Dobrze pamiętam dzień, w którym Stanisław Ignacy zakochał się po raz pierwszy.

Dla matki to moment przełomu – świat zewnętrzny woła małego człowieka i nie daje skleić się z nią zbyt mocno. Guzik włączony, teraz ten stan i tęsknota za nim już do końca będą go nieść przez życie.

Stanisław Ignacy ma pięć i lat. Jedziemy autem przez Warszawę. Siedzi w grubej kurtce, szczelnie przypięty do fotelika. Coś jest nie tak, bo uparcie milczy. W lusterku łowię ten nieobecny wzrok, który odmalował Renoir w Śniadaniu wioślarzy. Pamiętacie kobietę z drugiego planu, która przechyla szklankę z napojem? Właśnie. Na górskim tarasie z pewnością nie ma osoby, o której myśli, a zgiełk i rwetes poranka tylko pogłębiają poczucie straty. Stanisław patrzy w ten sam sposób – mglisty i nieco bezbarwny, nie rejestruje ani jednego koloru umykających ulic.

– O czym myślisz Stasiu? – pytam.

– Długo dziś na kogoś patrzyłem… – odpowiada syn szeptem, choć jesteśmy sami.

– Na kogo?

– Nie mogę powiedzieć.

– Na ciocię w przedszkolu?

– Nie.

– Na kolegę?

– Nie.

– Na koleżankę?

(Pauza)

– Tak. Patrzyłem na nią, jak spała.

– A jak ma na imię ta koleżanka?

– Amelia… (pauza). Ładne imię, co nie?

Stanisław ma dopiero pięć lat i już czuje, że miłość to tajemnica, o której trzeba mówić szeptem. Skąd wie, że imieniem ukochanej osoby, które wczoraj było jednym z tysiąca zwykłych i nic nieznaczących imion, dziś nazwalibyśmy najważniejsze miejskie place, mosty, budynki i arterie? Nowe uczucie, którego nie znał przecież wcześniej, wzbiera w nim i opada falą, a słowo na „A” to jednocześnie jej imię i aloe vera – syn zamyśla się, a potem zbyt głośno się śmieje, by znów zawisnąć spojrzeniem gdzieś tam w oddali.

Stanisław ma dopiero pięć lat i już czuje, że miłość to tajemnica, o której trzeba mówić szeptem.

We wrześniu Stanisław poszedł do pierwszej klasy. W pierwszy dzień szkoły był bardzo dzielny, za to jego matka nawaliła po całości. Jeszcze przed wakacjami można było dopisać dziecko do listy uczniów tak, by było w klasie z kolegami i koleżankami znanymi z przedszkola. Matka zapomniała i tak Stanisław trafił do klasy, gdzie patrzyły na niego 24 pary obcych oczu. Smutek był potężny. Nic nie pomagało, a w oczach Stasia było tyle wyrzutu, że matka niemal udławiła się poczuciem winy gorszym niż to niemieckie.

Wchodzimy do klasy. Wśród dzieci jedno jest z Ukrainy, a dwoje ma skośne oczy.

– Zobacz, Stasiu, jak wiele nowych twarzy i jak dużo różnorodności! Są tu dzieci z różnych krajów – powiedziałam zachęcająco. A pod nosem dodałam: (A nie tylko biała Europa).

Jakiś czas później Staś przyszedł do domu ze szkoły i oznajmił, że był to najpiękniejszy dzień w jego życiu.

– Mamo, dostałem dziś plusik za zachowanie!

– A dlaczego?

– Nikt nie chciał siedzieć w ławce z Benem, bo on nie mówi po polsku. I ja zgłosiłem się, że będę z nim siedział.

– Brawo!

– Zostawiłem też karteczkę Wiktorii z napisem „Love. Staś”.

– I co ona na to?

– Najpierw myślała, że to ten drugi Staś, ale powiedziałem, że to ja. Była zdziwiona.

– A ty?

– No, ja byłem zdziwiony, że ona jest zdziwiona. W końcu jest najładniejszą dziewczyną w klasie! Odesłała mi karteczkę. Napisała „Love Wiktoria” i to „o” było w kształcie serca. A potem ją przytuliłem.

Pomiędzy Stasiem i Wiktorią wszystko układało się dobrze. No, może raz posprzeczali się o gumkę do mazania. Niestety, nic nie trwa wiecznie. Na horyzoncie pojawił się rywal. Wchodzę do pokoju, a tam Staś mocuje się ze skarbonką.

– Mamo muszę iść do Żabki po „Merci” dla Wiktorii. Nie poddam się.

Piątkowe popołudnie 11 października. Staś wraca ze szkoły.

– I co, Wiktoria przyjęła prezent?

– Przyjęła.

– Odzyskałeś ją?

– Tak, ale dopiero po drugiej lekcji.

– Ojej, a dlaczego?

– Dałem jej „Merci”, ale Kuba też jej przyniósł czekoladę. Był remis. Ale w końcu wybrała mnie.

– Jak ją przekonałeś?

– Pani mnie pochwaliła przy wszystkich.

– Tak? A za co?

– Tylko ja w klasie wiedziałem, kto to jest Olga Tokarczuk i że dostała Nobla!

 

Iga Dzieciuchowicz – teatrolożka i feministka. Współpracowała z „Didaskaliami”, „Notatnikiem Teatralnym”, „Gazetą Wyborczą” i portalem publicystyczno-społecznym Polska Ma Sens. Współautorka książki Bartoszewski. Droga. Na co dzień marketingowiec i dziennikarka „Codziennika Feministycznego”.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, listopad 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Więcej artykułów…

STYCZNIOWY NUMER JUŻ W SPRZEDAŻY!


Okiem Beresia:
Szef i Jego książki

 

Z najwyższej półki: Miasto książki
- Krzysztof Burnetko

Pasy pany: Felieton na ostatnią stronę
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle