Adam Bielecki, himalaista: Tam na górze nikt rzeczywiście nie stoi i nie bije brawo. Ale gdy wracam, wielu ludzi chce słuchać o górach. Pragną, żebym ich tam w pewnym sensie zabrał. Himalaizmem zainteresowani są też ci, którzy po górach w ogóle nie chodzą.

Majka Lisińska-Kozioł: Czy przerywając projekt Polska Narodowa Zimowa Wyprawa na K2 2017/2018, żeby ratować Tomasza Mackiewicza i Elizabeth Revol spod Nanga Parbat zmniejszyliście sobie z Denisem Urubką szansę na wejście na wierzchołek Góry Gór, bo zamiast na osaczaniu K2 musieliście się koncentrować na ratowaniu?

Adam Bielecki: Wiedzieliśmy, że na wysokość ponad 6 tysięcy metrów zimą jest w stanie szybko wejść raptem kilkunastu himalaistów na świecie i to pod warunkiem że byliby zaaklimatyzowani i gdyby znajdowali się stosunkowo niedaleko Tomasza i Elizabeth. A zaaklimatyzowani byliśmy tylko ja i Denis. 

Uratowaliście Francuzkę. Tomasz Mackiewicz został w górach.

To było trudne doświadczenie. Musiałem sobie to, co się wydarzyło, przepracować. Odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Dlatego zaraz po zakończeniu akcji ratunkowej i powrocie do bazy pod K2 chciałem jak najszybciej iść w górę, pobyć sam na sam z przyrodą, spróbować uporządkować kłębiące się w mojej głowie myśli. 

Gdy Pan odbywał swoje u katharsis, w Polsce wróciły wspomnienia o zimowym zdobyciu Broad Peaku, 8047 m n.p.m. (5 marca 2013 roku), kiedy to w drodze powrotnej z wierzchołka zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski. Obwiniano pana wtedy, że nie udzielił im pan pomocy. Powołano specjalną komisję Polskiego Związku Alpinizmu, która opublikowała raport. Zawierał sporo pretensji pod pańskim adresem. W jednej z dyskusji na temat niesienia pomocy partnerom wspinaczki brał udział między innymi Tomasz Mackiewicz. Też był zdania, że powinien pan był wrócić po kolegów. Minęło kilka lat i to jego poszedł pan ratować. Tyko że tym razem himalaiści – nawet ci najbardziej wobec pana krytyczni - doceniali pańską postawę w górach wysokich. Mówiono, że się pan zrehabilitował za Broad Peak. 

Adam Bielecki (ur. 12 maja 1983 w Tychach) – polski taternik, alpinista, himalaista. Jest członkiem Klubu Wysokogórskiego Kraków. Pierwszy zimowy zdobywca ośmiotysięczników Gaszerbrum I (2012) i Broad Peak (2013) oraz zdobywca K2 (2012), Makalu (2011), Gaszerbrum II (2018). Wielokrotny lider wypraw, m.in. na Szczyt Lenina, Pobiedę Zachodnią, Demawend, Ararat, Kilimandżaro, Ruwenzori, Chimborazo, Cotopaxi, Aconcagua, Denali (McKinley), Dhampus Peak, El Cuerno oraz w Alpach łącznie na 17 czterotysięczników, w tym na Mont Blanc, Dufourspitze, Matterhorn. Autor książki Spod zamarzniętych powiek. Otrzymał nominację do nagrody „Kolosa” 2000 za samotne wejście na Chan-Tengri w Kazachstanie. Portal Explorersweb uznał wejście na Gaszerbrum I zimą – dokonane przez Adama Bieleckiego i Janusza Gołąba – za najważniejsze na świecie wydarzenie w dziedzinie eksploracji w 2012 roku. Absolwent psychologii UJ. Żonaty (Dobrosława), ojciec dwójki dzieci.

Nie było powodu, żebym się musiał rehabilitować. I na Broad Peaku w 2013 roku i na Nanga Parbat w 2018 roku byłem tą samą osobą. Tylko że inne były pod każdą z tych gór możliwości. Na Broad Peaku działaliśmy na wysokości 8 tysięcy metrów, umordowani w zejściu ze szczytu; pod Nangą ruszyłem do Elizabeth na 6200 wypoczęty. 


To czemu pana zdaniem nie udało się Polakom zdobyć K2 zimą. Wyprawa była dobrze wyposażona. Partnerem ekspedycji zostało również Miasto Kraków. 

Najłatwiej byłoby obarczyć winą pogodę, ale ta zawsze jest w Karakorum trudna. Wspinaliśmy się południowo-wschodnim filarem, tzw. drogą Basków nazywaną też drogą Cesena. Łączy się ona z Żebrem Abruzzi między tzw. Czarną Piramidą i Szyjką. Ale okazało się, że wybór drogi wejścia był niefortunny, bo droga Basków okazała się wyjątkowo niebezpieczna. Spadały na nas niezwiązane śniegiem kamienie. W połowie wyprawy musieliśmy się wycofać i zaczynać wspinaczkę od zera. Gdybyśmy pracę, którą włożyliśmy w przygotowania na drodze Basków, skierowali od razu na Żebro Abruzzich – byłoby więcej czasu i szans na atak szczytowy. 

Nie pomógł w zdobyciu wierzchołka konflikt między Krzyśkiem Wielickim a Denisem Urubką, ale też konflikt między Denisem a zespołem. Ani jego samotny atak, ani opuszczenie wyprawy, ani sposób rozwiązywania tego konfliktu nie pomogły wyprawie. Bez niego byłem jedyną osobą, która miała aklimatyzację, więc potrzebowaliśmy dwóch okien pogodowych; jednego, żeby ktoś z moich kolegów mógł wejść wyżej, potem zejść oraz odpocząć – i kolejnego, żebyśmy razem mogli ruszyć w stronę wierzchołka. 

A może pojechaliście do Karakorum za późno? 

Mogliśmy oczywiście polecieć na początku grudnia i być na miejscu równo z rozpoczęciem zimy, tylko że wtedy ta wyprawa zrobiłaby się bezlitośnie długa. A przebywanie nawet z najlepszymi kolegami w jednym niezbyt komfortowym miejscu przez trzy miesiące generuje dodatkowe spięcia. Nawet drobiazgi zaczynają być irytujące. 

Co pan robił w bazie, czekając na pogodę?

Czytałem, surfowałem po internecie. Był telefon satelitarny, można było czasami zadzwonić do domu. Prze te wszystkie lata przyzwyczaiłem się do wyprawowej rutyny. Wpadam w swego rodzaju hibernację i przeczekuję gorsze chwile.

Jak zdefiniowałby pan współczesny himalaizm? Czym on właściwie jest? Fanaberią czy sportem?

Składa się z wypraw komercyjnych, a te charakteryzuje liczna obsługa, dzięki której klienci – słono płacący (cena wyprawy na Mount Everest, 8848 m n.p.m., zaczyna się od 40 tys. dolarów plus koszty podróży – przyp. MLK) – mają swoją przygodę w górach wysokich. Często dzięki dodatkowemu tlenowi i przewodnikom wchodzą na wierzchołki ośmiotysięczników. Nawet na K2. A z drugiej strony są sportowcy profesjonaliści, którzy stawiają sobie ambitne cele, na przykład ustanawiają nowe drogi, odkrywają miejsca dotąd przez człowieka nieodkryte, pobijają rekordy. Oni wspinają się na ogół w stylu alpejskim w małych zespołach, bez tlenu. 

Jeszcze niedawno wystarczyło wysłać do pana SMS-a i w parę godzin spotykaliśmy się na Kazimierzu. Teraz nie odbiera pan telefonu i jest, o ile wiem, jedynym himalaistą, z którym trzeba się umawiać przez menedżera. 

To konieczność. Dziennie dostaję około czterdziestu maili i telefonów. Gdybym je odbierał, nie miałbym kiedy jeść, spać, trenować, być z rodziną. A jeśli chciałbym na wszystkie odpowiedzieć, to musiałbym się zajmować tylko tym. A ja jestem sportowcem. Moją pracą jest wspinanie, nie ogarnianie kalendarza. Dlatego menedżer pomaga mi załatwić korespondencję, znajduje terminy na spotkania z dziennikarzami, dba, żebym mógł działać profesjonalnie, wywiązywać się z umów, żebym się nie spóźniał na spotkania, pilnuje dat akcji promocyjnych i charytatywnych, w których biorę udział. 

Prawdę mówiąc, na to, co dzisiaj robię w górach, pracuje zespół ludzi. Nie znam się przecież na przykład na konstruowaniu umów, dogadywaniu kontraktów.

Trenuje pan tak, jak ordynował to wam swego czasu nieżyjący już Artur Hajzer?

W znacznym stopniu udoskonaliłem metody Artura. Dziś przygotowuję organizm do wysiłku jak każdy współczesny sportowiec. Wiem, że jako wspinacz powinienem mieć silne mięśnie, mocne ścięgna i więzadła. Dlatego trzy razy w tygodniu jestem na ściance wspinaczkowej. Jeszcze częściej biegam. Wykonuję na przykład zaordynowane przez trenera serie skipów (odpowiednie unoszenie kolan mnie – przyp. MLK). Ćwiczę interwały – sprint z tętnem 156–170 na przemian z truchtem, i zestawy tzw. wieloskoków. Jeśli szykuje mi się wymagające pod względem technicznym wspinanie, pracuję nad górnymi partiami ciała i nad stabilizacją. Poza tym buduję wytrzymałość. I biegam też po schodach. 

 (...) 

 

Majka Lisińska-Kozioł - absolwentka prawa i dziennikarstwa na UJ. Zajmuje się przede wszystkim reportażem społecznym i sportowym. Laureatka wielu nagród dziennikarskich, między innymi "Złotej Gruszki".

 

 

Zdjęcia: Jan Wierzejski. Zdjęcia za wiedzą i zgodą „archiwum fotograficznego – Adam Bielecki”

 

 

Całość wywiadu w miesięczniku „Kraków”, marzec 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



Już w kioskach!


Okiem Beresia:
Europa. Do napisania

Z najwyższej półki: Krakowski ojciec jednej Europy
- Krzysztof Burnetko

Smocze jajo: Zapraszam na Kazimierz
- Mieczysław Czuma

Na czerwonym świetle

Dyskusyjne Kluby Czytelnicze 2019