Lili Haber: W Krakowie uświadomiłam sobie, że rodzina składa się nie tylko z taty, mamy i dzieci. Zrozumiałam, że moja żydowska rodzina ma też przeszłość i że jest ona w Krakowie, w Polsce.

Kilka lat temu dla synagogi Tempel ufundowała Torę, którą w uroczystym korowodzie wniesiono do świątyni. Była jednak niecierpliwa, nie chciała czekać kilku lat aż sofer mozolnie napisze ją od nowa.

Tylko odkupiła stary, stuletni egzemplarz od przybyszów ze wschodu. Gdy podczas ostatniego Marszu Pamięci tłumaczyła na hebrajski wiersz Adama Zagajewskiego „Nienapisana elegia dla Żydów krakowskich” wygłaszany przez poetę mało kto z zebranych zdawał sobie sprawę, że polskiego nauczyła się z miłości do Krakowa jako dojrzała kobieta, z dala od Polski, w Izraelu.

Jacek Balcewicz: Kiedy wróciła Pani do Krakowa?

Lili Haber: Późno. Nawet bardzo późno. Dokładnie w dniu czterdziestych urodzin. Po raz pierwszy wróciłam do miasta mojego urodzenia. Blisko cztery dziesiątki lat po tym, gdy je opuściłam jako mała dziewczynka. Przed tą wizytą był on dla mnie tylko „miejscem”, o którego istnieniu wiedziałam. Odległym państwem, wręcz osobnym kontynentem. Obecnym – i nieobecnym w mojej osobistej historii. Przeszłość mojej rodziny spowijała „zmowa milczenia”. W domu nie rozmawiano o przeszłości.

Rodzice nigdy nie używali słów „babcia” i „dziadek”, i nigdy nie wspominali o tym, co było tam, w Polsce. Nigdy nie słyszałam opowieści o rodzinie, przyjaciołach, czy przyjaciółkach. Nie mówili o szkołach, nauczycielach. Nie rozmawiali o grach, zabawach i piosenkach. Nie opowiadali o przeczytanych książkach, obejrzanych filmach, czy przedstawieniach. Nie wspominali świąt, wakacji, życia codziennego. Rodzina bez przeszłości. Bez albumu ze zdjęciami. Nie ma zdjęć dziadka i babci. Nie ma zdjęć z dzieciństwa moich rodziców. I nie ma fotografii z ich lat młodzieńczych.

A jakie są? Jakie zachowały się?

Kiedy pierwszy raz pojawiłam się w Krakowie, nie wiedziałam, że będzie to jedno z najważniejszych doświadczeń mojego życia. Dotarłam do miejsca, w którym rozpoczęła się historia mojej rodziny i moja. Do naszej przeszłości.

Pierwsze zdjęcie mojej mamy, Jony Leser z domu Borenstein, które wkleiłam do swojego albumu, to fotografia zrobiona w 1942 roku, gdy miała 25 lat. Widać na nim mamę siedzącą z innymi kobietami w kuchni podczas przymusowej pracy przy obieraniu ziemniaków dla niemieckiego okupanta. Na najwcześniejszym zdjęciu taty - Jakuba, widać go z innymi członkami rodziny. Na rękawach mają białe opaski służące do oznakowania Żydów. Tata miał wtedy 30 lat.

Lili (Lidia) Haber, córka Jony (Antoniny – Toni) Leser z domu Borenstein i Jakuba Lesera. Kobiecie nie będziemy liczyć lat, więc napiszemy, że urodziła się w Krakowie po II wojnie światowej. W czerwcu 1949 roku jako małe dziecko wraz z rodzicami opuściła Kraków i via Paryż na pokładzie statku Negba dotarła w styczniu 1950 roku do brzegów Izraela. Nie była to ucieczka z Polski, a alija – powrót do ojczyzny ojców i spełnienie syjonistycznych marzeń ojca Jakuba, by zamieszkać w rodzącym się Izraelu. W lipcu 1987 roku po raz pierwszy wraz z rodzicami i młodszą siostrą odwiedziła świadomie Kraków. W 2000 roku po śmierci rodziców ufundowała stypendium ich imienia i po raz pierwszy odwiedziła Związek Krakowian w Izraelu, z którym związała się na stałe, zostając w końcu jego prezesem. Do emerytury wraz z mężem prowadziła w Jerozolimie dużą firmę informatyczną. Co miesiąc wydaje po hebrajsku „Nowiny Krakowskie” – magazyn z najświeższymi wiadomościami prosto z Krakowa i wspomnieniami. Często bywa w Krakowie. Mieszka na stałe w mieście Herzliya nad Morzem Śródziemnym, w zespole miejskim Gusz Dan.

A co mówili rodzice?

W ogóle nie wspominali o tym, co było „tam” przed wojną. Nie opowiadali, co działo się podczas tej strasznej wojny i po niej. Ot, taka rodzina bez przeszłości. Może była to obawa, że mowa wskrzesi wygaszony ból, pootwiera prawie wygojone rany. Może był to lęk, że przywołanie przeszłych wydarzeń z czasów Zagłady zakłóci prawidłowy rozwój nas, dzieci. Tak czy inaczej, dorastałam w rodzinie, w której przeszłość była ukryta, nieobecna, stłumiona, niewypowiedziana i niewspominana. W rodzinie, która wykiełkowała od nowa dopiero we wrześniu 1947 roku, gdy urodziłam się ja – córka pierworodna. Jak gdyby nie działo się nic, zanim moja mała rodzina wyruszyła w aliję do Izraela czyli „powrót do ojczyzny ojców” i postawiła tam swój dom. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę, jak dziwaczne są próby budowania teraźniejszości i przyszłości – bez przeszłości.

Ale jakaś ta przeszłość jednak była?

LH: Po likwidacji obozu w Płaszowie jesienią 1944 roku mój ojciec znalazł się razem z bratem i siostrą na „Liście Schindlera”, ratując w ten sposób życie. W dniu wyzwolenia, 8 maja 1945 roku, tata złapał pierwszy pociąg i w obozowym pasiaku dotarł do Krakowa. Mama ze swą siostrą, wyzwolone z obozu Neustadt-Glewe, zostały po zakończeniu wojny same na świecie. Chore, słabe, wygłodzone, po tylu wojennych latach spędzonych w krakowskim getcie, obozie koncentracyjnym w Płaszowie, obozie śmierci Auschwitz-Birkenau i marszu śmierci do Ravensbrück w Niemczech. Dopiero po kilku tygodniach, gdy już obie wyzdrowiały, wyruszyły w drogę powrotną do Krakowa. Żydzi, którzy wrócili z piekła, zjawiali się co jakiś czas w kancelarii Gminy Żydowskiej w Krakowie, żeby spotkać się z tymi, którzy zdołali przeżyć. Tam po raz pierwszy spotkali się moja mama i tata. I tak, choć przed wojną ich domy dzieliło tylko jakieś 300 metrów - dom taty był przy Placu Wolnica 10, a dom mamy przy ul. Krakowskiej 36 - i choć żyli, dorastali i krążyli  po tych samych ulicach i zaułkach Kazimierza, spotkali się dopiero po wojnie. Ślub moich rodziców odbył się w Krakowie we wrześniu 1946 roku w wąskim rodzinnym gronie. Dwa lata po zakończeniu wojny, 11 września 1947 r., urodziłam się ja, przemieniając moich rodziców z pary Ocalałych w nową rodzinę. Udało im się spełnić marzenie, o jakim w piekle, przez które przechodzili podczas wojennych lat, tylko nieliczni odważyli się w ogóle pomyśleć.

Kiedy dokładnie opuściliście Kraków?

Cztery lata po wojnie, w czerwcu 1949 roku wyruszyliśmy w drogę do Izraela. To było spełnienie syjonistycznego marzenia mojego ojca i jego rodziny. Ta nasza droga do Izraela ciągnęła się długo. Trwała pół roku i prowadziła przez Paryż. W styczniu 1950 roku na pokładzie statku „Negba”, dotarliśmy do brzegów Erecu. Jeszcze na statku mama zmienia swoje imię Antonina-Tonia na Jona, a moje z Lidia na Lilii. Pierwszym naszym domem na Ziemi Obiecanej był obskurny namiot w obozie przejściowym dla imigrantów w Abu Kabir. Dwa lata później udało się moim rodzicom kupić dwupokojowe mieszkanie przy ul. Prof. Shora 7 w dzielnicy Mifade Ezrachi w Holonie.

Decyzja o odwiedzinach Krakowa dojrzewała powoli czy to był raczej natychmiastowy impuls?

Pewnego dnia, a było to w 1987 roku, kiedy miałam już swoją rodzinę, tata oznajmił, że my, czyli moi rodzice, ja i siostra, jedziemy do Krakowa. Ojciec zdecydował: musi pokazać światu, że  przeżył, mimo wszystko, i że udało mu się stworzyć wspaniałą rodzinę. My, kobiety, byłyśmy bardzo poruszone. Wahałyśmy się. Martwiłyśmy się. Bałyśmy się. Zastanawiałyśmy się: co my mamy wspólnego z Polską? To miejsce za górami, za lasami. Wtedy państwo komunistyczne, z którym Izrael nie utrzymywał stosunków dyplomatycznych. A przede wszystkim: czy to doświadczenie nie wpłynie destrukcyjnie na naszych rodziców? A co będzie, jeśli te miejsca wzbudzą w nich stłumione wspomnienia? Po co mielibyśmy wracać do tych traumatycznych miejsc, które pozostawiły w naszych rodzicach piętno na całe życie? Ale, tata nalegał i nie można było odwieść go od tego planu – poddałyśmy się presji i pojechałyśmy z nim.

Był dokładnie lipiec 1987 roku...

Tak! Po raz pierwszy w życiu, w pełni świadomie pojawiłam się w Krakowie. Nie wiedziałam wówczas, że będzie to jedno z najważniejszych, znaczących doświadczeń mojego życia. Dotarłam do miejsca, w którym rozpoczęła się osobista historia mojej rodziny i moja. Dotarłam do naszej przeszłości. Wróciłam do domu. Podróż do Polski zaczęła się od Warszawy i Lublina. Obozów zagłady: Treblinki i Majdanka. Polska lat osiemdziesiątych, wyglądała źle. Wszystko było czarne, okopcone, biedne i liche. W miarę zbliżania się do Krakowa, rodzice byli jednak coraz bardziej podekscytowani. Wstawali w autobusie, wyglądali przez okna, nie mogąc oderwać oczu od widoków, które zniknęły im z oczu 40 lat wcześniej. Dzieląc się wrażeniami: „Pamiętasz to miejsce?”, „A to?”, „Tu był...”, „A tam było...”. I tak wróciliśmy do domu. Innego domu. Domu, który był obecny-nieobecny przez te wszystkie lata.

Nie byliście jednak w Krakowie zbyt długo?

Spędziliśmy w Krakowie dwa dni. Dokładnie 48 godzin wypełnionych po brzegi, ekscytujących, wzruszających, ważnych. Przestudiowaliśmy każdy kąt w mieście kiedyś tak drogim moim rodzicom. Popatrywaliśmy na domy, w których mieszkali przed wojną i w getcie podczas wojny, i po wojnie. Sprawdziliśmy szkoły, w których się uczyli i spacerowali po „swoich” miejscach. Tu po raz pierwszy usłyszałyśmy o szkołach, w których uczyli się rodzice. Tata chodził do „hebrajskiego chederu” przy ul. Kupa, a później do szkoły „Tachkemoni” przy ul. Miodowej, a mama była absolwentką Gimnazjum Hebrajskiego na Podbrzeziu. Podróż zakończyliśmy przy grobie mojej babci Lei z domu Schwartz na cmentarzu przy Miodowej. Tam, na jej grobie, po raz pierwszy uświadomiłam sobie, nie tylko intelektualnie, ale i emocjonalnie, że miałam dziadków i babcie. Dotarło do mnie, że rodzina składa się nie tylko z taty, mamy i dzieci. Zrozumiałam, że moja rodzina ma też przeszłość i że jest ona w Krakowie, w Polsce.

Ale na kolejną samodzielną podróż czekała Pani aż 20 lat? 

Odkładałam ją. Podawałam różne powody. Tłumaczyłam się sama przed sobą. Bo się nie złożyło. Bo to nie ma sensu. Bo nie da się powtórzyć tamtego doświadczenia wielkiej wagi. Bo nie chciałam. Bo się bałam. W listopadzie 1999 roku odeszła moja mama, a dziesięć miesięcy później zmarł również mój tata. Chcąc uczcić ich pamięć, wybrałam się pierwszy raz do Związku Krakowian w Izraelu, aby przekazać darowiznę na ustanowienie stypendium imienia moich zmarłych rodziców. Pomyślałam, że będzie to pomnik godny moich rodziców, którzy byli dwojgiem dumnych krakowian. Było to moje pierwsze spotkanie ze społecznością krakowskich Żydów w Izraelu. Od razu zdecydowałam, że muszę dołączyć do tej mojej powiększonej rodziny – żeby upamiętnić społeczność żydowską żyjącą kiedyś w tym mieście. Upamiętnić moją powiększona rodzinę, uczcić pamięć moich rodziców, a także aby uczyć się, zrozumieć, poznać, udokumentować i zachować. Odtąd już prawie dwie dekady działam w Związku Krakowian. Początkowo jako kandydatka i obserwatorka, a w ostatnich latach już jako jego przewodnicząca.

Jak znalazła Pani Kraków 2005 roku, miasto kraju który rok wcześniej wszedł do Unii Europejskiej?

Tym razem przyjechałam z moim mężem. Jak turystka powracająca w znajome miejsce, w którym już kiedyś byłam. Ale przyjechałam do miasta zupełnie innego. Kraków lat dwutysięcznych nie był już tym szarym, brudnym, nieszczęsnym, przygnębionym i przygnębiającym miejscem z 1987 roku. Stał się znowu, tętniącym życiem miastem europejskim, z tysiącletnim pięknem widocznym na każdej ulicy, parku i placu. Stare budynki odnowiła ręka artysty. Tłumy turystów wypełniały zaułki Starego Miasta. Znowu było to zachwycające miasto z duszą. Nie czułam się tu obco, mimo że minęło wiele lat.

Dom to także język, w domu mówiliście po polsku?

Rodzice znali oboje hebrajski jeszcze z czasów nauki w Krakowie, więc w domu mówili z nami po hebrajsku, a tylko między sobą po polsku. Ja przecież wyjechałam z Krakowa, gdy miałam mniej niż dwa lata, więc nic nie mogłam zapamiętać. Aby wzmocnić poczucie, że jestem w domu, postanowiłam nauczyć się polskiego. To nie jest łatwy język dla tych, którzy uczą się go w dojrzałym wieku i w tak odmiennym środowisku. Jednak było to dla mnie niezmiernie ważne. Nauczyłam się alfabetu i zaczęłam czytać. Na początku prawie nic nie rozumiałam, ale stopniowo mój zasób słów rósł, a ja do czytania po polsku wybierałam pozycje na interesujące mnie tematy. Wiem, że zawsze będzie mi brakować jakiegoś słowa po polsku i nie zawsze uda mi się coś sformułować tak, jak bym tego chciała, ale ten język nie jest dla mnie już obcy. Kiedy chodzę po krakowskich ulicach i słyszę tę mowę, czuję się jeszcze bardziej w domu niż kiedyś.

„Nowiny Krakowskie” – wydawany w Izraelu po hebrajsku miesięcznik o przeszłości Krakowa i jego dzisiejszej społeczności żydowskiej ma 2,5 tys. wiernych czytelników.

Teraz często bywa Pani w Krakowie?

Bywam w Krakowie przynajmniej dwa razy do roku i ciągle szukam „pretekstów”, aby odwiedzać go przy każdej możliwej okazji. Sprzyjają temu bezpośrednie połączenia lotnicze Krakowa z Tel Awiwem. Moja coroczna „obowiązkowa” wizyta przypada w połowie marca, w dniu Marszu Pamięci - upamiętniającego likwidację krakowskiego getta. Setki ludzi, Żydów i nie-Żydów, mieszkańców i przyjezdnych, zbierają się na Placu Bohaterów Getta i maszerują do Płaszowa, gdzie stoi pomnik pomordowanych tam Żydów. Maszerują i pamiętają. Liczba uczestników rośnie z każdym rokiem. Nie mogłabym podać lepszego przykładu mojej nadziei na nową wspólną przyszłość, niż to właśnie wydarzenie. Jednak, obok nadziei i ciepłych uczuć, jakie żywię w Krakowie i do Krakowa, istnieją inne uczucia. Smutek, złość, gniew, frustracja i okropna tęsknota. Spacerując po odnowionych ulicach Kazimierza, widzę oczami wyobraźni żydowskie dzieci bawiące się na podwórkach; uczniów w drodze do chederu, betmidraszu albo gimnazjum; brodatych kupców i rzemieślników na gwarnych bazarach; synagogi wypełnione ludźmi. Wyobrażam sobie dziadka, Icchaka Cwi Lesera, w tradycyjnym chasydzkim stroju, z olbrzymią białą brodą spływającą na pierś, jak dyryguje swoimi dziećmi pracującymi w wytworni lodów i wody sodowej w podwórzu domu rodzinnego na Placu Wolnica 10. To było 60 tys. członków społeczności, której już nie ma. Społeczności, z której jestem dumna, będąc jej potomkiem. Czy naprawdę wszystkim, co zostało w pamięci mieszkańców, są figurki chasydów i klezmerów, wypełniające każdy stragan i postacie takie jak Shylock - skąpiec z monetą, sprzedawane jako „Żyd na szczęście”...? 

Jak Pani teraz patrzy na Kraków?

Przez ostatnie lata zyskałam wielu znajomych i przyjaciół w Krakowie. Takich co nagle odkryli w swojej przeszłości powiązania z żydostwem, i takich, których z innych powodów przyciągnęło to miejsce i żyjąca tu niegdyś społeczność żydowska. Wszystkim nam przyświeca wspólny cel: poznać przeszłość Krakowa, którego tak ważną część stanowili Żydzi, i nie pozwolić zapomnieć o tej przeszłości, kulturze i dziedzictwie. Również w Izraelu dokładam wszelkich starań, żeby pamięć o tej wspaniałej społeczności nie zaginęła na zawsze. 

Czym zajmuje się Pani w Izraelu?

Teraz jestem już na emeryturze, więc w całości poświęciłam się pasji społecznej. Ale wcześniej razem z mężem prowadziliśmy dużą firmę informatyczną. Co miesiąc wydaję po hebrajsku „Nowiny Krakowskie” – magazyn poświęcony przeszłości Krakowa i jego dzisiejszej społeczności żydowskiej. Subskrybowany przez 2,5 tys. wiernych czytelników. Drukujemy także książki ze wspomnieniami ocalałych z Zagłady krakowian, organizujemy cykliczne spotkania, na których wspomina się i opowiada, jak wyglądało przedwojenne życie. Robimy wszystko żeby tylko nie zapomnieć o przeszłości.

 

 

Jacek Balcewicz - najmłodszy z „ojców założycieli” miesięcznika „Kraków”. Z wykształcenia inżynier górnik po AGH, z temperamentu i profesji dziennikarz, publicysta i fotografik. Radny Dzielnicy I Kraków Stare Miasto od trzech kadencji. Mieszka na Kazimierzu.

 

Zdjęcia: Jacek Balcewicz

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, styczeń 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



Już w kioskach!


Okiem Beresia:
Europa. Do napisania

Z najwyższej półki: Krakowski ojciec jednej Europy
- Krzysztof Burnetko

Smocze jajo: Zapraszam na Kazimierz
- Mieczysław Czuma

Na czerwonym świetle

Dyskusyjne Kluby Czytelnicze 2019