Jako osobnik dotknięty ciągotami do czytania, po wieloletnich rozmyślaniach doszedłem otóż do wniosku, że jeśli chcesz sobie coś dobrego przeczytać, musisz to sobie po prostu napisać. Takie same poglądy wyznaje zakolegowany ze mną od lat na redaktorskich ścieżkach Leszek Mazan. Zdecydowaliśmy więc połączyć siły.

tak przed dwudziestu z górą laty (1998 r.) powstała pierwsza spreparowana w autorskim duecie nasza książka Austriackie gadanie, czyli encyklopedia galicyjska. Ten tworek językowy, jakim jest „austriackie gadanie”, bywa niezwykle przydatny na co dzień, na trwale zagościł w życiu publicznym, w polityce, obecny bywa w poufnych rozmowach, w wyznaniach miłosnych itp. Powiedzonko przyszło na świat w Wiedniu. Kiedy po roku 1866 monarchię absolutną odziać trzeba było w szaty parlamentarne, posłowi przemawiającemu w wysokiej izbie nie wolno było przerywać wystąpienia. Bywało więc, że z trybuny sypały się dyrdymały. Gardłowano o snach teściowej, o cenie jaj na targu w Kołomyi, o smaku kociego mleka. Wszystko po to, aby blokować przeciwników i nie dopuszczać do głosu opozycji.

Nasze książkowe gadanie jest inne, o wiele bardziej godne i dostojne od tego wiedeńskiego, parlamentarnego. To próba sportretowania czasów naszych pradziadków i prababek, rzecz o ludziach, wydarzeniach, obyczajach. A wszystko podszyte anegdotą i szczyptą ciepłego humoru. Książeczka spodobała się Wisławie Szymborskiej, polecała ją w swojej słynnej rubryce „Lektury nadobowiązkowe”. Nie wszyscy jednak skłonni są podzielać pogląd noblistki. Do dziś sypią się gromy, że to koloryzowanie zaborcy, kadzidlane dymy na cześć nieboszczki Austrii, polerowanie mitu Franza Josefa. Słowem, rzecz godna sądu lustracyjnego nad autorami.

 

Austriackie gadanie w klasyczny wydaniu to pleciuga bez ładu i składu, oderwane od rzeczywistości dyrdymały, mydlenie oczu, pudrowanie blagi. Praktyka często stosowana w życiu publicznym, w polityce, ale obecna również w codziennych przegaduchach, wyznaniach miłosnych itp.

Wiadomo, że w pierwszym okresie zaborczej niewoli Habsburgowie nie byli aniołami miłosierdzia, byli nawet gorsi od Hohenzollernów czy Romanowych. Język polski usuwano ze szkół i urzędów, zastępami patriotów wypełniały się ponure cele Szpilberga i Terezina, sprowokowane przez zaborcę chłopstwo urządziło bratobójczą rzeź galicyjską. Ale przegrana wojna z Francją i Piemontem (rok 1859), a potem klęska w starciu z Prusami (rok 1866) postawiły Habsburgów nad brzegiem przepaści. Zdecydowano się na głębokie reformy. Powołano parlament krajowy i sejmy prowincjonalne, wszystkim krajom koronnym nadano szeroką autonomię. To były drożdże, na których wyrosła Galicja. Język polski zapanował w szkołach i urzędach, krzewiła się samorządność i to na wszystkich szczeblach. Kraków stał się ołtarzem ojczyzny, a koło polskie w parlamencie wiedeńskim (największe spośród kół regionalnych) dopracowało się pozycji języczka u wagi. Bez niego nie mogła powstać żadna większość rządowa.

Na początku, w momencie aneksji, Galicja była dla Habsburgów trochę niewygodnym kąskiem. Leżała za Karpatami, nie miała połączeń drogowych z naddunajską stolicą. Po Wiedniu rozpowiadano złośliwie, że ta ziemia będzie stałym zarzewiem konfliktu wojennego pomiędzy Austrią i Rosją, a ten, kto tę wojnę przegra, będzie sobie musiał Galicję wziąć. Z czasem wielicka i bocheńska sól oraz borysławska ropa podniosły wartość tej prowincji, a sukcesy tutejszych polityków przydały jej niekłamanego blasku.

Do roku 1918, w kolejnych gabinetach, osiemnastu Polaków było ministrami. Resort finansów, ważniejszy od innych, nazywano nawet wprost „polskim”. Kierowało nim aż siedmiu z naszych, w tym przez jedenaście lat zawiadował nim Julian Dunajewski z Krakowa, któremu miasto zawdzięcza gmach Collegium Novum. Alfred Potocki i Kazimierz Badeni zasiadali na fotelu premiera. Franciszek Smolka przewodniczył naczelnemu parlamentowi przez rekordowe dwanaście lat. Nic więc dziwnego, że wiedeńska ulica komentowała zawistnie, że Polacy mogą rządzić Austrią także i bez Austriaków.

W Galicji przyszło na świat sposobiące się do walk sokolnictwo, tu zawiązały się Legiony, stąd wyruszono po niepodległość. A ludzie, którzy reguły wielkiej polityki ćwiczyli na wysokich wiedeńskich salonach, stali się potem architektami odrodzonej Polski. I to wcale austriackie gadanie nie jest.

No więc, jeśli chcesz sobie coś ciekawego przeczytać, to sam sobie musisz to napisać. Tyle tylko, że co poniektórzy czytacze mogą cię potem obrzucić klasycznie bezmyślnym austriackim gadaniem.

 

 

Mieczysław Czuma – profesor krakauerologii, redaktor niehabilitowany.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, grudzień 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

STYCZNIOWY NUMER JUŻ W SPRZEDAŻY!


Okiem Beresia:
Szef i Jego książki

 

Z najwyższej półki: Miasto książki
- Krzysztof Burnetko

Pasy pany: Felieton na ostatnią stronę
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle