To ma być podsumowanie stanu polskiego kina. Jak zwykle. Jak co roku o tej porze. Ale tym razem sama sytuacja wymaga, żeby się przez chwilę zatrzymać i samemu sobie uświadomić, w którym miejscu jesteśmy i co się właściwie dzieje? Czemu nastroje są podłe, gdy filmy są znakomite?

Dlaczego, miast cieszyć się zwycięstwami, twórcy dyskutują nad bezpieczną formą prezentowania swojej twórczości? A więc też nad festiwalem, najważniejszym forum prezentacji. Tym gdyńskim. Który zawsze, od czterdziestu czterech lat, niezależnie od sytuacji politycznej w kraju był miejscem rzetelnej oceny artystycznego dorobku.

Festiwal Polskich Filmów w Gdyni stanowi z natury swej czas spokojnej refleksji. A w tym roku był dosyć nerwowy. Byłam, widziałam. Filmy świetne – jak od kilkunastu przynajmniej lat, ale to, co wokół, było takie, jakby środowisko czekało na… cios.

On oczywiście nastąpił. Choć jeszcze delikatny. Bo partyjna władza bez wstępnej informacji i bez dania racji zaczęła zamykać filmowe ośrodki produkcyjne. Na kilka dni przed festiwalem zamknięto cztery studia produkcyjne i największą wytwórnię filmową. A na samym festiwalu struktura imprezy zaczęła się sama sypać. Nagle się okazało, że ktoś, nie wiadomo kto, wymyślił podwójną komisję selekcyjną, by druga kontrolowała pierwszą, a pierwsza doszukując się „zdrady”, sama wyczuła, że zbliża się czas powolnego rozkładania polskiego kina. Kto? Co? Dlaczego? – Nie wiadomo. Pewnie pojawiły się „zielone ludziki”, jak za miedzą. Jak za czasów socjalizmu, gdy ważniejsze od swobody tematycznej bywało propagandowe zaspokojenie kolejnej idée fixe. Teraz też tak się zaczyna, nawet pojawia się „program”: bo w sztuce kina najważniejsza ma być teraz „nasza historia” (ściśle powybierana) i „patriotyzm” według plakatowego wydania. Nawet zamykając festiwal, stosowny wiceminister podziękował twórcom „zwłaszcza za dwa filmy, państwo wiedzą jakie”. Nikt wprawdzie nie zapytał z widowni o tytuły. Ale pewnie dlatego, że wszyscy wiedzieli, iż takie wyróżnienie mogło dotyczyć tylko Piłsudskiego i Legionów. Jurorzy słusznie jednak tych filmów niemal nie zauważyli. Bo przecież nie każdemu udaje się taka sztuka, by robić dobre filmy na polityczne zamówienie! Zresztą nasi twórcy już chyba trochę od tego odwykli!

W sztuce kina najważniejsza ma być teraz „nasza historia” (ściśle powybierana) i „patriotyzm” według plakatowego wydania.

To jeszcze nie koniec zabaw władzy ze środowiskiem. Ponieważ w tym roku specjalne laury „za całokształt” twórczości, czyli Platynowe Lwy otrzymał od festiwalu Krzysztof Zanussi, więc władza przed samą imprezą zlikwidowała mu Studio TOR, które prowadził od 35 lat i sporo filmów tam powstało. To było tak, jakby mu powiedziała: fetowano pana i słusznie, ale teraz panu już dziękujemy, skończył pan 80 lat, to… już czas!

Sytuacja w kinematografii robi się trudna. „Władza jest na wojnie z kulturą”, skwitowała Agnieszka Holland. Inni mówili wprost o powrocie cenzury. Ale wiceminister kultury na zakończenie festiwalu oświadczył ze sceny, że na 19 konkursowych filmów, w osiemnastu państwo partycypowało finansowo. Zapomniał widać, że mówi do środowiska filmowego, nie do przypadkowych ludzi! A środowisko wie, że to nie ministerstwo, a Polski Instytut Sztuki Filmowej partycypował w kosztach, zaś pieniądze Instytutu są naszymi pieniędzmi, bo fundusz powstaje od lat ze „złotówki” od każdego biletu kupowanego we wszystkich kinach w Polsce, a też z „procentu” każdego dystrybutora. Ale to ministerialne kłamstwo poszło w Polskę, a w Polsce, zwyczajni ludzie tego nie wiedzą. Wiedzieli tylko, że coś się w Gdyni dzieje: na żądanie państwowej telewizji z programu wycofuje się film, potem się go przywraca, ale telewizja, jako producent, wycofuje się z produkcji, żądając za gotowy film wielkiego, finansowego odszkodowania od drugiego współproducenta itd. itp.

Ale jest dobrze, bo po tych aferach zrobiło się tak głośno, że wszyscy zaczęli się interesować polską twórczością filmową. A twórcy i odbiorcy zrozumieli, że nadchodzi czas na zupełnie inną reakcję środowiska niż ta, do której nawykliśmy od 30 lat. Nawykliśmy do radości dorocznego świętowania, do dyskusji otwartych i dzielenia się dobrymi pomysłami. Teraz zaś potrzeba już tylko solidarności środowiska i ogólnej mobilizacji… żeby się nie dać zaskoczyć. Czy taka nerwowa atmosfera wpłynie na artystyczny stan polskiego kina? Pewnie tak. Wszak według politycznego planu kolejne artystyczne dziedziny mają upadać metodycznie. Przy tej samej, łatwej argumentacji, która sprawdzi się w każdej dziedzinie, i w filmie i w teatrze, i w muzealnictwie, że wszelka nasza sztuka składa się z samych złogów komunistycznych, które trzeba zlikwidować. Ale na razie, w tym roku, kino polskie istnieje. Ba, cały świat widzi, że jest doskonałe. Jeszcze świetny film Boże Ciało jest polskim kandydatem do nominacji Oscarowych, jeszcze artyści są pełni nagród, także na światowych festiwalach (np. Boże Ciało w Wenecji), a widzowie jeszcze wciąż oblegają kina, które pokazują polskie filmy. Nawet trwa zdrowy snobizm na polskie filmy! Jeszcze jest, więc dobrze!

 

Kadr z Bożego ciała w reż., Jana Komasy, jednego z najlepszych filmów minionego roku / fot. Kinoświat – dystrybutor

 

W tegorocznej polskiej twórczości filmowej można było zauważyć wyraźną zmianę pokoleniową. Najgłośniejsze filmy festiwalu zostały zrobione przez ludzi młodych. I gdy wchodzą one teraz na ekrany, to mają największe powodzenie. A więc chyba trafiają w jakieś społeczne zapotrzebowanie? Młodzi reżyserzy, młodzi aktorzy, świat budowany na nowo zarówno w aspekcie historycznym, jak i w kostiumie ostentacyjnie współczesnym. Ale i tak zwycięzcą tegorocznego filmowego poruszenia stała się Agnieszka Holland. Choć jest od 40 lat w kinematografii i zrobiła już 45 filmów oraz seriali. I nie ma w tym żadnego paradoksu. Przeszła wszakże przez tyle ważnych doświadczeń politycznych i artystycznych, że ma naturalną umiejętność budowania wielkiej syntezy oraz wyczucia czasu, kiedy ta synteza jest potrzebna. Potrafi widzieć więcej. I to wszystko się w tym roku sprawdziło.

W tegorocznej polskiej twórczości filmowej można zauważyć wyraźną zmianę pokoleniową. Najgłośniejsze filmy zostały zrobione przez ludzi młodych. I gdy wchodzą one na ekrany, to mają największe powodzenie.

A reżyserka zrobiła taki film, jakiego już dawno nie było w polskiej produkcji. Gigantyczny w rozmachu produkcyjnym i odważny w odkrywaniu tematu. To dlatego mógłby być na festiwalu i w obecnym naszym repertuarze pofestiwalowym niemal osobną kategorią. Na dodatek jest to brawurowa międzynarodowa produkcja, pełna epickiego, hollywoodzkiego rozmachu, nagrodzona w Gdyni Złotymi Lwami. Ale nie mogłoby być inaczej. Bo Obywatel Jones po pierwsze odkrywa temat. Historyczny i polityczny, świadomie przemilczany. To tak zwany Wielki Głód w latach 1932/33, który był świadomą polityką Stalina, by zlikwidować naród ukraiński. To zbrodnia polityczna nigdy nieujawniona do końca, nierozliczona i nie odpokutowana, która nie istnieje w rosyjskiej świadomości do dziś. A reszta świata też nie ma w tej sprawie czystego sumienia. Zatajała przy pomocy swoich utytułowanych korespondentów prawdę.

Aby nie przeszkadzać stosunkom gospodarczym z ZSRR, skazała nawet na zapomnienie młodego, walijskiego dziennikarza Garetha Jonesa, tytułowego Obywatela Jonesa, który odkrył ów głód na Ukrainie. A artykuły dziennikarza, relacjonujące jego tajną wyprawę na Ukrainę, nazwano kłamstwami i tłumaczono naiwnością. I tu objawia się drugi temat tego filmu, równie głęboki i mocny, tworzący uniwersalny aspekt opowieści: chodzi o prawdę medialnego przekazu, o niezgodę na manipulacje informacją, o odwagę i odpowiedzialność. Przeciw propagandzie i tchórzostwu polityków.

To jedyny taki film w tegorocznym dorobku polskiej produkcji. Jedyny, który ma też niebywały, produkcyjny rozmach: zrealizowany po angielsku, we współprodukcji polskiej, brytyjskiej i ukraińskiej, z udziałem aktorów brytyjskich, amerykańskich (i kilku polskich –

na przykład Michaliny Olszańskiej i Krzysztofa Pieczyńskiego), z ekipą produkcyjną polską i międzynarodową – powinien zaspokajać i takie polskie ambicje. Nawet te oficjalnie mocarstwowe. Czyż nie powiedziano w nich, że dążyć musimy do tego, by mieć całkiem nowych twórców, którzy razem z hollywoodzkimi reżyserami będą opowiadać polską historię? Tu historia nie bardzo jest polska, ale sprawdzalna w Polsce choćby od momentu, gdy znaleźliśmy się w orbicie wiatru ze wschodu, a pomysły Stalina i zaborczość radziecka miały wpływ i na nasz byt historyczny i narodowy.

Sytuacja w kinematografii robi się trudna. „Władza jest na wojnie z kulturą”, skwitowała Agnieszka Holland. Inni mówili wprost o powrocie cenzury.

A Agnieszka Holland? Czyż nie jest naszym jedynym hollywoodzkim reżyserem? Wśród owych 45 filmów i seriali, które dotychczas zrealizowała, przynajmniej jedna trzecia powstała w samym Hollywood! Więc może sobie na rozmach pozwolić. Na dodatek odkrycie takiego tematu stało się inspiracją dla badań reporterskich i naukowych. Powstała książka laureatki Pulitzera, Anne Applebaum Czerwony głód. Wojna Stalina przeciwko Ukrainie. Powstała opowieść Mirosława Wlekłego Gareth Jones – człowiek, który wiedział za dużo.

Ale to jedyny taki film. Tegoroczne produkcje były i są raczej kameralne. Interesują się jednostkowymi sytuacjami, bardziej niż „sprawa” interesuje je „człowiek”. A więc skupione są na wykreowaniu postaci, jej charakteru i tej gigantycznej gamy emocji, która tworzy bohatera każdej opowieści. Dzieje się tak zarówno w tle historycznym, jak i stricte współczesnym. A dbałość o wiarygodność każdego tła daje pełną możliwość skupienia się na postaci.

Jeśli postaci – to i aktorzy. To nie jest zdobycz tegoroczna, bo pisuję o tym już od kilkunastu lat: mamy genialnych aktorów! Tak się składa, że najczęściej są oni po krakowskiej szkole teatralnej. W tym roku mogliśmy jeszcze raz zachwycić się talentem „naszego” Dawida Ogrodnika (Złote Lwy za najlepszą rolę w filmie Ikar. Legenda Mietka Kosza Macieja Pieprzycy). I odkryliśmy nowego, bardzo młodego aktora – też „naszego”, Bartosza Bielenię (Boże Ciało Jana Komasy).

Oba te filmy otrzymały liczne nagrody na festiwalu, ale nawet bez tych nagród i tak zachwyciłyby widzów!

Ten pierwszy, bo w sposób brawurowy odkrywał postać rzeczywistą, o której wszyscy zapomnieli, choć przecież istniał ten artysta nie tak dawno, bo w latach 60. i na przełomie 70. XX wieku, był ociemniałym pianistą, nazywał się Mieczysław Kosz i zanim wystąpił na Jazz Jambore, zanim koncertował w Wiedniu, w Paryżu, w Kanadzie – występował w kawiarniach Zakopanego i Krakowa (w Klubie pod Jaszczurami, w Kawiarni Literackiej), a potem zginął tragicznie w wieku zaledwie 29 lat – to wszystko można odnaleźć w pierwszym z wymienionych filmów, gdzie jest także mnóstwo brawurowej muzyki i Mietka Kosza, i stworzonej podług jego sposobów na improwizację (tą stroną zajął się znakomity kompozytor i wykonawca Leszek Możdżer, też nagrodzony na festiwalu).

W drugim filmie, owym zaskakującym Bożym Ciele: na tle ostentacyjnie czarno opisanego krajobrazu obyczajowego współczesnego „poprawczaka” zakwita zrazu wątła, potem konkretna, wprowadzona w życie, tęsknota za Kościołem. Nowym Kościołem, takim blisko człowieka. I taki Kościół się pojawia: stworzony przez „samozwańca” (w tej roli charyzmatyczny Bartosz Bielenia), oparty na fałszywych przesłankach, a przecież niosący dobro, potrzebny ludziom, szlachetniejący w akcji.

Bohaterowie tegorocznych filmów w małym stopniu bywają wymysłem twórców. Bywają często „znaleziskiem” prasowym lub literackim bądź są komentarzem do rodzinnych życiorysów.

Ta przedziwna fabuła też oparta jest na prawdziwej postaci i prawdziwych wydarzeniach.

To ten film stał się polskim kandydatem do Oscarowej nominacji. Tego kandydata wymyśliło nasze środowisko filmowe, słusznie dostrzegając w nim uniwersalną tęsknotę za prawdziwym duchowym przewodnikiem. Ową czystość intencji w karykaturalnych czasach.

To tylko trzy tytuły: obsypane nagrodami, wywołujące dyskusje, a więc… potrzebne. I niespodziewanie najlepiej świadczące o kondycji polskiego kina. O jego różnorodności, o ciekawości poznawczej i o intrygującej potrzebie autentyzmu. Bohaterowie tegorocznych filmów w małym stopniu bywają wymysłem twórców. Bywają często „znaleziskiem” prasowym lub literackim bądź są komentarzem do rodzinnych życiorysów. Ale nie wolno mówić o tym głośno, bo jakiś reformator wszystkiego jeszcze mu wymyśli dobrą zmianę. Czy solidarność środowiska wtedy wystarczy?

 

 

Maria Malatyńska - miłośniczka kina, pasjonatka filmu, recenzentka kulturalna.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, grudzień 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Smutek po wspaniałym reżyserze Ryszardzie Bugajskim… Zmarł trzy miesiące temu, ale wciąż myślę, że ten rok i ten listopad powinny być poświęcone właśnie wspomnieniu o Nim.

Dlaczego? Pewnie także ze względu na sytuację w polskiej kinematografii, która pierwszy raz od lat musi zacząć kolejną walkę z rozporządzeniami oficjalnej władzy. A w takiej materii Jego pierwsze słynne dzieło i rzeczywisty debiut, czyli Przesłuchanie, pojawia się w pamięci, bo jest do dziś symbolem podobnej potrzeby oporu. Nie tylko ze względu na treść tego obrazu, ale przez pamięć gehenny, którą zafundowały temu tytułowi ówczesne władze polityczne, a jeszcze bardziej we wspomnieniu legendy, którą obrósł ten film.

Teraz jest spokój. Na razie władze ministerialne zaczęły zmieniać strukturę kinematografii, zamykając wytwórnie i rozwiązując nam inne jednostki produkcyjne. Ingerencja w tematykę nastąpi pewnie później. I może dobrze, że Ryszard Bugajski nie musi na to patrzeć. Choć rodząca się również teraz, przy tej okazji, naturalna konsolidacja środowiska, od której wiele może zależeć, próby dyskusji, do których oficjalne czynniki nigdy nie chciały i teraz również nie chcą dopuścić – staje się cenną i ponadczasową wartością.

Ryszard Bugajski i jego wspomniany pierwszy, najważniejszy film też był przykładem walki. Reżyser przypłacił ją załamaniem normalnej drogi twórczej, ponieważ za sugestią władz musiał się udać na emigrację. Z tej niespodziewanej improwizacji życiowej w gruncie rzeczy wyszedł zwycięsko, ale jakim nakładem kosztów własnych! Dobrze więc, że chociaż przyczynił się do powstania największej jak dotąd legendy w polskim kinie. A to jest coś bezcennego. I dla polskiej kinematografii, i dla filmografii samego reżysera. Ale też pomógł mu czas powstania tego obrazu.

Był dyskretny, cichy, rzetelny w historyczno-politycznych portretach, które u niego były raczej czymś w rodzaju moralnych rozważań o złu, jakie niesie polityka i historia.

 

Przesłuchanie, najbardziej okrutny film o polskim okresie stalinowskim, kręcony był jesienią 1981 roku. Zdjęcia realizowane w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie, bo właśnie w więzieniu rozgrywał się film, zakończone zostały w momencie wprowadzenia stanu wojennego. Nic dziwnego, że taki tytuł natychmiast został skazany na unicestwienie. Jego dalsza obróbka odbywała się niemal prywatnie i niemal podziemnie. A przecież obraz opisywał pierwszą połowę lat 50.! Jednak tym, co zadecydowało o jego niepowtarzalności i najgłębszym krytycyzmie wobec stalinowskiego państwa, a nawet co zbudowało najmocniejszą aurę protestu politycznego jako takiego, było spojrzenie na ten okres i na więzienie z perspektywy jednostki. Przypadkowej, niewinnej, niezajmującej się polityką prowincjonalnej piosenkarki, która aresztowana, poddana jest brutalnym przesłuchaniom i fizycznym i psychicznym torturom. I na naszych oczach budzi się również świadomy protest jednostki wobec systemu i obrona własnej godności. Piosenkarka Antonina Dziwisz w znakomitym wykonaniu Krystyny Jandy stała się tak przekonująca, że władzom stanu wojennego natychmiast źle się skojarzyła. Film, którego oficjalnie nie było, zaczęto prześladować: nie dopuszczono do jego rozpowszechniania, rozwiązano Zespół Filmowy „X” Andrzeja Wajdy, w którym powstał, samemu Bugajskiemu zaś utrudniono pracę, zmuszając go do emigracji. Na szczęście udało się ukryć „kopię-matkę” i reżyser zdążył jeszcze wykonać cichcem kilka kopii na kasetach. Wyjechał, a w kraju zaczęło się podziemne życie tego filmu. Droga do widza, wybranego i wtajemniczonego, okazała się buntowniczą atrakcją. Projekcje odbywały się jak w katakumbach, w jakichś kaplicach (sama oglądałam film chyba u dominikanów w Gdańsku), bez oficjalnych informacji – równolegle niejako do wznowionego po stanie wojennym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Krążyły też w odpisach, kopiowanych na maszynach do pisania (komputerów jeszcze nie było) same dialogi.

Ta rosnąca legenda stała się niespodziewanie hymnem w obronie człowieka, który chciał być wolny! Nigdy wcześniej i nigdy później nie było w polskim kinie takiego ideologicznego i tak podniosłego szaleństwa!

Sam film premierę miał dopiero w 1989 roku. I to po wyborach. Prezentowany w 1990 roku na MFF w Cannes przyniósł Krystynie Jandzie za pierwszoplanową rolę kobiecą Złotą Palmę.

*

Ryszard Bugajski przebywał w tym czasie w Kanadzie, tam też próbował sporo realizować: a to odcinki miejscowych seriali, a to filmy. Jeden z tych filmów warto i dzisiaj u nas pokazać –  Clearcut. To opowieść o adwokacie z hippisowską przeszłością, który występuje w obronie wycinanych lasów! Pokazywał różnice kulturowe w Kanadzie między Indianami i białymi. Ciekawe, czy obecnym naszym władzom z czymś by się wycinane lasy skojarzyły?

*

Gdy reżyser wrócił do Polski, zajmował się różnymi aktywnościami. Były to seriale telewizyjne (Na Wspólnej, Samo życie i inne), spektakle telewizyjne, filmy. Aż trzydzieści razy był scenarzystą i reżyserem. Czasem autorem tekstu, jak choćby przy okazji Śmierci Rotmistrza Pileckiego (2006 r.). Pokazał wtedy, że nigdy nie zrezygnował z historycznej i politycznej tematyki. W tym spektaklu wybrał z bujnego i tragicznego życia swojego bohatera trzy ostatnie lata. Miejscem akcji uczynił więzienie i salę sądową. I podobnie jak w Przesłuchaniu znalazł się znowu w pomieszczeniach na Rakowieckiej, w pokojach przesłuchań, odtworzył okrucieństwo, zderzył swojego bohatera z oprawcami (m.in. z pułkownikiem Różańskim). Doprowadził akcję do skazania rotmistrza na śmierć w 1948 roku, do wykonania wyroku, wspomniał o milczeniu na jego temat propagandystów okresu socjalistycznego i o rehabilitacji w roku 1990.



Dziesięć lat temu zajął się także przywracaniem pamięci o innej postaci w słynnym i pięknym filmie Generał Nil. Stworzył portret Emila Augusta Fieldorfa, jednego z najwyższych dowódców AK, twórcy Kedywu, organizatora największych zamachów na Niemców w czasie okupacji (m.in. na Kutscherę). Polskie władze komunistyczne, które po groteskowym procesie (obecnym na ekranie) powiesiły generała w 1953 roku, równocześnie próbowały wykreślić go z narodowej świadomości.

Do dziś film zaskakuje czystością portretu swojego bohatera w genialnym wykonaniu Olgierda Łukaszewicza. Wydaje się poważny i wolny od jakiejkolwiek propagandy. Ale przy okazji tego portretu, w tle jego ideowej jednoznaczności udało się pokazać tragedię ówczesnych polskich wyborów. Obraz narodu, który z jednej okupacji został wrzucony w zależność, nazywaną „przyjaźnią” i „wyzwoleniem”, a wzmacnianą polską nadgorliwością własnych aparatczyków. I ta nadgorliwość aparatczyków jest tu osobnym zjawiskiem. Jakże gorzkim!

*

Zaćma, ostatni film Bugajskiego, w którym znów powrócił do niedających mu spokoju lat 50. ubiegłego wieku,  znowu był portretem. Opowiadał o ostatnich latach życia Julii Brystigerowej, „Krwawej Luny” – jak ją wówczas ze zgrozą nazywano, znanej z okrucieństwa funkcjonariuszki Urzędu Bezpieczeństwa. Na naszych oczach odbywa się tu coś w rodzaju spowiedzi. Brystigerowa zaczyna odwiedzać Zakład dla Niewidomych w Laskach. W jej wspomnieniach pojawiają się krwawe sceny tortur, jakie zadawała więźniom, ale jako grzech, za który przeprasza. Rozmawia dużo z księdzem (znakomita rola Janusza Gajosa). Z historii wiemy, że pod koniec życia wróciła do religii i przeżyła swój ostatni czas jako pokutę i oczyszczenie. Gdyby nie ten specyficzny rodzaj ściszenia portretów i dyskrecji w patrzeniu, do których doszedł Bugajski w filmach, to ten akurat obraz byłby nieprawdopodobny. Ale miał on tu także znakomitą aktorkę głównej roli: to Maria Mamona. Za późno chyba odkrył Bugajski talent własnej żony, aktorki, którą znaliśmy przed laty z jej młodzieżowych ról. Dopiero w tej dorosłej kreacji oddała niejednoznaczność reakcji człowieka, który chce naprawić zło swojego życia.

*

To tylko kilka filmów Ryszarda Bugajskiego. Był dyskretny, cichy, rzetelny w historyczno-politycznych portretach, które u niego były raczej czymś w rodzaju moralnych rozważań o złu, jakie niesie polityka i historia. A przecież miał w swoim dorobku także i inne rachunki sumienia, wśród nich także taki, który rozgrywał się z Krakowem w tle. To Układ zamknięty, współczesny, polityczny moralitet, całkowicie niepublicystyczny obraz. Okrutna opowieść o złu, które tkwi w ludzkiej naturze i w sprzyjających okolicznościach zawsze się ujawnia i niszczy wszystko i wszystkich wokół, z czystej chciwości i dla pokazania władzy. Rzecz oparta jest na dziejach trzech młodych właścicieli firmy Krak-Meat, którzy przeszli gehennę fałszywych oskarżeń, aresztu bez procesu, rozwalenia firmy i – po latach – słabiutkich przeprosin ze strony prokuratury i śmiesznego odszkodowania.

To już temat na inne opowiadanie. Ale jak za czasów dawnego kina moralnego niepokoju, z którego wyszedł, Bugajski w swoich filmach czuwał i był. Warto więc do tych filmów wracać.

 

 

Maria Malatyńska - miłośniczka kina, pasjonatka filmu, recenzentka kulturalna.

  

 Zdjęcie: Grzegorz Kozakiewicz

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, listopad 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Zbigniew Preisner uważany jest za jednego z najgłośniejszych twórców muzyki ekranowej i pracuje na całym świecie. Ma w swoim dorobku kompozycje do ponad 50 filmów i niezliczoną liczbę nagród na międzynarodowych festiwalach. Szkoda więc, że w sercu kraju, czyli w Krakowie, jest coraz mniej widoczny.

Czy dlatego, że wyprowadził się na „prowincję” lub zagranicę, by w ciszy komponować? A może i dlatego jest mniej widoczny, że nie ma teraz w naszym mieście tej łatwości spotkania, jak wtedy, gdy istniał łączący nas wszystkich punkt na mapie, czyli Piwnica Pod Baranami? Wspaniała kuźnia talentów i miejsce artystycznych odkryć. Czy pamiętamy ironiczną balladę o marszałku Koniewie, w której arcypoważny, domniemany wywiad z twórcą pomnika, przerywany był słynnym refrenem, śpiewanym przez wszystkich: „Marszałek Koniew, Koniew, Marszałek Koniew, Wielki jest! Wielki jest!”. To Preisner napisał do tego muzykę, a wywiad napisała, jak często w Piwnicy, rzeczywistość. Ale najważniejszy był pomnik, któremu „oddawano cześć”, bo pomnikiem Koniewa był Zbyszek Preisner. Ówczesną posturą, ze świetną charakteryzacją i mimiką pasował idealnie. Do dziś możemy być pewni, że był lepszy od oryginału.

Czemu o tym wspominam? Nie tylko dlatego, że to było artystycznie dobre, ale także, by przypomnieć, że późniejszy kompozytor ma właśnie takie pochodzenie! Pochodzi z Piwnicy pod Baranami. Tym się szczyci do dziś. To było jego życie. A jak chętnie sam mówi, jego uczelnia: muzyczna, aktorska, życiowa. Ona ośmieliła go, dała mu inspirację, ale dała mu także dystans do własnych poczynań artystycznych. Zobaczył, że obok muzyki genialnych piwnicznych kompozytorów Zygmunta Koniecznego, Jana Kantego Pawluśkiewicza, Andrzeja Zaryckiego i kilku innych, jego muzyka też jest słyszalna. A więc on sam może zaistnieć jako kompozytor! Wciąż jednak musi się uczyć.

Preisner miał inny od wszystkich rodzaj startu zawodowego: jako kompozytor był amatorem! W dzieciństwie uczył się wprawdzie gry na fortepianie i gitarze, ale chodził do szkoły ogólnokształcącej, jego studia uniwersyteckie to historia i filozofia, więc czy to przypadek, czy jakaś wewnętrzna siła uczyniła z niego zawodowego kompozytora? Wszak pielęgnował to swoje amatorstwo! Mógł skończyć niejedną szkołę muzyczną. Ale wygląda, jakby nie chciał jakimkolwiek warsztatem skazić swojego naturalnego, wewnętrznego żywiołu, pewnie zwanego talentem.

Preisner miał inny od wszystkich rodzaj startu zawodowego: jako kompozytor był amatorem! Ale wygląda, jakby nie chciał jakimkolwiek warsztatem skazić swojego naturalnego, wewnętrznego żywiołu, pewnie zwanego talentem.

Pod tym względem Preisner jest fenomenem. Ale też jest artystą, który miewa niezwykłe, przez sam los przynoszone szczęście. Jak na tacy. Potrafi je chwytać!

Jego pierwszym szczęściem, krótkim i tragicznie zakończonym okazał się Krzysztof Kieślowski. I to z czasów, gdy nasz znakomity dokumentalista stał się fabularzystą i w specyficznych fabułach zaczął szukać duszy człowieka. Jego emocji. Chciał odczytywać w reakcjach ludzi to, co nieuchwytne, nienazwane. To był ten okres w twórczości Kieślowskiego, kiedy był najbardziej nagradzany i najgłośniejszy. To wtedy pojawiły się sławne do dziś tytuły: Bez końca, Podwójne życie Weroniki, Krótki film o zabijaniu, Krótki film o miłości, cały Dekalog i wreszcie filmy ostatnie, czyli Trzy kolory: Niebieski, Biały, Czerwony.

Wszystkie te tytuły – to jest także Preisner u Kieślowskiego.

Bo ten dziwny, metafizyczny okres twórczości Kieślowskiego przypada właśnie na jego kontakt z Preisnerem. Nikt nie wie, dlaczego to tak zaiskrzyło. Kto kogo zainspirował?

Dwaj ludzie zmienili wtedy chyba twórczość Kieślowskiego: scenarzysta Krzysztof Piesiewicz i kompozytor Zbigniew Preisner. Obaj równocześnie u Kieślowskiego zadebiutowali: z jednej strony adwokat, prawnik, obrońca ludzi w stanie wojennym, Krzysztof Piesiewicz, który jako scenarzysta wzbogacił tematykę filmów, a z drugiej młody kompozytor, autor jednej, jedynej wcześniej oprawy muzycznej dla filmu, czyli Prognozy pogody Antoniego Krauzego, która jeszcze niewiele zapowiadała, a już potrafiła zaintrygować poważnego, skupionego Kieślowskiego.

Wszyscy, którzy badali kiedykolwiek twórczość Kieślowskiego, są zgodni, że dla tego dokumentalisty na początku muzyka była po prostu podkładem pod obraz. Musiała być, to była. Potem zaczyna się to zmieniać, przy okazji fabuł. Ale dopiero Preisner wszedł w opowiadanie reżysera z całym żywiołem niewykorzystanego jeszcze talentu i z przekonaniem, że to właśnie muzyka i tylko ona jest duchowością, metafizyką i emocjonalną siłą dla obrazu. Bo obraz zaledwie „widać”, a muzyki nie widać, ale się ją „czuje”, ona jest nerwem dla obrazu, jest jego życiem. I natychmiast potrafił zbudować taki emocjonalny kontekst dla zdarzeń ekranowych muzyką właśnie, że widziało się więcej i głębiej. Już w pierwszym ich wspólnym filmie Bez końca (1985 rok, stan wojenny!), gdzie była i obrona strajkującego robotnika i dylematy prawnika, i śmierć prawnika i jego pojawienie się w obrazie w charakterze ducha, i jeszcze spóźniona miłość żony, i wreszcie jej histeryczna rezygnacja z życia… i jeszcze kilka innych spraw. To właśnie muzyka uporządkowała obraz, stworzyła logikę przekazu i dała wiarygodność psychologii i protestowi politycznemu. Pamiętam, że już wtedy zrodziło się podejrzenie, że kompozytor nie tylko z muzyką wchodzi do filmu, ale jest współdramaturgiem opowieści. Jego muzyka stawała się nie tylko emocjonalna, ale i narzucała kierunek myślowy. Niemal zawsze… patetyczny. Dopiero po latach powie Preisner, że każdy film ma swoją muzykę w sobie, wystarczy ją tylko wydobyć. Na początku było raczej tak, że zanim się ją ewentualnie wydobędzie ze środka filmu, trzeba siłą, emocją i samym żywiołem dźwięku pokazać, że ona tam jest.

Kompozytor nie tylko z muzyką wchodzi do filmu, ale jest współdramaturgiem opowieści.

Dalsze filmy Kieślowskiego były pod tym względem charakterystyczne. Najbardziej ceniłam i lubiłam dwa z nich. Bo one potrafiły z muzyki uczynić równorzędnego bohatera filmu. To były akurat takie filmy, w których muzyka była nie tylko motywem wydobywającym nastrój, dramat, emocję, ale była również immamentnie obecna na ekranie. To pamiętne Podwójne życie Weroniki (1991) i Trzy kolory: Niebieski(1993). W tym pierwszym wypadku muzyka spajała dwie opowieści, tworzyła metafizyczną baśń o kosmicznych bliźniaczkach. A obecna w samym obrazie (jedna z bliźniaczek jest solistką w chórze, wykonującym tę patetyczną opowieść dźwiękową) stawała się równocześnie nosicielką tajemnicy, przestrzeni psychologicznej, nie do końca rozpoznanej, ale głęboko wzruszającej, a więc tego wszystkiego, co było duszą tego filmu. Nawet sam Kieślowski był zdumiony siłą tego utworu wokalnego, który tak uniósł jego film w nieprzewidywalne regiony.

A drugi tytuł, czyli Trzy kolory: Niebieski, także od początku zakładał obecność muzyki w tekście obrazu, bo bohaterem, który tragicznie odszedł, był kompozytor. Film jest piękną opowieścią o żałobie i o wychodzeniu z niej. O sile życia. Ale znakiem owego pełnego wyjścia z żałoby jest muzyka. Kompozytor, czyli ekranowy bohater przed śmiercią nie dokończył swojego największego dzieła, Hymnu dla Zjednoczonej Europy, i teraz wdowa, wraz z asystentem męża kończy ten utwór w jego imieniu. Utwór jest muzycznie różnorodny i pełny, w emocji patetycznej, oparty na tekście z pierwszego listu św. Pawła do Koryntian, a w filmie obecny jest zarówno w obrazie (papier nutowy, częściowo zapisany), jak i w dźwięku (nawet w wykonaniu obszernego cytatu na flecie, przez bezdomnego muzyka – a w tej roli krakowski muzyk Jacek Ostaszewski), a także potem w procesie komponowania, przez bohaterów filmu, a wreszcie w wielkim orkiestrowym wykonaniu na końcu obrazu. Przypominam, że to był film francusko-polski z 1993 roku, czyli na 11 lat przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej polski kompozytor w polskim filmie dał Europie hymn. Ale ona, jak wiadomo, nadal woli Odę do radości Beethovena.

Przedwczesna śmierć Kieślowskiego w 1996 roku raptownie przerwała to „pierwsze szczęście Zbigniewa Preisnera”. Ale to ono stworzyło filmowego kompozytora.



Jego drugim szczęściem była Agnieszka Holland. „Dostałam Zbyszka w spadku” – powie reżyserka w którymś z wywiadów. „Krzysztofowi dał inny wymiar i poetykę” – zauważy. Ale ten „spadek” krążył dokoła reżyserki już wcześniej. Preisnera rozsadzał ten jego talent? Z jego muzyką powstała już Europa, Europa, 1990, Olivier, Olivier, 1992 i Tajemniczy ogród, 1993. I to przy okazji francuskiego filmu Olivier, Olivier też dozna reżyserka wrażenia przeniesienia przez muzykę opowieści filmowej w inny wymiar. Nic dziwnego: opowieść o kilkuletnim synu, który zaginął, a który po latach wraca jako niemal dorosły, wmawiając rodzicom, że jest na pewno „tamtym” Olivierem, to gotowy scenariusz na emocje najwyższego napięcia i na metafizyczne doznania, gdzie niepewność walczy z tęsknotą.

Dziś Agnieszka Holland ma innego stałego kompozytora, Antoniego Komasę-Łazarkiewicza. Ale zarówno ona, jak i w jeszcze w większym stopniu Kieślowski już dawno popchnęli Preisnera w świat. A on daje sobie w tym świecie znakomicie radę. Być może, rzeczywiście, Preisner jest żywiołowym talentem, wciąż do okiełznania. I niech tak pozostanie. Bo to wciąż jest świeże!

 

 

Maria Malatyńska - miłośniczka kina, pasjonatka filmu, recenzentka kulturalna.

  

 Zdjęcie: Grzegorz Kozakiewicz

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, październik 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Groźnie wyglądały w ostatnich tygodniach cienie wiszące nad Festiwalem Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Mogło się nawet wydawać, że się on nie odbędzie.

Wybuchła awantura jak za dawnych czasów! Okazało się bowiem, że niespodziewanie selekcja filmów na festiwal „musi” odbyć się dwustopniowo: tradycyjna Komisja Selekcyjna jak zwykle wybierająca z 40 filmów, a tyle rocznie produkujemy w Polsce, 16 najlepszych, stała się ledwie preselekcją. Po niej bowiem wkroczyło drugie ciało, złośliwie nazwane Komisją Urzędników, by… zatwierdzić (bądź nie) wybór lub wybrać własne filmy. Jedni wybrali, drudzy odrzucili i „poza burtą”, bez dania jakichkolwiek racji, znalazły się cztery tytuły.

Urażeni członkowie komisji pierwszej postanowili wycofać swoje nazwiska, a środowisko filmowe zaprotestowało. Sądząc po ich sile i liczbie podpisów na różnych listach, pewnie te dwa stopnie selekcji były realizacją jakiegoś wspaniałego pomysłu ministerialnego, bo szybko i niespodziewanie środowisko się mocno zjednoczyło. A wątpliwość była taka: czy „festiwal zbojkotować”, „wycofać filmy” czy też ogłosić, że będzie to, być może, ostatni Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni? Wielka, historyczna i zasłużona, bo działająca od 1974 roku, a więc w różnych warunkach politycznych i jako jedyna prezentująca zawsze najlepsze polskie produkcje ekranowe, mająca niezmienne powodzenie, zawsze świetnie zorganizowana impreza mogłaby przestać istnieć?

Na szczęście urzędnicy ustąpili i przywrócili sporne tytuły. Właściwie nawet nie wiadomo, dlaczego sporne. Ot, tak sobie! I pomyśleć, że zaledwie dwa lata temu, po zakończeniu festiwalu jedna z nagrodzonych reżyserek powiedziała z estrady: „My naprawdę wiemy, jak robić filmy, tylko nam nie przeszkadzajcie!”. Dlaczego więc nagle znów stało się ostro? I dlaczego z takim idealnym odwołaniem się do obyczajów z epoki minionej? Nic dziwnego, że przypomniała się historia z 1977 roku, kiedy też nagle zjednoczeni reżyserzy wystąpili przeciwko przedstawionym na festiwalu (odbywającym się jeszcze w Gdańsku) postulatom ministerialnym. To wówczas nowy szef kinematografii Janusz Wilhelmi przedstawił takie zmiany organizacyjne w polskim kinie, które miały produkcję i organizację całkowicie uzależnić od władz, a nawet doprowadzić do likwidacji istniejących od 1956 roku, unikatowych w skali całego bloku komunistycznego, bo między innymi zapewniających twórcom względną swobodę, Zespołów Filmowych.

W tegorocznej produkcji filmowej – bardzo różnorodnej – nie ma tak ewidentnego zwycięzcy, jakim w zeszłym roku była Zimna wojna.

Może zresztą plan był odwetem za to, że Zespoły mimo cenzury potrafiły doprowadzić do zaistnienia głośnego i buntowniczego kina moralnego niepokoju? Minister nie spodziewał się aż takiej jedności środowiska, więc cichcem próbował namieszać w werdykcie: nagrodzono Barwy ochronneKrzysztofa Zanussiego „przeciwko” Andrzejowi Wajdzie, który za Człowieka z marmurunie otrzymał nic. Ale skłócenie środowiska się nie udało, bo Zanussi w akcie solidarności nie odebrał nagrody, a Wajda dostał od dziennikarzy supernagrodę nieformalną – cegłę Birkuta. Taką samą, jaką budując Nową Hutę, układał w filmie Mateusz Birkut. Wręczaliśmy wtedy wszyscy tę cegłę na schodach, przed budynkiem festiwalowym, bo tylko tam nas wpuszczono, a atmosfera była prawdziwie podniosła i… wolnościowa. Cegłę naszą przekazał Wajdzie red. Andrzej Ochalski, który po powrocie do Warszawy natychmiast został wyrzucony ze swojej redakcji.

Dlaczego więc nagle w tym roku znów się podejrzanie zakotłowało? Czyżby – jak przebąkują niektórzy – była to przygrywka do rychłego partyjnego przejęcia mediów? Są jeszcze dwie dziwne atrakcje.

Jedna – to zrazu tajemniczy, bo dozowany publiczności po jednej sekwencji i tylko w internecie, film o politykach rządzących, zatytułowany po prostu Polityka,a zrobiony przez mocno niekonwencjonalnego twórcę popularnych, a trochę „pozasystemowych” tytułów, czyli Patryka Vegę. Film już otoczony jest legendą, bo Vega – po mistrzowsku posługując się PR-em (kręci w Chinach, żeby mu nikt tu nie przeszkadzał), zapowiada idealne odtworzenie wyglądu i zachowań najbardziej kontrowersyjnych polityków partii. Szykowany na premierę przedfestiwalową, 6 września, taką, która miała „ustawić myślenie”, zablokowany został przez bohatera wątku homoseksualnego (pomówionego? ujawnionego?). Kto tu komu miałby ustąpić?

Druga atrakcja dotyczy już filmu festiwalowego, zrobionego na dodatek przez szefa Stowarzyszenia Filmowców Polskich Jacka Bromskiego. Klasyczny thriller polityczny w najlepszej obsadzie, z Gajosem, Sewerynem i Łukaszewiczem, zatytułowany został na swoje nieszczęście Solid Gold. Wystarczyło, żeby się skojarzył. Współproducent filmu, TVP, zażądał, by puścić film przed samymi wyborami jako głos oskarżycielski. Na razie jeszcze nikt nie zapytał, czy to tak można sobie pomiatać filmem w celach politycznych, bo coś się komuś skojarzyło.

*

Atmosfera wprowadzająca w Festiwal była więc nietypowa. Wzmagała oczywiście zainteresowanie samą imprezą, choć niepotrzebnie stawała się podobna do tej z dawnych czasów. Ale w tej atmosferze, trochę buntowniczej, trochę plotkarskiej musi odbyć się wszystko to, co w strukturze każdorocznego festiwalu zwraca uwagę na samą sztukę kina w Polsce. Ważnym elementem jest specjalna i osobna, uroczysta i wzruszająca nagroda Diamentowych Lwów, która honoruje całokształt czyjejś twórczości. W tym roku otrzymuje ją najpoważniejszy dziś polski reżyser, nasz filozof ekranu, Krzysztof Zanussi. Sporo pisałam ostatnio o tym artyście, gdyż ten rok, rok osiemdziesiątki Zanussiego, jest pełen dla niego hołdów. Kraków ma tu swój udział, bo to u nas otrzymał nagrodę na Festiwalu Muzyki Filmowej, za czułość dla muzyki, za estetyczną konsekwencję i artystyczną wierność patronowi naszego festiwalu Wojciechowi Kilarowi. A poza tym w czerwcu, właśnie w urzędzie naszego miasta obchodził Zanussi swoją rocznicę! Bo tu jest zawsze serdecznie widziany, w podzięce za swoje krakowskie początki: choć jest warszawiakiem, studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, a pierwsze szlify filmowe zdobywał w Amatorskim Klubie Filmowym w Nowej Hucie.

Panie Krzysztofie jesteśmy z panem na zawsze! Wielkie życzenia i gratulacje także od Krakowa i od miesięcznika „Kraków”!



Słodki koniec dnia, reż. J. Borcuch

W tegorocznej produkcji filmowej – bardzo różnorodnej – nie ma tak ewidentnego zwycięzcy, jakim w zeszłym roku była Zimna wojna. Są wprawdzie dwa filmy sprawdzone na światowych festiwalach, ale nie wiem, czy mogą ją zastąpić czy też być nowym głosem? Pierwszy to Słodki koniec dnia Jacka Borcucha z główną rolą Krystyny Jandy nagrodzoną na niezależnym festiwalu w Sundance. Jest w nim rzeczywiście wszystko to, co teraz jest w filmie potrzebne: opowieść o polskiej poetce, noblistce (osoba fikcyjna), jest opowieścią o wolności, o uchodźcach, o miłości, ale także o tym, co możemy światu dać jako zachodnia cywilizacja. A w tle jest piękna Toskania, filmowe miejsce akcji. I jest jeszcze brawurowe przemówienie noblistki przed radą miasta, oskarżające włoski rząd, które jest takie, jakby było specjalnie napisane dla Jandy. Drugim filmem jest brawurowa międzynarodowa super-produkcja Agnieszki Holland, ze znakomitą rolą odkrytego przez nią brytyjskiego aktora Jamesa Nortona. Tu ważniejszy jest jednak temat: to opowieść historyczna, która pierwszy raz ujawnia na ekranie stalinowską zbrodnię, jaką był Wielki Głód na Ukrainie w latach 1932–33, czyli sposób, w jaki Stalin chciał podporządkować sobie niezależny naród ukraiński. Norton gra angielskiego dziennikarza, który odkrywa tę sprawę i powiadamia o niej świat. I dziennikarz jest autentyczny i sprawa też, choć świat szybko o niej zapomniał. A film zrealizowany z epickim rozmachem i z zacięciem zarówno kryminalnym, jak i politycznym ma równocześnie, jak to u Holland, umiejętność skupienia się nad meritum zdarzeń historycznych. Film został znakomicie przyjęty na Berlinale, choć nie dostał tam żadnej nagrody. Może jego uniwersalizm wydał się oparty na zbyt odległym mentalnie temacie? Bo może teraz na historię trzeba patrzeć, by tak rzec, prosto? I to nie tylko u nas?


Obywatel Jones, reż. Agnieszka Holland

Też mamy coś takiego w konkursie: Legiony Dariusza Gajewskiego i Piłsudskiego Michała Rosy. A nadto znanego już Kuriera Władysława Pasikowskiego, czyli mały fragment życiorysu Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

Na szczęście, nie samą polityką żyje człowiek. Dlatego warto zwrócić uwagę na powrót kina gatunkowego. Klasycznym kryminałem, czyli filmem zatytułowanym Czarny mercedes, powraca do kina, po Ekscentrykach,sam Janusz Majewski. Janusz Majewski jest ujmująco… samowystarczalny! Najpierw pisze powieść, potem sam przerabia ją na scenariusz, wreszcie, jeśli jest taka możliwość – realizuje z tego film. I jeszcze robi to świetnie. Bo to jeden z nielicznych twórców, który potrafi się kinem bawić!

W tej „pozapolitycznej atmosferze” mieści się na Festiwalu mnóstwo różnorodnych filmów zarówno gatunkowych (choćby wyświetlany już wcześniej fascynujący thriller i horror Borysa Lankosza Ciemno, prawie noc), jak i poetyckich, autorskich (czekam na Lecha Majewskiego i jego zawsze oryginalną wyobraźnię, tym razem w filmie Dolina Bogów). Ale może najważniejszy będzie ten skromniutki film Xawerego Żuławskiego, oparty na scenariuszu ojca, czyli Mowa ptaków? Wielki Andrzej Żuławski umierając, dał synowi swój ostatni scenariusz. Czy to miał być testament ojca czy ojcowskie sprawdzenie syna jako twórcy? W każdym razie czuje się w filmie u twórcy i duszę na ramieniu, i świadomość egzaminu. Całym sercem jestem „za”!

 

 

Maria Malatyńska - miłośniczka kina, pasjonatka filmu, recenzentka kulturalna.

  

 Zdjęcia: Biuro festiwalowe

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, sierpień 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Dzisiaj będzie o „tym” filmie. O dokumencie filmowym, który stał się głośny i został przyjęty przez wielomilionową, wciąż powiększającą się widownię ze skrajnymi emocjami, czyli zarówno entuzjastycznie, jak z głębokim negatywnym zaskoczeniem.

Jednym słowem dziś piszę o filmie braci Sekielskich Tylko nie mów nikomu. Film stał się fenomenem dzięki swojemu tematowi, którego konsekwencje obyczajowe, społeczne i moralne są nawet dzisiaj, w dwa miesiące od majowej premiery, nie do przewidzenia. Obraz – jak wiemy – dotyczy pedofilii w Kościele. Z jest z punktu widzenia niegdysiejszych ofiar księży, dziś już dorosłych, wykorzystywanych seksualnie jako dzieci, które z powodu braku wyobraźni najbliższego otoczenia, zarówno własnego, jak i kościelnego, oraz zbyt idealistycznego postawienia znaku równości między „wiarą” i „oceną obyczajową” nigdy nie zostały wysłuchane, a sprawcy nigdy nie ponieśli kary. Dlaczego więc piszę o tym, o czym wszyscy wiedzą? Dlatego że społeczna siła tego filmu nie słabnie, a nawet można przypuszczać, że film i temat opuściły ekran i funkcjonują w tzw. normalnym życiu, coraz dosadniej domagając się moralnego i ludzkiego zadośćuczynienia. Gołym okiem widać, że obraz braci Sekielskich nie został zrobiony dla własnej legendy, tylko właśnie po to, by zejść z ekranu i stać się inspiracją do działania.

Pozostawiam więc na boku merytoryczną, czyli tematyczną siłę tego wywodu, oddając go moralistom, prawnikom, sądom i psychologom, a nawet badaczom Pisma Świętego, w którym jedyna kara jest dokładnie opisana: ktokolwiek by zgorszył maluczkich, temu lepiej kamień młyński uwiązać u szyi…

*

Każdy film dokumentalny ma dwie strony warsztatu: temat i formę. Dwa miesiące po premierze można już pokusić się o ocenę tej drugiej strony. Zwłaszcza w Krakowie, które to miasto i jego mieszkańcy są specjalnie uwrażliwieni na rozpoznanie i działanie filmu dokumentalnego. To przecież w naszym mieście istnieje do dziś jeden z najstarszych na świecie festiwali filmów dokumentalnych. Festiwal nie tylko znakomity, ale i ogromnie popularny. Tłok jest w każdej z festiwalowych sal, a dyskusje na temat warsztatu dokumentalnego są na porządku dziennym. A jeszcze, to do nas przyjeżdżają co roku znawcy i miłośnicy filmów dokumentalnych ze świata, jego twórcy i badacze. Zajmują się tym gatunkiem, analizują, organizują konkursy, warsztaty, laboratoria. Zatem i dzisiaj, miesiąc po zakończeniu kolejnego festiwalu filmowego, który wzbogacił widownię o sto nowych dokumentów, warto zbliżyć się do zawiłości formy ekranowej. Zwłaszcza w filmie, w którym jasno widać, że forma jest całkowicie podporządkowana tematowi, choć z drugiej strony to właśnie ta strona realizacji, swoją świadomością warsztatową potrafiła zapobiec temu, że temat nie rozsadził filmu. Na pewno zatem nie byłoby słuszne, gdyby ocenić, że forma nie chciała i nie umiała nadążyć za tematem.

Co jest podstawowym zabiegiem formalnym w Tylko nie mów nikomu? Drobiazg: nadmiernie ruchliwa, jakby lekko chaotyczna kamera, ujęcia niby przypadkowe, obraz chwiejny. Taki zabieg jest wyraźną sugestią, że fakty filmowane są ukradkiem. Lub że świadomie, z jakichś wyższych powodów, zachowuje się sekretność określonych sytuacji, by w konsekwencji osiągnąć ważniejszy merytorycznie cel. Odnosi się to zwłaszcza do spotkań ofiary ze sprawcą. Tej sytuacji towarzyszy jeszcze jeden formalny zabieg: ofiara filmowana jest jawnie, występuje pod imieniem i nazwiskiem, sprawca jest niemal bezimienny, a twarz ma zaciemnioną. Prawda sytuacji i cel konfrontacji pozostaje więc przede wszystkim w głosie. Nie tylko jednak w treści wypowiadanych słów, ale i w ich brzmieniu. Znakomicie wyczuwa się to już w pierwszej w filmie konfrontacji. Przedstawia się nam pierwszą bohaterkę z imienia i nazwiska, słyszymy jej opowieść – wspomnienie z dzieciństwa, uczestniczymy w czymś w rodzaju psychicznego przygotowania jej do spotkania. Nie tai się tu również sytuacji dziennikarskiej, reportażowej. Obecność dziennikarza za kadrem, sprawdzanie gotowości bohaterki, wreszcie to dziennikarz montuje całe spotkanie: podwozi, „stawia przed”, filmuje całość, a nie wpływając na meritum rozmowy, jest obecny technicznie. Wszystkie te zabiegi potwierdzające fakt konfrontacji na naszych oczach wpływają na samą temperaturę spotkania. Dlatego gdy obraz stawia wobec siebie „mocną”, „dużą” (na pierwszym planie) sylwetkę kobiety, a w głębi skurczonego, starego, bezradnego w tej swojej starości mężczyznę, to trudno nie zauważyć, że wszystko odbywa się zbyt późno, a sama temperatura spotkania, pewna nerwowość, filmowana jeszcze w zamkniętej, coraz bardziej dusznej atmosferze ciasnego pokoju, wydawać się może nagle niespodziewanie niesprawiedliwa. Warsztat przynosi tu więc możliwość wyboru oceny. Albo – albo. Wbrew jednoznaczności całej sytuacji.

Drugim ważnym zabiegiem formalnym jest częste filmowanie nocą. Twarze, sylwetki, tożsamość rozmówców są wówczas niemal całkowicie utajnione. Znowu więc to, co najważniejsze (informacja, reakcja, etap śledztwa), tkwi tylko w głosie. Albo tak znanym w obrębie tego filmu jak głos reżysera, albo tak przypadkowym jak głos kolejnego, bezimiennego księdza, który tu jest tylko informowany o sprawie. Tu już mamy charakter reportażu śledczego, tu już sam autor filmu wchodzi w kadr, a sposób mówienia, zbyt kategoryczny, jak na delikatną sytuację, podnosi temperaturę oskarżenia drugiej strony. Albowiem druga strona „nie wie”, bo nie chce wiedzieć, bo nawet informowana, chętnie nie przyjmuje do wiadomości.

W tym kręgu filmowym mieści się jeszcze jeden zabieg warsztatowy, na który warto zwrócić uwagę: to włączanie do filmu ujęć niezwiązanych bezpośrednio z ciągiem reportażowym, które w narracji mają być argumentem wizualnym dla sprawy. Tak było, gdy autorzy pokazują sfilmowaną wcześniej scenę rekolekcji dla dzieci, odprawianych przez księdza z wyrokiem i z zakazem zbliżania się do dzieci, a scena ta staje się informacją dla przełożonych księdza, o których powyżej. Obraz, ten włączony wzmacnia wiarygodność informacji, a filmowany też wyraźnie z ukrycia potwierdza jeszcze raz niejasność stosunku przełożonych Kościoła do sytuacji, o której mowa.

Zaletą warsztatu opisywanego filmu jest jego różnorodność. Inna jest tkanka w czasie rozmów z urzędnikami Kościoła, inna z ofiarami, inna wreszcie, gdy między sekwencjami znajduje się swoisty reportażowy luz, szukanie drogi, przygotowywanie reakcji.

Całkowicie odrębne natomiast znaczenie ma finał filmu, czyli scena nocnego zrzucenia pomnika prałata Jankowskiego w Gdańsku. Znów autor korzysta ze sceny nakręconej w innym czasie, nieznajdującej się w ciągu scenariuszowo wymyślonych dla filmu informacji. Znamy zresztą tę scenę z innych przekazów telewizyjnych i internetowych. Ale znaczenie tej sceny jest niebagatelne, bo symboliczne. To ma być satysfakcja dla odbiorców filmu. Optymistyczny symbol tego, że wielki temat jest do ruszenia i do wygrania.

*

Zaletą warsztatu Tylko nie mów nikomu jest różnorodność. Inna jest tkanka w czasie rozmów z urzędnikami Kościoła, inna z ofiarami, inna wreszcie, gdy między sekwencjami znajduje się swoisty luz reportażowy, szukanie drogi, przygotowywanie reakcji. 

Film dokumentalny ma sporo definicji. Notuje świat w obrazie. Świat teraźniejszy i przeszły. Nadaje mu formę, staje się wypowiedzią obserwatora, lub potwierdza obraz jako komentator. Albo tylko zatrzymuje kształt zdarzeń na taśmie, by dopiero potem rzecz opracować według potrzeby struktury i czasu. Dlatego bywa inaczej nazywany. Raz jest reportażem, raz zaledwie notacją dokumentalną, cenną samą dla siebie, ale czekającą jeszcze na opracowanie i montaż. Ale jeśli jest to film dokumentalny, jak w tym wypadku, to ma swój świadomy warsztat. Musi go mieć, gdyż inaczej nie byłby filmem. I każdy, realizowany przez zawodowego twórcę jest pełnym wykorzystaniem wszystkich możliwości obrazowych i narracyjnych, montażowych i czasowych. Tylko nieraz może się złożyć tak, że jedna ze stron filmowych, w tym wypadku temat, niesie z sobą tyle wartości odkrywczych, będąc równocześnie zapowiedzią niezmierzonych możliwości społecznych, że warsztatu się nie dostrzega. I miarą profesjonalizmu takiego filmu jest to, że warsztat nie przeszkadza tematowi. Istnieje po to, by temat był tym bardziej wyrazisty, bo tego wymaga założenie ideowe całości. Bo film dokumentalny potrafi być elastyczny. Na tym polega jego gatunkowa doskonałość i niepowtarzalna wartość. I chyba dobrze, gdy obserwatorzy potrafią temu gatunkowi uwierzyć.

 

 

Maria Malatyńska - miłośniczka kina, pasjonatka filmu, recenzentka kulturalna.

  

 Rysunek: Piotr Błachut

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, lipiec 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



Kilka razy w roku zwrócenie „Kamery” właśnie na Kraków ma pełne uzasadnienie. Bo ze świata przyjeżdża mnóstwo gości i wszyscy mają ten sam cel: zobaczyć w naszym mieście najciekawsze filmy polskie i mało znane, albo wręcz premierowe, filmy z różnych stron świata. A niektórzy przyjeżdżają po to, by właśnie tu, na tle starych murów, przyjąć różne ważne nagrody.

Festiwal OFF Camera jest właśnie jednym z takich wydarzeń, którego nie wolno przegapić. Zresztą i tak byłoby to niemożliwe: festiwal jest głośny, dynamiczny, zagarnia na projekcje konkursowe niemal wszystkie sale kinowe w mieście, jego uczestnicy dyskutują o kinie także na prawie wszystkich wolnych placach starego Krakowa, a jeszcze festiwal organizuje im dodatkowe projekcje na dachach budynków! 

*

Międzynarodowy Festiwal Kina Niezależnego OFF Camera, bo taka jest pełna nazwa tego imprezowego szaleństwa (które nas czeka również w tym roku od 24 kwietnia do 5 maja – i to już po raz dwunasty), ma swoją historię i swoją legendę. Ta legenda jest ważniejsza, bo niesie ten festiwal już od zalążka jego pomysłu, który powstał w głowie szefa TVN Edwarda Miszczaka: by stworzyć u nas festiwal, jakiego jeszcze nie było i nie ma. I szybko ten pomysł zawojował różne wyobraźnie. Ale może dlatego, że sprytnie i prowokacyjnie, od samego początku wymyślono wysokie nagrody w festiwalowych konkursach? Tak wysokich nagród, które mają promować kino niezależne, nie ma nigdzie na świecie! Czy to więc „money, money” stały się tak mocną inspiracją, że szybko pojawili się organizatorzy, pomocnicy, a nade wszystko sponsorzy? Festiwal ma swoją Fundację, organizatorem jest też Krakowskie Biuro Festiwalowe, a sponsorzy są i będą – dowodem nawet zmiany nazwy Festiwalu: przez długi czas nazywał się „OFF Plus Camera”, potem „PKO OFF Camera”, wreszcie „Netia OFF Camera”. 

Ach ci sponsorzy! Oni są tu pewnie najważniejsi, bo wysokość sfinansowania jest imponująca: Krakowska Nagroda Filmowa dla zwycięzcy w międzynarodowym konkursie debiutów i drugich filmów (pod nazwą „Wytyczanie drogi”) – to 100 tysięcy dolarów. Tę nagrodę przyznaje najważniejsze, międzynarodowe jury. Ale autor takiego zwycięskiego filmu otrzymuje jeszcze jedną nagrodę – w wysokości miliona złotych! Pochodzi ona od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej z zastrzeżeniem, że następny film nagrodzonego ma być zrealizowany w Polsce. Taka nagroda OFF Camera idzie na ogół w ręce obcego twórcy, którego w ten sposób wiąże się z Polską. Kilka razy zdarzyło się wprawdzie, że nagroda trafiła do rodzimego twórcy, ale cóż zrobić, gdy film był doskonały? Tak było choćby przed kilku laty, gdy zwyciężyła Obława Marcina Krzyształowicza. 

A jest jeszcze nagroda (300 tysięcy złotych) dla najciekawszego dzieła w Konkursie Filmów Polskich, tych z ostatniego sezonu. Ten laur ma w tytule dodatkowo nazwę swojego głównego sponsora, dlatego w tym roku nosi miano Nagrody Kulczyk Foundation.

*

I tak oto, niemal nie wiadomo kiedy, OFF Camera stała się jedną z największych tego typu imprez w tej części Europy. Festiwal szybko się rozrósł i działa z rozmachem: zaprasza tłumy gości zagranicznych, prezentuje w każdej edycji po kilkaset filmów – i to w wielu salach, więc i minimum 30 tysięcy widzów to nic niezwykłego. Wszyscy festiwal chwalą, bo jest przepyszny. O nic nie musi walczyć, bo wszystko „samo” wpada mu w ręce. I jeszcze nazywa się „niezależny”! Od czego, kogo? Od oficjalnych, czytaj: państwowych, instytucji – może. Od jakiegokolwiek kryzysu – na pewno. Od samej sztuki? Nie, to akurat nie wchodzi w rachubę. Na sztukę jest wręcz uwrażliwiony, potrafi ją wyłowić, ocenić i docenić w niej to, co istotne! To zasługa głównego, międzynarodowego jury pod wodzą sprawdzonego artysty (na ogół z naszego kraju) oraz pozostałych ciał jurorskich, bo przecież konkursów jest kilka. 

Najważniejszy, wspomniane „Wytyczanie drogi”, ma docenić wszelkie nowatorstwo. Nie tylko tematu, ale i formy. Na czele jurorów tego konkursu stoją zawsze najwięksi. Była tu przed laty Agnieszka Holland, był Krzysztof Zanussi, był zawsze niezależny Lech Majewski i im podobni.

Co roku krakowscy widzowie mogą oglądać również filmy pogrupowane w specjalnych sekcjach tematycznych, filmy podejmujące trudne, aktualne problemy. Są też produkcje pochodzące z konkretnych regionów geograficznych. Są filmy już znane, które otrzymały na festiwalu specjalną nazwę: „Uzupełnianie zaległości”. To superpomysł, bo tam można niemal wszystko znaleźć! 

Festiwal organizuje również mnóstwo warsztatów branżowych, wykładów, dyskusji, na ogół związanych z pokazywanymi filmami i z konkretnymi sekcjami, ale także z wizytami artystów z kraju i ze świata. Niektórzy przywożą najnowsze filmy, nawet takie, które jeszcze nie miały premiery. Plotka głosi, że w tym roku przyjedzie Krystyna Janda wraz z nowym filmem Jacka Borcucha Słodki koniec dnia, za który otrzymała w lutym wielką nagrodę aktorską na światowym, niezależnym festiwalu w amerykańskim Sundance. 

A niektórzy z gości odbierają na naszym festiwalu ważną nagrodę „Pod prąd”. 

Co znaczy owo „Pod prąd”? Dokładnie nie wiadomo! Płynąć? Postępować? Istnieć? Czy to znaczy „wbrew porządkowi”, niezgodnie z zasadami, wbrew uładzonym normom? Wbrew regułom?

Co roku ktoś o to pyta, zwłaszcza, że tę nagrodę dostają na ogół artyści mocno osadzeni w porządku produkcyjnym, świetnie dający sobie radę wśród wszystkich meandrów, ograniczeń i nakazów producentów oraz dystrybutorów? Bo co to znaczy w przypadku gwiazdora być artystycznie niezależnym i umieć podejmować ryzyko?

Pamiętam, gdy pewnego roku osobą dzielnie idącą „pod prąd” okazała się cudowna gwiazda włoskiego kina Claudia Cardinale! Tak, to nie pomyłka! Zapytana została wtedy, czy interesuje się filmami niezależnymi. I potwierdziła, potrząsając piękną, mocno wyrazistą i głośno dzwoniącą biżuterią. „W niezależne filmy inwestuję najwięcej” – stwierdziła, bo, jak wyjaśniła, „inwestuje siebie”, jako że gra w nich za darmo! Na dowód promowała wtedy w Krakowie ostatni swój wówczas film – debiutancki Ultima Fermata Giambattisty Assantiego. Dobrze się czuła w Krakowie, chwaliła nasze miasto jako otwarte dla kultury i świetnie nadające się na plan filmowy ze swoją atmosferą i zabytkami. Wszyscy przekonali się wówczas, jak cudownie jest spotkać taką legendę kina.

Międzynarodowy Festiwal Kina Niezależnego OFF Camera ma swoją historię i swoją legendę. Ta legenda jest ważniejsza, bo niesie ten festiwal już od zalążka jego pomysłu, który powstał w głowie szefa TVN Edwarda Miszczaka: by stworzyć w Krakowie festiwal, jakiego jeszcze nie było i nie ma.

I jak to dobrze, że na tyle zmieniły się obyczaje, że nie jest ona taka jak Greta Garbo, która już w wieku 40 lat ukrywała się za wielkimi, ciemnymi okularami i pod czarnym kapeluszem, albo jak Marlena Dietrich, która w pewnym wieku rozmawiała z ludźmi przez zamknięte drzwi. Claudia była pełna radości, życia i świadomości. I choć starsze filmy pokazują jej niebywałą urodę i charme sprzed lat, to teraz była w niej radość spełnienia! Pamiętamy, że wielki Luchino Visconti zachwycał się w życiu tylko dwiema kobietami. Jedna to Romy Schneider, a druga – właśnie Claudia Cardinale. W jego Lamparcie Claudia wkracza na ekran jako absolutne piękno z „nowego świata”… Teraz jesteśmy oczywiście w innej epoce, bo w ogóle nie zauważyliśmy, kiedy „nowy świat” stał się „starym”. Lecz dzięki temu wciąż zwiększa się nam obszar wspomnień. I to też może nam zapewnić od czasu do czasu młody OFF Camera.

 *

Ale jest ktoś, kto zawsze jest niezależny i zawsze jest nasz. To Roman Polański. OFF Camera traktuje go zawsze jak gościa specjalnego. Zjawia się tu często. Był choćby w zeszłym roku. A teraz tym bardziej powinien przyjechać, bo rok, który nadszedł, powinien być rokiem Polańskiego. I nawet nie tylko dlatego, że na ekrany wchodzi obraz Tarantino o zabójstwie Sharon Tate przez bandę Mansona, ale i dlatego, że wreszcie i sam Polański zrealizował swój film o Dreyfussie. Nazywa się Oskarżam! – tak jak zatytułowany był głośny artykuł Emila Zoli. Chyba nietrudno wyobrazić sobie to, co z takiego materiału potrafił zrobić Polański. OFF Camera na pewno czuwa już nad tym, aby nam ten film sprowadzić! Czy uda się to już w tym roku?

 

 

Maria Malatyńska - miłośniczka kina, pasjonatka filmu, recenzentka kulturalna.

 

 

Zdjęcie: Grzegorz Kozakiewicz

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, kwiecień 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



U progu XXI wieku, w gąszczu betonowych lasów oplecionych satelitarnymi talerzami i usianych wypożyczalniami VHS rozkwitł kwiat polskiego kina niezależnego. Za kamery chwycili ludzie znikąd, wideomaniacy, często zupełnie niezwiązani z branżą. Ich bronią był entuzjazm, zaraźliwa filmowa pasja oraz nieograniczona wyobraźnia. 

Początek trzeciego tysiąclecia nie był dobrym okresem dla polskiej kinematografii. Pogłębiający się kryzys ekonomiczny rodzimej branży filmowej skutkował produkcjami wątpliwej jakości. Mrok kinowych sal oglądały kurioza takie jak Gulczas, a jak myślisz... (2001) czy Yyyreek!!! Kosmiczna nominacja (2002), a do konkursu gdyńskiego festiwalu przyjmowano niemal wszystkie filmy wyprodukowane w danym roku – tak mało ich powstawało. Filmowcy wciąż nie mogli doczekać się ustawy, która regulowałaby finansowanie kolejnych tytułów.

STYCZNIOWY NUMER JUŻ W SPRZEDAŻY!


Okiem Beresia:
Szef i Jego książki

 

Z najwyższej półki: Miasto książki
- Krzysztof Burnetko

Pasy pany: Felieton na ostatnią stronę
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle