Renata Przemyk: Przecież prawa kobiet to nie jest nowa kwestia. Wydawało mi się, że to naturalna rzecz, że każdy człowiek posiadający elementarne poczucie sprawiedliwości będzie się opowiadał za wyrównaniem praw kobiet i mężczyzn.

Jakub Wydrzyński: Początki twojej kariery to festiwale muzyki studenckiej i rockowej. Zaczęło się w Krakowie czy w Jarocinie?

Renata Przemyk: Początek to wiosna i lato 1989 roku. W maju ze Sławkiem Wolskim wygraliśmy Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie i stworzyliśmy Ya Hoznę. Jako laureaci dostaliśmy zaproszenie na Festiwal Artystyczny Młodzieży Akademickiej. To był niesamowity trzytygodniowy czas warsztatów i wczasów nad morzem zakończonych występem uczestników. Podczas FAMY potwierdziło się zaproszenie do Jarocina. Jeszcze w tym roku zaproszono nas na koncert debiutów do Opola. Ale doświadczony Sławek uznał, że to nie dla nas i bardziej pasujemy do Kabaretonu, w którym wystąpiliśmy z piosenką Tortury.

Nie wystąpiliście w Debiutach przez tremę?

Wtedy nie do końca doceniałam decyzje Sławka. Uważał, że już nie jesteśmy debiutantami, to znaczy on nie jest, i powinniśmy startować w kategoriach „dla dorosłych”. Ya Hozna dała mi szansę mocnego startu. Po czasie widziałam to wyraźniej. Wtedy szłam na żywioł. Niewiele ponad rok później działałam już jako artystka solowa. 

Renata Przemyk – wokalistka, kompozytorka, autorka muzyki teatralnej, aktorka, interpretatorka utworów Cohena, Przybory i Wasowskiego, magister bohemistyki (UŚ). Pochodzi z Bielska-Białej. Od początku lat 90. ubiegłego wieku artystycznie związana z Krakowem. Laureatka m.in. Fryderyka za płytę Andergrant (1996) oraz Grand Prix i nagrody dziennikarzy na XXV Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie (1989), nagrody im. K. Musioła na KFPP w Opolu (1991), Brązowego Mikrofonu na Sopot Festival (1990) i tamże Bursztynowej Płyty (1992). Znana z ekspresyjnego głosu, mieszająca style i konwencje muzyki alternatywnej, rocka, jazzu, piosenki aktorskiej. Akordeon i gitarę, kiedyś kojarzone głównie z graniem klubowym, uczyniła elementem instrumentarium rockowego, tworząc unikatowy styl muzyki autorskiej. Mieszka pod Krakowem.

Rodzina nie protestowała, że grasz zamiast się uczyć?

Raz wzięłam dziekankę, raz poprosiłam o powtarzanie roku, potrzebowałam czasu na napisanie pracy magisterskiej. Ale tak naprawdę delektowałam się młodością. Rodzice martwili się, czy sobie poradzę samym śpiewaniem. Muzyka jako sposób na życie to loteria. Już wtedy widziałam kolegów, którzy naginali ambicje do oczekiwań wytwórni fonograficznych i cierpieli przez takie kompromisy. Gdy jesienią 1992 roku odbierałam dyplom, miałam już wydane dwa albumy i trzeci w produkcji. Nagrody na festiwalach, sprzedające się płyty i przychylność publiczności utwierdziły mnie w decyzji, by zająć się już tylko muzyką.

Jak odbierałaś Kraków z przełomu lat 80. i 90 ubiegłego wieku? Jako mekkę artystyczną, krainę hipisów, do której chciałaś trafić od czasów licealnych?

Wtedy byłam dość zielona. Nie wyrosłam w środowisku artystycznym. Zabrakło mi też odwagi, żeby zdawać na UJ, i na studia poszłam do Katowic. Mimo to z każdym przyjazdem na Studencki Festiwal Piosenki moje kroki coraz bardziej zmierzały w stronę Krakowa. Pamiętam pierwszy Festiwal Kultury Żydowskiej w 1988 roku. Tamten Kazimierz w niczym nie przypominał tętniącej dziś życiem dzielnicy. Atrakcje festiwalu ograniczały się do zwiedzania cmentarza żydowskiego i dwóch koncertów w synagodze Tempel, ale to był rodzaj czarodziejskiego ogrodu, który wciągał właśnie dlatego, że był dziki. 

Jakie były wtedy Twoje fascynacje muzyczne?

Rock. Słuchałam Maanamu i Republiki. Chociaż miałam otwartą głowę. W latach 80. jeździłam do Jarocina. Byłam tam w 1983 oraz 1984, więc kiedy w 1989 roku zaproszono tam nasz zespół, to Sławek nie miał pojęcia, na co się porywamy. A ja tak.

Podobno oberwaliście kiełbasą…

Nie do końca. Wylądowała mi u stóp… Tamtego Jarocina nie da się porównać z żadnym obecnym festiwalem. To była absolutna bezkompromisowość. Na zasadzie: „Jesteś z nami albo przeciw nam”. Jednocześnie było to chyba jedyne miejsce, gdzie wszystkie młodzieżowe subkultury mogły się czuć swobodnie. Wyglądało to niesamowicie. Inaczej niż szary komunistyczny świat na co dzień. Ludzie z fantastycznymi fryzurami, makijażami, irokezy, przy stawianiu których zużywano spore ilości cukru i piwa. Łańcuchy, ćwieki, skóry, agrafki, a obok ludzie kwiatowi, hipisi, poppersi z długimi grzywkami, metale. Zdarzały się niesnaski, ale nie było agresji. Dużo świetnej muzyki i emocji. Gdy padł cień podejrzenia, że jakiś zespół sprzedał się reżimowi i wystąpił w telewizji, to ta kapela nie miała szans. I tu dochodzimy to tego, co leciało na scenę ze strony widowni. Gdy przyjechaliśmy zagrać z Ya Hozną, mleko sprzedawano już w plastikowych woreczkach i takie otwarte, napoczęte, mogło polecieć. Tego się bałam. W kilku budach można było kupić grubą parówkę, przy kościele dostać pomarańczowy ser z darów z Holandii i to właściwie było całe jarocińskie „menu”, którym też rzucano w grających, którzy nie zdobyli serca publiczności.

O ile na krakowskim Festiwalu Piosenki Studenckiej wyglądaliśmy jak rebelianci, to w Jarocinie prezentowaliśmy się jak szkółka niedzielna. 

W Jarocinie publiczność albo kochała, albo nienawidziła. Podjęliśmy ryzyko, mając w głowie to, jak mogą na nas zareagować ludzie z uwagi na to, jak różnimy się od innych wykonawców. U nas kontrabas, akordeon, perkusja, ironia i czysty wokal, a tam szarpidruty, chrypa i punkowy wrzask oraz słowo o prawdzie tego kraju i świata. O ile na festiwalu studenckim wyglądaliśmy jak rebelianci, to tam prezentowaliśmy się jak szkółka niedzielna. 

Ale udało się.

Udało, a nawet zostało zapamiętane. Może właśnie przez kontrast i odwagę. Do dziś zdarza się mi spotykać ludzi, którzy mówią, że byli w tamtym tłumie punków i nagle zgłupieli. Na scenę wyszła gładko uczesana dziewczyneczka w żakieciku lila-róż, miniówce i z długimi fioletowymi paznokciami. Ekscentryczna pensjonarka. Byłam wtedy małomówna i nieśmiała. Z SFP wyjechałam z naręczem nagród, a po FAMIE w jedynej recenzji zostałam zrównana z ziemią. Tekst o mnie zatytułowano Dziewczyna z kamienną twarzą, bo ze stresu stałam jak słup soli. Wiedziałam, że nie zmienię się nagle w showmankę, ale jeśli nie pójdę na żywioł, to taka szansa się nie powtórzy. Trzeba było jeszcze widzieć wzrok Sławka – amatora piosenki literackiej, który nagle zobaczył jarociński tłum freaków. Dla kurażu wlałam sobie rum do buteleczki po syropie Tussipect. Zespół, który miał grać przed nami, nie wystąpił. Nasza menedżerka wyciągnęła mnie z polowej toalety, dokąd wybrałam się przekonana o zapasie czasu. Wypiłam duszkiem alkohol i pobiegłam na scenę. Z instrumentów mieliśmy kontrabas, saksofon i akordeon. Na perkusji przygrywał Fala wypożyczony z zespołu IRA. Najpierw konsternacja, przy drugim kawałku coś się już kotłowało pod sceną, a przy trzecim punki tańczyli regularne pogo, a pod koniec skandowali „Re-na-ta!”. Był to rodzaj błogosławieństwa. Jakby ten tłum powiedział: „OK. Nadajesz się. Jeśli to przeżyłaś, to już nic cię nie zabije”. 

Pierwszy album Ya Hozna to czyste szaleństwo. Jak odbierali was wtedy słuchacze? Byliście dziwakami, kimś z podziemia czy trafiliście na swój czas?

Wzięliśmy ich zapewne z zaskoczenia. Chyba udało nam się oswoić ludzi z akordeonem i niekonwencjonalnym podejściem do muzyki. To nie było wtedy popularne. Gdy ktoś grał na akordeonie, słyszało się, że to „kaloryfer”. A na mnie ten instrument zawsze robił wrażenie, pogłębiał nastroje. Razem ze Sławkiem mieliśmy też dość odwagi, aby przełamywać przyzwyczajenia słuchaczy. Sławek był tym rozważnym, ja byłam romantyczna. Dla mnie liczyły się przede wszystkim emocje i bycie pod prąd.

Ludzie nie umieli nas umiejscowić na mapie tamtej muzyki. W jednej recenzji mogłam o sobie przeczytać porównania z Ewą Demarczyk, Niną Hagen i Edith Piaf. U jednego krytyka mieściłam się w kategorii punk, u innego w piosence poetyckiej czy aktorskiej. Przez lata ciągnęła się za mną metka piosenki studenckiej, jakby bycie studentką predestynowało do grzeczności. Fryderyka w kategorii piosenka poetycka dostałam za Andergrant pełen gitarowego rockowego grania. Dziennikarze nie wiedzieli, co ze mną zrobić. 

Jak funkcjonowaliście na scenie Krakowa? Były jakieś podziały na wysublimowanych artystów „piwnicznych” i zbuntowaną młodzież?

Graliśmy głównie w klubach studenckich. Czułam się wtedy częścią tego zjawiska, czyli kultury, która jest ambitna, nawiązuje do innych dzieł, dba o poziom tekstu, ale lubi też eksperymenty z formą. Oczywiście, istniała opozycja, której teraz nie ma: podział na mocne granie rockowe i to poetyckie. Określenie „piosenka poetycka” w środowisku rockowym wzbudzało politowanie wobec wrażliwych „swetrowców” z akustyczną gitarą. A w drugą stronę padały zarzuty, że bez prądu by nie przetrwali. To oczywiście krzywdzące stereotypy. Piwnica Pod Baranami była ikoną, ale każdy wyrażał bunt przeciw brakowi wolności w inny sposób. My braliśmy z obu stron to, czego potrzebowaliśmy. I za ten eklektyzm płaciliśmy czasem pochopnymi ocenami.

Ale kiedyś pomylono cię z Korą.

Tak, i to właśnie w Jarocinie. Fascynowała mnie, była magnetyczna i silna, a przy tym kobieca. Pochlebiały mi te porównania, ale chciałam mieć coś swojego, nie być niczyją kopią.

Jeden z największych twoich hitów Babę zesłał Bóg długo traktowany był jako hymn polskiego feminizmu. Czy to był dla ciebie problem, że tak cię zaszufladkowano?

Gdyby te szuflady były pootwierane, to nie byłby problem. Wielu osobom pasowało, żebym była wizytówką jakiegoś ruchu, ideologii. Było to trochę ograniczające, bo jeśli organizator koncertów rockowych słyszał, że uprawiam piosenkę studencką, to był uprzedzony, nim mnie posłuchał. Taki opis kojarzył się z czymś nudnym, mimo że na koncertach ludzie żywo się bawili. Sam feminizm był w Polsce wtedy jeszcze zjawiskiem młodym. 

A jeśli mamy jakiś talent, to nie powinno nas ograniczać to, że urodziliśmy się jako ludzie jednej czy drugiej płci. Na kilku późniejszych albumach, jak Blizna, śpiewałam o różnicach, na które nie mamy wpływu, więc nie powinniśmy być przez nie wartościowani. 

Jestem ostatnią osobą, która by wyrywała mężczyźnie łopatę z ręki, a zapalonej hafciarce igłę. Ale do tej pory zdarza się, że w jednej firmie na stanowisku wymagającym tych samych kwalifikacji kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni. I oczywiście, po tej piosence mówiono: „Aha, ona jest feministką, czyli nienawidzi mężczyzn”. Bzdura. Gdy ktoś przeprowadzał wywiad i stwierdzał: „Bo ja myślałem, że jesteś taką ostrą s..ą i nie lubisz mężczyzn”, to mogłam tylko odpowiedzieć, że jeśli czegoś nie lubię, to głupoty. 

Jeśli cokolwiek mogłoby właściwie dookreślić to, co robię, to „alternatywa”. Ta pomieści wszystko.

Płytę Andegrant ty i Anna Saraniecka, autorka tekstów, nazwałyście i zapisałyście prześmiewczo przez „a” i „nt”.

Bo taki to właśnie był ten „underground”. 

 

(...)

 

Jakub Wydrzyński - człowiek wielu zawodów i pasji, kulturoznawca, wieczny doktorant, naturalizowany krakowianin, właściciel psa kawiarnianego Stolika.

 

Na zdjęciu: Koncert, Kraków 2007 / fot. Danuta Węgiel.

 

 

Całość wywiadu w miesięczniku „Kraków”, marzec 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



Z najwyższej półki: Jan Józef miałby sto lat
- Krzysztof Burnetko

Bedeker krakowski: Kraków, czyli czas przyszły!
- Iga Dzieciuchowicz

Pasy pany: Jedyny taki klub w Unii Europejskiej
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle

Witryna fotoreporterów