma

Felieton okazjonalny: Krakowskie gołębie
- Andrzej Wyrobiec

Na czerwonym świetle

Witryna fotoreporterów