Anna Dymna: Wszystkie chwile szczęścia kojarzą mi się z miłością. Ona nie tylko pomaga, ale ratuje człowieka. Co z tego, że czasami się przez nią cierpi? Jak człowiek kocha, to zawsze sobie poradzi. Też czasami płaczę, ale wiedzą o tym tylko moje koty.

Katarzyna Domagała, Szymon Piegza: Jak smakuje miłość?

Anna Dymna: Ależ trudne pytanie. Nie umiem na nie ani mądrze, ani prosto odpowiedzieć. Miłość ma wszystkie smaki. W dodatku każdy inaczej ją rozumie, przeżywa i nazywa. Dla mnie to największa energia na ziemi, która ratuje życie, daje radość, siłę i nadaje wszystkiemu sens. Jestem tego świadkiem na co dzień.

Halina Poświatowska pisała, że poznała miłość, która „miała smak gorzki jak filiżanka ciemnej kawy”.

Bardzo lubię czarną, gorzką kawę, najmniej przepadam za słodkościami (śmiech). Oczywiście, że miłość łączy się też z wielkimi emocjami, czasem z ogromnym cierpieniem. Mówię tu oczywiście o szeroko pojętej miłości. Dla mnie jest ona stosunkiem do świata, do wszelkich zjawisk i istot, do pracy, a przede wszystkim do drugiego człowieka. Poza miłością nie ma nic ważniejszego w życiu.

W Pani życiu więcej jest momentów gorzkich czy słodkich?

Nigdy tego nie mierzyłam… Po prostu żyję i wciąż to życie kocham. Nie jest ono łatwe, ale na pewno ciekawe i fascynujące – ma momenty tragiczne, piękne, pełne bólu, lecz również radości. Dziwne, bo właśnie w tych najdramatyczniejszych chwilach rodziła się we mnie świadomość, jak cenne i wspaniałe jest życie.

Wszystkie tragedie, które mnie spotykały, w efekcie dawały mi największą siłę. Udawało mi się przezwyciężać je tylko dlatego, że zawsze byłam otoczona przyjaciółmi. Jesteśmy teraz w Starym Teatrze w Krakowie. Zdaję sobie sprawę, że gdyby nie to miejsce, koledzy z aktorzy, to dziś by mnie pewnie nie było. 

Jak to?

Oni po prostu byli ze mną. Gdy spaliło mi się mieszkanie, gdy umarł Dymny, gdy miałam wypadki samochodowe… Zawsze byłam otoczona ich życzliwością. Pamiętam, jak Piotr Skrzynecki po pożarze naszego mieszkania przyszedł pomóc pogorzelcom i całą noc, w milczeniu, przekładał – kartka po kartce – suchymi gazetami nadpaloną i mokrą Historię sztuki.

Jak człowiek kocha, to zawsze sobie poradzi.

Po kilku godzinach żmudnej pracy, ze łzami w oczach, przytulił mnie i powiedział: „Aniu, udało się, uratowaliśmy wszystko”. Z kolei Ela Karkoszka zabrała mnie, Wiesia i naszą kocicę Kaśkę, chwilowo bezdomnych, na długie tygodnie do swojego domu. 

Koledzy ratowali mnie często nawet małymi gestami… Gdy leżałam w szpitalu na Węgrzech i walczyłam o życie, przyjechała do mnie Ela jako wysłanniczka zespołu i przywiozła mi menu z naszej knajpki ze SPATIF-u w Krakowie, z prośbą, bym coś zamówiła. Kto by pomyślał, że taki absurdalny żart może uruchomić siły na powrót do istnienia. Zawsze ze mną byli. Myśleli o mnie, czekali na mnie. 

Jak człowiek kocha, to zawsze sobie poradzi. Trzeba mieć w sobie naiwność, zaufanie, otwartość dziecka. Wtedy przychodzi miłość. W mojej fundacji Mimo Wszystko pracuję z ludźmi cierpiącymi, chorymi, ale wśród tych istot pokrzywdzonych przez los znam osoby najszczęśliwsze na świecie.

Bo kochają?

Moi podopieczni, osoby dorosłe z niepełnosprawnościami intelektualnymi, najprościej mi pokazują, co jest najbardziej potrzebne człowiekowi w życiu. Często nie mogą założyć normalnej rodziny, nie radzą sobie ze swoim życiem, są bezradni. Każdy z nich ma ogromne problemy ze sobą, ale potrafią być szczęśliwi, gdy ktoś ich przytuli, trzyma za rękę, jest obok. 

Przez 15 lat prowadzę w TVP2 rozmowy z ludźmi o innych niż intelektualne niepełnosprawnościach. Oni często walczą z nieuleczalnymi, genetycznymi chorobami, są uszkodzeni i zniekształceni przez wypadki, okrutnie cierpią. To od nich słyszałam najpiękniejsze słowa o sile miłości. 

Przed wieloma laty poznałam niezwykłe małżeństwo, Agnieszkę i Grzesia, oboje z porażeniem mózgowym – on całkiem niesamodzielny, na wózku, ze spastycznym zniekształconym ciałem, ona – też z porażeniem czterokończynowym. Zakochali się w sobie wbrew wszystkim i wszystkiemu. Zapytałam kiedyś Agnieszkę, za co tak bardzo kocha tego swojego Grzesia. Odpowiedziała, że on jej przecież pomaga. Ale jak jej może pomagać, skoro nie chodzi, niczego sam nie potrafi zrobić, bełkocze? Odpowiedziała zdziwiona: „Aniu, on przecież o mnie myśli”. 

Chodzi tylko o to, by umieć tę miłość dostrzec?

Czytamy u poetów i myślicieli, że miłość silniejsza jest niż śmierć. Nie rozumiałam kiedyś tych słów. Ale gdy umarł mój mąż, Wiesiu Dymny, którego kochałam nad życie, to choć byłam załamana i wydawało mi się, że mój świat się skończył, udało mi się tę naszą miłość przekuć w siłę do dalszego życia. Dziś wiem, że ta miłość, ta energia jest cały czas ze mną. 

Kiedy wracam w nocy po pracy i naprawdę już nie mam na nic siły, to przychodzą do mnie mój kocur oraz kocica. Pchają się na moje kolana, mruczą. To też są chwile, kiedy przychodzi do mnie miłość, choć jest niby tylko mruczącym sierściuchem z pazurkami. A różowy wschód słońca nad moim ogródkiem, świergot ptaków, kwitnące drzewa na wiosnę… 

Była Pani załamana po śmierci męża. To znaczy, że można i umierać z miłości?

Pewnie można. Mnie się na szczęście udało, bo miałam wokół dobrych ludzi. Poza tym pomógł mi los. Trzy miesiące po śmierci męża miałam poważny wypadek samochodowy. Naprawdę wtedy umierałam. Straciłam też na wiele dni pamięć.

Najważniejsze, by czuć się komuś potrzebnym.

Gdy odzyskiwałam przytomność, czułam jedno – ogromną radość, że jestem, że widzę światło, że czuję ból, że oddycham… I później zrozumiałam, że człowiek ma żyć bez względu na wszystko, bo istnienie to jego szansa, szczęście największe i obowiązek.

Najważniejsze jest chyba, by czuć się komuś potrzebnym. Historia Janusza Świtaja pokazuje, że człowiek jest niezwykłą istotą. Może on dokonywać rzeczy niemożliwych. Janusz, całkowicie sparaliżowany, oddychający przez respirator, człowiek, który jeszcze kilka lat temu prosił o prawo do zaprzestania uporczywej terapii i wywołał w Polsce dyskusję o eutanazji, dziś pracuje w mojej fundacji, kończy studia i zdaje się być królem życia.

Wystarczyło, żeby ktoś go zauważył i docenił?

Ważne, że poczuł się potrzebny. Znam ludzi, którzy, upokorzeni chorobą, niepełnosprawnością, czują się tylko balastem i kłopotem dla innych. Do takiego człowieka wystarczy się jedynie zbliżyć i powiedzieć mu: „Kurde, weź się do roboty! Naprawdę jesteś potrzebny!”. I okazuje się, że rzeczy niemożliwe stają się możliwe.

Kluczem do szczęścia jest umiejętność dostrzegania tego najmniejszego piękna, które otacza nas każdego dnia?

Przez wiele lat nie zastanawiałam się na tym. Nawet nie wiedziałam, jak jestem szczęśliwa. Uświadomiła mi to kiedyś bardzo wyraźnie bohaterka mojego programu Spotkajmy się. Ta dziewczyna na wózku, już prawie całkiem sparaliżowana, była cały czas jak promień słońca. Prowokowała mnie tą swoją niezrozumiałą radością. W końcu zapytałam ją: „Jolka, co ty się tak śmiejesz cały czas?”. Odpowiedziała, że jest po prostu szczęśliwa. Mówię do niej: „Jak to jesteś szczęśliwa? Przecież siedzisz na wózku i nic nie możesz zrobić?”. Wytłumaczyła mi wtedy, że jest szczęśliwa, ponieważ widzi coś, czego my w pędzie dnia nie dostrzegamy. 

Dla niej największym szczęściem jest to, że może jeszcze patrzyć, słyszeć, rozmawiać. I zapytała mnie wtedy: „Aniu, masz dwie ręce, dwie nogi, chodzisz… Czy ty wiesz jaka jesteś szczęśliwa?”.

Czy kontakt z tymi ludźmi pozwala Pani inaczej spojrzeć na samą siebie?

Moi podopieczni nauczyli mnie, że kiedy się budzę, to ten dzień jest moją szansą, skarbem. Dziwne, ale najradośniejsze chwile przeżyłam właśnie z tymi ludźmi: chorymi, niepełnosprawnymi, na wózkach. Z nich emanuje często tak wielka radość z drobiazgów, których nie zauważałam wcześniej. 

Można być chorym, niepełnosprawnym i być szczęśliwym, ale czy można żyć bez drugiego człowieka?

Być może są takie osoby. Lubię być czasem sama, ale nie samotna. Kiedy spełniam swoje marzenia, na przykład jestem na safari i słonie wkładają mi trąby do jeepa, to moja radość jest zwielokrotniona, kiedy jestem tam z synem i mężem. O ileż piękniejszy jest zachód słońca, gdy się go z kimś ogląda. Jak jest ktoś obok, to radość jest większa, a cierpienie dwa razy mniejsze. 

Czasem ludzie mieszkają obok siebie i nawet nie wiedzą, że w mieszkaniu obok siedzi ktoś, kto jest sam. Wystarczy zapukać do tych drzwi i zapytać: „Czy napije się pani ze mną herbaty?”. Taki gest, zwykły uśmiech potrafią czasem odmienić komuś życie. 

Chyba coraz częściej o tym zapominamy.

Za szybko gonimy za rzeczami, które wydają nam się skarbami, a to są często bańki mydlane. Jak już je złapiemy, to okazuje się, że wcale nie było warto. Pamiętam, że Jola powiedziała mi jeszcze: „Ania, wiesz jaką ja ważną funkcję pełnię w życiu? Jestem po to, byś popatrzyła na mnie i zdała sobie sprawę, jak naprawdę jesteś szczęśliwa. Może po to jest moje kalectwo, cierpienie? Może po to żyję?”.

 

(...)

 

Anna Dymna – jedna z najwybitniejszych polskich aktorek. Zadebiutowała na scenie w 1969 roku. W dorobku ma blisko 300 ról teatralnych i filmowych. Od początku kariery związana jest ze Starym Teatrem w Krakowie. Pracowała z najwybitniejszymi polskimi reżyserami – m.in. Andrzejem Wajdą, Konradem Swinarskim, Jerzym Jarockim, Jerzym Grzegorzewskim, Kazimierzem Kutzem. Działaczka społeczna.

 

 

Szymon Piegza – publikował na portalach TVN24, Interia oraz Onet. Autor filmów krótkometrażowych i reportaży. Entuzjasta literatury klasycznej, kina moralnego niepokoju i polskiego rock&rolla.

 

 

Katarzyna Domagała - absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej oraz Zarządzania Kulturą i Mediami; interesuje się kulturą współczesną oraz tematami społeczno-politycznymi. Miłośniczka kina Bergmana, rocka i jazzu progresywnego. W wolnych chwilach pisze i maluje.

 

 

Na zdjęciach Anna Dymna: 1) fot. Grzegorz Kozakiewicz; 2) z Jerzym Trelą, fot. Jan Zych; 3) z Krzysztofem Globiszem na planie filmu Prawdziwe życie aniołów, fot. Alicja Rzepa 

 

Całość wywiadu w miesięczniku „Kraków”, luty 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



Już w kioskach!


Okiem Beresia:
Europa. Do napisania

Z najwyższej półki: Krakowski ojciec jednej Europy
- Krzysztof Burnetko

Smocze jajo: Zapraszam na Kazimierz
- Mieczysław Czuma

Na czerwonym świetle

Dyskusyjne Kluby Czytelnicze 2019