Tak się złożyło, że miałem w życiu tylko dwóch prawdziwych Szefów: Jerzego Turowicza i Adama Michnika. Łączyło ich przynajmniej jedno: obaj ubóstwiali książki.

W grudniu mija rocznica – co z tego, że nieokrągła – urodzin jednego z nich, nim więc się zajmijmy. Jerzy Turowicz założył i przez ponad pół wieku był redaktorem naczelnym „Tygodnika Powszechnego” – najważniejszego, obok „Polityki”, pisma opinii czasów PRL. I w 1989 roku przyjął mnie do pierwszej w życiu etatowej pracy.

W redakcji było, owszem, bardzo miło, nowi koledzy byli sympatyczni, Szef się co chwilę uśmiechał, a godziny pracy były kompletnie, ale to kompletnie dowolne. Szef dawał ludziom pracować – jakby chciał powiedzieć: sprawdź się w działaniu.

Już to, prócz dziesiątek innych przyczyn, powodowało, że wszyscy w Firmie czuli wobec niego respekt. Nigdy zresztą dla młodszych na Wiślnej nie był – nawet w rozmowach przy piwie – „Naczelnym” czy „Starym” – tylko właśnie „Szefem”. Imponowało jego podejście do ludzi: ciepłe, a z drugiej strony stanowcze. Że niby drzwi do niego zawsze są otwarte, ale że sam kilka razy je zamyka: gdy wzywa do siebie osobę, która zachowała się źle, a ta, czy należała do redakcji starszej czy młodszej, wychodzi potem stamtąd na palcach i przeprasza wszystkich.

Albo: trwa jakaś – jak zwykle chaotyczna – dyskusja: drukować tekst czy nie? Górę biorą argumenty raz jednej, raz drugiej strony. Zza rozpalonych głów, ze swego kąta pod oknem nieśmiało w górę podnosi dłoń Szef. Przez chwilę tego nikt nie zauważa, wreszcie wszyscy milkną i z szacunku, i w nadziei, że to właśnie ich zdanie zostanie poparte. On spokojnie: „Tego nie drukujemy”. Ktoś próbuje oponować: „Ale...”. „Nie. A teraz inna sprawa...”.

Swój księgozbiór szacował na „ze dwadzieścia tysięcy”. Przyznawał: „Wchodzę do księgarni po jakąś książkę i nawet jeśli jej nie znajduję, wychodzę z trzema innymi. Nasz przyrost naturalny to co najmniej jedna książka dziennie”.

Wzniesiona ręka ucina dyskusję. Istnieje legenda, że w czasach Turowicza „Tygodnik” redagował się sam. Nieprawda. Pismem do końca rządził Szef. Choćby przez istniejącą w zespole świadomość, że nie można Go zawieść, że On zobowiązuje i nie można dać ciała.

Bywał też Szef gniewny (najostrzejsza z jego ocen: „to kompletny bałwan”, miała moc równą najwulgarniejszej w innych ustach obelgi). Oraz uwodzicielski. Kolejna z nieustannie wyszukiwanych przez młodą część redakcji, utalentowana reporterka. Ma długie nogi i w dodatku na przynoszonej ze sobą macie lubi siadywać w kąciku redakcji w pozycji kwiat lotosu. Niespodziewanie zjawia się Szef. Zza pleców wyciąga bukiecik fiołków i z uśmiechem jej wręcza: „To dla pani”.

A był jeszcze Turowicz dowcipny (kawały żydowskie na zebraniach), słuchający jazzu, a czasem i rocka, uczestnik życia bohemy krakowskiej, wpatrzony w żonę, panią Annę. Ciepły, nieustannie pracujący, podróżujący, punktualny i solidny do granic.

Gdy w wolnej Polsce standardem się stało, że szefowie kryją się za plecami sekretarek, tłumacząc, dla kogo są, a dla kogo nie – Kasia Morstin, jedna z nich, kiedyś niebacznie pyta Szefa: „Przepraszam, Panie redaktorze, dzwoni Pipsztycki, czy Pan jest?” A on, z oczami szeroko otwartymi ze zdziwienia, odpowiada: „No przecież widzi Pani – jestem”.

Jest wreszcie Szef kochający książki. Wszystkie – te z półki wysokiej i uchodzącej za niższą. Bo prócz filozoficznych i teologicznych traktatów, klasycznych powieści i młodej poezji, esejów o sztuce i jazzie, także, na przykład, kryminały.

O tej ostatniej pasji napisał nawet w „Tygodniku”, zauważając, że w Polsce w pierwszych latach po wojnie nie wydawano powieści kryminalnych, wychodząc z założenia, że w kraju budującym socjalizm nie ma miejsca na tak niepoważną, a może nawet niemoralną, rozrywkę. „Pogląd ten został na szczęście przezwyciężony”. A „książki kryminalne czytają wszyscy, tak ludzie prości, jak i intelektualiści, dla których tego rodzaju lektura stanowi rozrywkę i odprężenie”.

Jego – i Jego żony, pani Anny, biblioteka stała się legendą. W czteropokojowym mieszkaniu na ulicy Lenartowicza książek nie było jedynie w kuchni. Poza nią były wszędzie – i to nie tylko na półkach, ale i podłodze.

Sam swój księgozbiór szacował na „ze dwadzieścia tysięcy”. Przyznawał: „Wchodzę do księgarni po jakąś książkę i nawet jeśli jej nie znajduję, wychodzę z trzema innymi. Nasz przyrost naturalny to co najmniej jedna książka dziennie”. A pani Anna rzucała mu czasem półżartem:  „Wszystko, co w życiu zarobiłeś, utopiłeś w tych książkach!”.

Są jeszcze gdzieś tacy szefowie?

 

Witold Bereś – producent filmowy, scenarzysta, publicysta, pisarz. Redaktor naczelny miesięcznika „Kraków”.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, grudzień 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

STYCZNIOWY NUMER JUŻ W SPRZEDAŻY!


Okiem Beresia:
Szef i Jego książki

 

Z najwyższej półki: Miasto książki
- Krzysztof Burnetko

Pasy pany: Felieton na ostatnią stronę
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle