Narzędzia

Rozmowa z socjologiem, kierownikiem  Zakładu Badań Kultury Współczesnej w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego dr hab. Małgorzatą Bogunią-Borowską

– Czy w XXI wieku, w dobie internetu i setek portali randkowych, zmieniły się nasze wyobrażenia o miłości?

– W jakimś sensie tak. Przecież modernizacja, postęp i ewolucja już w okresie oświecenia były postrzegane jako zjawiska mające zmienić świat. Ludzie chcieli stworzyć społeczeństwo, w którym zapanuje logika rozumu i ogólny dobrobyt. Pojawiły się także procesy, które można określić pojęciem używanym przez amerykańskiego socjologia Roberta Mertona „niezamierzonymi konsekwencjami”. I tak na przykład, bogacenie się społeczeństw oraz usamodzielnienie kobiet na rynku pracy sprzyjało zmianom i przedefiniowywaniu koncepcji małżeństwa. Samodzielne finansowo panie mogły same wybierać sobie przyszłych mężów.

– A dzisiaj?

– Świat znanych reguł rozpadł się i na naszych oczach powstaje coś nowego. Socjologowie próbują przewidzieć w tej kwestii przyszłość. Podobnie twórcy filmowi i autorzy współczesnej literatury. Grecki reżyser Yorgos Lathimos w filmie z 2015 roku Lobster przedstawił wizję społeczeństwa, w którym nie ma miejsca dla singli, a samotność jest napiętnowana. Każdy, kto traci partnera, musi iść do hotelu, żeby w ciągu 45 dni rozpocząć z kimś życie w parze. Jeśli mu się to nie uda, zostaje zamieniony w zwierzę i usunięty ze społeczności. Ten filmowy hotel trochę przypomina dzisiejsze portale randkowe, gdzie algorytm, jakaś reguła, test psychologiczny stają się instrumentem łączącym ludzi. Naturalnie pojawiają się też buntownicy, którzy pragną być samotni lub wierzą w autentyczne uczucie, a nie w przymus błyskawicznego dobierania się w pary. Reżyser staje tu w obronie prawa człowieka do życia wedle własnego uznania.

– A samotność z wyboru?

– Przychodzi mi na myśl film Her Spike Jonze’a przedstawiający wizję społeczeństwa stechnicyzowanego. Ludzie są tam samotni trochę z wyboru, ale bardziej z przymusu i z braku umiejętności nawiązywania relacji. Wolą budować wirtualne związki z aplikacjami, które doskonale dostosowują się do ich potrzeb oraz nastojów. To nie są już relacje z hologramami, ale ze sztuczną inteligencją, która współpracuje z człowiekiem. Takim samotnym bohaterem jest Theodore: nieśmiały, wycofany i zawiedziony nieudanym małżeństwem. Jego praca polega na pisaniu listów w imieniu swoich klientów do ich bliskich. Reżyser pokazuje świat, w którym ludzie nie potrafią lub nie chcą zajmować się emocjami innych. Ich przyszłość to związek z maszyną, z którą do pewnego stopnia można stworzyć iluzję czegoś autentycznego.

– Co łączy te dwie wizje?

– Postrzeganie ludzi jako jednostki zagubione, które mają problem z odnalezieniem sensu istnienia, nie podejmują ryzyka, czekają na uczucie, które nie przychodzi. Trwają w nieprzyjaznym świecie, są zmuszane do życia w parze z innym człowiekiem albo nawiązują relacje z maszynami. Te futurystyczne modele społeczeństw przyszłości ukazują trudności w budowaniu relacji między ludźmi. Wyłania się z nich raczej smutna, a nawet przerażająca przyszłość społeczeństw. Przemiany budzą lęki i niepokoje. Alternatywą w takich sytuacjach jest powrót do sprawdzonych wartości, znanych społecznych i kulturowych reguł.

– Czym zatem są portale randkowe?

– Użytecznym narzędziem współczesności. Należy jednak mieć świadomość, że jest to tylko instrument, który może zostać przez człowieka wykorzystany pozytywnie lub negatywnie. Portale randkowe działają zgodnie z pewnymi kodami i regułami. Trzeba je poznać, aby nie poczuć się zawiedzionym lub oszukanym. I podobnie jak w życiu należy być ostrożnym i umiejętnie odszyfrowywać wszelkie sygnały oraz przekazy. Zresztą różne osoby mają różne oczekiwania wobec takich portali. Jedne poszukują autentycznej, wzajemnej i uczciwej relacji. Inne przygód, zabawy, seksualnych eksperymentów. Ludzie są różni i na różnym etapie życia mają różne potrzeby. Ważne, aby byli uczciwi i nie budowali fałszywych obrazów siebie wobec innych.

– A nie jest tak, że portale randkowe przekonują ludzi, że gdzieś tam czeka na nich idealny partner. A potem zjawia się kolejny, który pasuje jeszcze bardziej.

Zawsze można spotkać kogoś, kto jest mądrzejszy, ma lepsze poczucie humoru, gust i charakter. Bez znaczenia, czy mówimy tutaj o życiu w sieci czy poza nią. Mechanizm jest ten sam. Dorosły i przede wszystkim dojrzały człowiek potrafi jednak rozpoznać swoje potrzeby i budować trwałą i wieloletnią relację z drugą osobą. Ta dojrzałość polega też na przyjęciu na siebie w pewnym momencie zobowiązania o pozostaniu z kimś w związku. Wówczas tryb „poszukiwawczy” powinien zostać automatycznie wstrzymany, a energia człowieka skierowana na inny rodzaj aktywności.

Sieć stwarza iluzję atrakcyjności i podaży dużej liczby interesujących i potencjalnych związków.

– Tak się może się wydawać. Jednak w praktyce, jeśli człowiek poznaje kogoś, z kim czuje się dobrze, zazwyczaj przechodzi do kolejnych etapów budowania wspólnego życia. William Godwin pisał, że „człowiek niczego bardziej nie pragnie, aniżeli znaleźć sobie obiekt przywiązania”. Zapewne nie dotyczy to wszystkich, ale ci którzy pragną stałego i poważnego związku, raczej kończą poszukiwania w momencie odnalezienia osoby, z którą dobrze się czują.

Jednak nigdy w historii ludzkości nie mieliśmy tylu możliwości wyboru partnera. Czy sprawdza się powiedzenie: co zdobywamy bez trudu, bez żalu porzucamy?

Powiedziałabym raczej, że żyjemy w czasach paradoksów. Z jednej bowiem strony wciąż funkcjonuje paradygmat miłości romantycznej i sentymentalnej, dla której nadal najważniejsze jest uczucie i indywidualny wybór człowieka. Z drugiej, społeczeństwa określane jako konsumpcyjne czy ponowoczesne są oparte na zasadach i wartościach związanych z samorozwojem, indywidualizmem, spełnieniem, sukcesem. Amerykański socjolog Richard Sennett pisał o zjawisku „korozji charakteru”, która polega właśnie na trudności połączenia tych sprzecznych kulturowych, społecznych i cywilizacyjnych wymagań. Zauważał, że w czasach dużej mobilności, kontraktowych warunków pracy, ciągłej zmienności czy też „płynnej rzeczywistości”, jak z kolei zauważa Zygmunt Bauman, przekazywanie tradycyjnych wartości, które są fundamentem ludzkiego i społecznego życia jest prawie niemożliwe.

– Jak zatem można dziś łączyć tradycję z nowoczesnością?

– Jest to niezwykle trudne. Z tego też powodu Anthony Giddens stworzył pojęcie „czystej relacji”, czyli związku opartego na nieformalnych uzgodnieniach między ludźmi. Jest to zobowiązanie, które w każdej chwili może zostać wygaszone, jeśli jedna ze stron uzna, że dana relacja jej nie satysfakcjonuje. Kluczowe w takiej sytuacji jest nie to, jak weszliśmy w tę relację, w jaki sposób „zdobyliśmy” drugą osobę, ale jak długo człowieka ta relacja z drugą osobą satysfakcjonuje, bo istotą związku nie jest to, jak do niego doszło, ale w jakim stopniu stwarza nam on warunki do rozwoju i samozadowolenia. Jeśli ich nie stwarza – wówczas porzucenie przychodzi bez żalu. Taki jest bowiem charakter „czystej relacji”, którą opisuje Anthony Giddens.

Szukanie miłości w internecie cechuje między innymi masowość, szybkość, kalkulacyjność, efektywność i przewidywalność. Czy zatem jest ona kolejnym produktem zmakdonaldyzowanego świata? Taką tezę – o makdonaldyzacji społeczeństwa – sformułował amerykański naukowiec George Ritzer.

– Uniwersalność koncepcji George’a Ritzera polega na tym, że można ją zaadaptować do analizy różnych społecznych sytuacji, np. do analizy organizacji pracy w firmie. Jednak miłość w internecie nie kwitnie tak szybko, jak by się mogło wydawać. Nie należy mylić fascynacji, zauroczenia czy pożądania z głębokim uczuciem. Dojrzała miłość to proces, który zajmuje sporo czasu, choć zdarza się, że ktoś już po paru tygodniach jest przekonany, że spotkał swoją drugą połówkę. Sądzę, że z punktu widzenia pewnych procedur portali randkowych można byłoby pokusić się o analizę zakochiwania się z wykorzystaniem teorii Ritzera. Nie chcę jednak sprowadzać miłości wyłącznie do zabiegów marketingowych i komercjalizacji tego uczucia oraz związanych z nim emocji. Jest ich i tak sporo w przestrzeni społecznej. Najbardziej charakterystyczne są Walentynki, które nota bene dobrze przyjęły się w polskiej kulturze. Mimo że jest to święto bardzo silnie skomercjalizowane, to jednak ma pozytywny wydźwięk i budzi dobre emocje. Do tego estetyzuje przestrzeń, choć akurat ten efekt jest dla wielu przejawem infantylizacji i kulturowego przymusu. Walentynkowa atmosfera jest dość przykra i uciążliwa dla osób, które akurat są same i z tego powodu cierpią. Jednak w badaniach CBOS z 2013 roku 74 proc. Polaków stwierdziło, że podoba im się to święto, a 59 proc. stara się uczcić ten dzień i bliską osobę drobnym upominkiem lub kwiatami. Liczba ta z roku na rok rośnie. Widać zatem, że Polacy zaakceptowali i nowe święto, i nową obyczajowość.

Czy randkowanie w sieci zmienia naszą cywilizację? W Stanach Zjednoczonych internet jest w stanie wyręczyć w znalezieniu miłości mężczyzn marzących o więźniarkach (portal WomenBehindBars.com), ludzi, którym wydaje się, że są wampirami (Vampersonals.com) czy dorosłych, którzy czerpią przyjemność z noszenia pieluch (DailyDiapers.com).

– Internet rzeczywiście upraszcza procedury wyszukiwania odpowiednich kandydatów i kandydatek. Są portale dla chrześcijan i węższe – dla katolików. Ludzie poszukują podobnych do siebie światopoglądowo partnerów. Przypadki podgrup osób mających niestandardowe upodobania są jednak marginesem w całości zjawiska portali randkowych. Z pewnością dokonuje się tu raczej ujawnienie osób z takimi upodobaniami. Okazuje się, że wśród ponad siedmiu miliardów ludzi na ziemi można z dużym prawdopodobieństwem znaleźć kogoś, kto wierzy w UFO lub śpi w łóżku na kształt dziecięcej kołyski. Nie przywiązywałabym do tego zbyt dużego znaczenia. Może poza tym, że te fascynacje (a często zaburzenia) są dzisiaj lepiej widzialne.

Ludzie poznają się na portalu, potem spotykają i rozstają. Nie rozpaczają, bo są pewni, że „za zakrętem” wkrótce znów spotkają osobę, która spełni ich wymagania.

W każdym momencie życia można kogoś spotkać „za zakrętem”: im więcej czynności ludzie podejmują, im bardziej są aktywni, im więcej podróżują, im więcej mają kontaktów społecznych, tym więcej „zakrętów” muszą minąć. Ale nie jest pewne, że za kolejnym ktoś czeka. Może tam już nikogo nie będzie albo będzie stał ktoś, kto w ogóle nie zwróci na nas uwagi. Często spotyka to osoby, które mieszczą się w typie „czasowy singiel z wyboru” i na przykład małżeństwo odkładają na przyszłość, choć są atrakcyjni i samowystarczalni jak bohaterowie popularnych seriali telewizyjnych Kasia i Tomek czy Magda M. Są też trwali single w wyboru, przeciwnicy idei małżeństwa w ogóle. Wedle typologii Petera Steina za owym „zakrętem” może nie być nikogo odpowiedniego dla tak zwanych czasowych singli z konieczności: wdów i wdowców, rodziców samotnie wychowujący dzieci, osób chorych i rozwiedzionych, które mimo poszukiwań nie trafiły na stałego partnera. Natomiast ludzie, którzy mają satysfakcjonujące związki, nie koncentrują się „na zakrętach” tylko spokojnie i pewnie kroczą po linii prostej.

Technologia zrewolucjonizowała proces dobierania partnerów i dzieje się to czasami tak szybko, że ludzie nie radzą sobie z mnogością wyborów. A gdy wybór jest zbyt duży, pojawia się paraliż decyzyjny.

Nie wiązałabym tego tylko z technologią. W młodości, gdy liczba kontaktów społecznych i towarzyskich jest duża, a większość osób wokół nas jest stanu wolnego, także istnieje mnogość wyborów. Gdyby spojrzeć na to z perspektywy socjologicznej, zwraca uwagę fakt, że rośnie w Polsce liczba kobiet z wykształceniem wyższym. Jest ono jednym z ważniejszych czynników dobierania się w pary, bo zapewnia pewien zakres wspólnych zainteresowań. Tymczasem kobiety wciąż dążą do hipergamii, czyli szukają mężczyzny o wyższym lub równym statusie i poziomie intelektualnym. Tyle że takich partnerów w polskim społeczeństwie jest w stosunku do wykształconych kobiet mało. Małżeństwa, gdzie oboje małżonkowie mają studia, stanowią zaledwie około 22 procent. Mimo rozwoju technologii status socjoekonomiczny i prezentowany przez partnera światopogląd jest wciąż bardzo ważnym czynnikiem wzajemnego doboru ludzi w związkach.

Internet, a właściwie ujednolicona formuła randkowania, w dużej części zdemokratyzował uwodzenie. Otworzył je także dla tych, którzy w realnych kontaktach damsko-męskich bali się niepowodzenia, odrzucenia i kompromitacji towarzyskiej albo po prostu nie byli w stanie przebić się przez dominację samców alfa w szkole, na studiach, w pracy czy w grupie znajomych.

Internet zdemokratyzował nie tyle uwodzenie, ile wzajemną komunikację. Dzisiaj każdy, z prawie każdego zakątka ziemi, może spróbować nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Nie oznacza to jednak, że pewne mechanizmy przestały obowiązywać. Przecież także w sieci ludzie szukają dla siebie jak najatrakcyjniejszych partnerek i partnerów. Na tę atrakcyjność składa się wiele elementów. Może to być pasja, zestaw cech charakteru, światopogląd, kompetencje, jakaś specyficzna cecha – na przykład umiejętność słuchania, ale także wspomniany już status socjoekonomiczny czy wykonywana profesja. To, że znajomość „toczy się” w internecie, nie unicestwia społecznych kwestii, które bierze się pod uwagę przy wyborze partnera lub partnerki. Z pewnością jednak portale randkowe są dodatkową przestrzenią komunikacji dla osób wycofanych, mających trudności w nawiązywaniu kontaktów oraz dla wszystkich tych, którzy są zapracowani.

– Nawiązywanie nowych znajomości to jest zawsze wydatek czasu i energii.

– W tym sensie portal umożliwia zaoszczędzenie czasu. Sprzyjają temu choćby specjalne algorytmy i dość precyzyjne profilowanie potencjalnych partnerów, choć ja akurat uważam, że to do pewnego stopnia jest też mechanizm ograniczający możliwości poznawcze, ale tak działa ten instrument. Dla wielu osób jest to po prostu wygoda. Wraz z wiekiem i stabilizacją zawodową lub będąc po przejściach coraz trudniej w realnym życiu poznawać nowych ludzi, potencjalnych kandydatów na partnerów. Jeśli ktoś pracuje w pięcioosobowym zespole w aptece lub w grupie informatyków, to trudno liczyć, że będzie miał wiele kontaktów dających szanse na poznanie kogoś w celu zbudowania stałego związku.

Czy zatem randki w internecie mają swój efekt terapeutyczny?

– Myślę, że mogą mieć. Często w kontaktach poprzez sieć nie chodzi o wielką miłość. Ludziom wystarczy, że mają z kim porozmawiać po całym dniu pracy. Ważne jest, że po drugiej stronie jest ktoś, kto poświeci czas, aby drugiego człowieka wysłuchać. Czasem wesprze dobrym słowem. Ta świadomość z pewnością wielu osobom pomaga. Dobrze mieć kogoś, kto nam poświęci uwagę i czas. To dzisiaj dobro deficytowe i bardzo cenne.

 – A sieć nie pozbawia naszych kontaktów romantyzmu? Nie trzeba przecież na siebie czekać, wzdychać, cierpieć i przeżywać. Czy internet nie jest jak taśma produkcyjna, która udoskonaliła przemysł, ale to dawna manufaktura fascynuje bardziej swoją tajemniczością i nieoczywistością?

Pamiętajmy, że internet to tylko kanał komunikacji, narzędzie do kontaktowania się. Naturalnie ma ono swoją specyfikę, ale stwarza też nowe możliwości dla kreatywności jednostki. Jak pomysłowi umieją być ludzie, kapitalnie pokazywała pierwsza fabuła poświęcona tego typu kontaktom, czyli Samotność w sieci Janusza Leona Wiśniewskiego. Ludzie potrafią wytworzyć specyficzne zachowania i kody we wzajemnej komunikacji. Przecież dzisiaj mogą ze sobą rozmawiać online, pisać, wysyłać zdjęcia, muzykę itd. Limitem jest tylko ludzka fantazja. Poza tym sieć to zazwyczaj pewien etap w rozwoju znajomości. Jeśli relacja jest poważna, to w pewnym momencie przenosi się do realu, a tam wszystkie romantyczne i sentymentalne sztuczki można w dalszym ciągu stosować.

Czyli jest nadzieja, że szukanie miłości nie wejdzie do sfery usług? Kiedyś ludzie dopasowywali swój styl życia do siebie nawzajem. Dziś kształtuje go potrzeba samorealizacji. Technologia to przyspiesza, ułatwia i ujednolica – serwisy randkowe oferują m.in. testy osobowości, które mają za zadanie jak najlepiej dobrać do siebie charaktery poszukujących się użytkowników.

– Portale randkowe rzeczywiście działają, opierając się na algorytmach opracowywanych na podstawie ankiet i testów psychologicznych. Tam wykonywana jest pewna praca poznawcza, a potencjalni kandydaci i kandydatki są wyselekcjonowani do kontaktu na podstawie określonych na początku preferencji. Upraszczając, można podać przykład kogoś, kto poszukuje kobiet z niebieskimi oczyma i takie oferty są mu przesyłane. Natomiast w rzeczywistości mogłaby się zdarzyć sytuacja, że wbrew temu, co mu się podoba, kobietą jego życia okazałaby się dziewczyna z brązowymi tęczówkami. Profilowanie w dużym stopniu eliminuje takie zdarzenia. Zapewniam jednak, że nawet komunikując się przez internet, podobnie jak dawniej komunikowano się poprzez listy, można wzdychać, czekać, a nawet cierpieć, choć lepiej, gdy zamiast cierpienia otrzymuje się wsparcie, zrozumienie i pomoc. Wszystko dzieje się jednak szybciej. List nie idzie już dwa tygodnie, tylko za moment ląduje na pulpicie odbiorcy.

– Czy internetowe randkowanie może zagrozić monogamii?

– Nie sądzę. Jeśli człowiek ma zaspokojone potrzeby w dobrej relacji, to raczej nie poszukuje wrażeń poza nią. A randkowanie dotyczy zazwyczaj jakiegoś etapu w życiu człowieka. Postawiłabym raczej tezę, że na skutek pewnej otwartości obyczajowej ostatnich lat pojawia się trend stawiający na rodzinę i posiadanie większej liczby dzieci. Powoli duże rodziny stają się coraz bardziej powszechne. Zjawisko seryjnej monogamii, czyli zakładanie kolejnych rodzin, wiązałabym zaś nie tyle z rozwojem technologii, ile osiągnięciami medycyny, zdrowym stylem życia i wydłużającym się obiektywnie ludzkim życiem. Ktoś, kto dysponuje odpowiednimi zasobami finansowymi, zdrowotnymi i emocjonalnymi, zakłada po prostu kolejną rodzinę, w której przechodzi ponownie cały cykl jej budowania wraz z posiadaniem i wychowywaniem kolejnych dzieci. Kiedyś było to niemożliwe ze względu na ograniczenia długości życia i zdrowia człowieka.

A jak wygląda zaangażowane w związek? Może małżonkowie rzadziej próbują naprawić coś, co kiedyś działało, ale się zepsuło? Dlatego on line dating po wielokroć sprzedaje to samo szczęście, zakochanie i emocje, które do tej pory milionom ludzi towarzyszyły tylko raz w życiu.

Nie sądzę, żeby to było związane tylko z randkowaniem w sieci. Tu pojawia się kwestia niemożliwości połączenia logiki porządku romantyczno-sentymentalnego z wizją indywidualizmu i samorealizacji. Dlatego, jeśli coś się zaczyna w związku psuć, to z łatwością się z niego wypisujemy, bo przecież związek z miłości, z naszego wyboru wedle paradygmatu miłości romantycznej, powinien być idealny. Jeśli zatem coś nie idzie po naszej myśli, uruchamiany zostaje skrypt delete [usuń] i po sprawie. Wyobrażenie o wielkiej i wiecznej miłości nie przewiduje pracy nad związkiem oraz szukania rozwiązań w sytuacjach krytycznych. W dogmacie miłości romantycznej nie ma miejsca na problemy i kryzysy, dlatego wszystkie bajki kończą się: „i żyli długo i szczęśliwie”.

– To jest jakiś paradoks współczesności.

– Właśnie. Kultura popularna, której towarzyszy komercjalizacja emocji, wciąż jednak sprzedaje mit miłości romantycznej, który paradoksalnie trafia dzisiaj na podatny grunt. Żyjemy w czasach korporacji i kultury indywidualizmu. Jednostki są przekonane, że model homocentrycznej kultury jest idealny. Mogą koncentrować się na sobie: na swoich potrzebach i emocjach. A przy tym mogą sobie same dobierać partnerów, realizując ideał miłości romantycznej. Jednak gdy w kontakcie z prozą życia ta miłość okazuje się nie aż tak idealna – opuszcza się związek, wyruszając na poszukiwania ideału. To jest nasza cywilizacyjna i kulturowa pułapka. Zamiast włożyć wysiłek i pracę w pokonanie kryzysu, wybiera się ucieczkę od kłopotów.

Niektóre serwisy randkowe otwarcie nawołują do zdrady. „Monogamia to eksperyment, który się nie powiódł” – mówi Noel Biderman, założyciel amerykańskiego portalu AshleyMadison.com, którego hasło przewodnie brzmi: „Życie jest krótkie. Pozwól sobie na romans”. „Czujesz, że utkwiłeś w monotonnym i pozbawionym miłości związku małżeńskim? VictoriaMilan może obudzić cię do życia” – reklamuje się ten norweski serwis.

Sięgnij po coś nowego, co cię uszczęśliwi – brzmi to jak slogan reklamowy naszego konsumpcyjnego społeczeństwa. Ma on silne konotacje ekonomiczne. Współcześnie uczy się ludzi sięgania po gotowe oferty, nawyku wymiany starego na nowe. Warto w tym miejscu przywołać pewien eksperyment wykonany na szczurach. Do akwarium wkłada się dorodną samiczkę i takiegoż szczura. Są zafascynowani sobą. Dokonują wielokrotnych zbliżeń. Po jakimś czasie liczba tych zbliżeń się zmniejsza. Zaczynają się sobą nudzić. Po paru tygodniach ona siedzi w jednym kącie obrócona do niego tyłem. A on w drugim. Wystarczy wyjąć tę samiczkę i włożyć do akwarium nową, aby cały cykl się powtórzył. Tak działa biologia, ale przecież człowiek to przede wszystkim istota, która rozwinęła uczucia wyższe. Wysiłek włożony w trwały związek oparty na wartościach takich jak wzajemna odpowiedzialność, lojalność, czułość, bliskość, bezpieczeństwo jest nie do zastąpienia przez chwilowy wybuch szalonych emocji.

 

Rozmawiała Majka Lisińska-Kozioł

 

Na zdjęciach: 1) Walentynki widać w mieście / fot. Grzegorz Kozakiewicz, 2) dr hab. Małgorzata Bogunia-Borowska, kierownik Zakładu Badań Kultury Współczesnej w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego / fot. Małgorzata Konaszewska-Pyla

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, luty 2018.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl



We wrześniowym „Krakowie”


Okiem Beresia:
Magiczne miasto

Smocze jajo: Wyznania wiekowego oseska
- Mieczysław Czuma

Felieton okazjonalny: Krakowskie gołębie
- Andrzej Wyrobiec

Na czerwonym świetle

Witryna fotoreporterów